Kultura

Tomasz Jastrun

Nie boję się śmierci, boję się umierania

Jeszcze zanim włączyłam dyktafon, powiedział mi, że jestem bardziej męska od niego. Dlaczego? Bo nigdy nie pytam (o drogę). Tym razem jednak zadałam dużo pytań. O związki, rozstania i… zmartwychwstania.

Rozmawia: Anna Jastrzębska
Zdjęcia: Szymon Szcześniak

Stwierdził Pan kiedyś, że w Polsce faceci się nie udali, za to kobiety są super. Czego Pan nie lubi w polskich mężczyznach?
Nasza wiedza na temat wszystkich kobiet i wszystkich mężczyzn jest ułomna, jeżeli ktoś sądzi, że zna wszystkie kobiety i wszystkich mężczyzn w Polsce, to oczywiście jest w błędzie. Rzeczywiście jednak twierdzę, że na ogół w Polsce kobiety są bardziej udane od facetów i nie jest to tylko moja opinia. Podobnie uważał na przykład Józef Piłsudski, który był bardzo męski, tak myślał również mój mistrz Jerzy Giedroyć. 

Dlaczego polscy mężczyźni tacy mniej udani?
Można to historycznie tłumaczyć tym, że mężczyźni byli bardziej narażeni na różne blizny i skaleczenia. Do tego dochodzą matki trzęsące się nad synami zagrożonymi przez wojny, powstania itd. Myślę, że niedocenionym czynnikiem jest skala alkoholizmu w Polsce. To zjawisko coraz częściej dotyczy dziś również kobiet, ale wciąż jest problemem głównie mężczyzn. Uzależnienie od alkoholu okalecza, okaleczało – też rodziny, traumatyzuje dzieci. Cały szereg czynników powoduje więc, że jest duża różnica między Polkami a Polakami. Uparcie trzymam się twierdzenia, chociaż życie trochę mnie temperuje, że kobiety są lepsze od facetów, ciekawsze pod względem intelektualnym i psychologicznym. Pogadać naprawdę, od serca, można z kobietą, a nie facetem. Chyba, że facet ma jakieś cechy kobiece – rodzaj empatii, wyczucia w sferze psychologicznej. Ja tylko z takimi właściwie staram się przyjaźnić. Mężczyźni są bardziej sztywni, neurotyczni, poza tym są brzydsi. Może to nie jest najważniejsze, ale jest istotne. A na dodatek dawny męski model jest w rozsypce, a nowy jeszcze się nie narodził

A jest w ogóle coś, co Pan w mężczyznach ceni?
Polskich?

Tak.
Jest jakiś rodzaj polskiej fantazji czy buntowniczości, przekory, które cenię. Mówię jednak o świecie, który odchodzi. Współcześnie dzieci są wychowywane inaczej, rodzi się nowy świat.

L1001244

A jak to wszystko się przekłada na relacje z kobietami?
To oczywiście są straszne uogólnienia, ale myślę, że kobiety w Polsce mają ciężko. Ciężko im znaleźć odpowiedniego mężczyznę, fajnych facetów brakuje. Wielu z nich jest jakoś skaleczonych, czy to przez nałogi, czy pewien rodzaj neurastenii. Picie, palenie jest jakąś formą autodestrukcji. A alkoholizm to zwykle utajona forma depresji – pije się, żeby zredukować stres czy pocieszyć zbolałą duszę. Poza tym mężczyźni bardzo mało dbają o siebie, zaniedbują się się dosyć szybko. Myślę tu zarówno o tych rosnących brzuchach, jak i dbaniu o siebie w sensie zdrowotnym. Oczywiście to, co mówię, dotyczy starszej generacji, młode pokolenie być może będzie inne.

Obserwując kobiety w wieku 30+, potwierdzam słuszność Pana obserwacji. (śmiech)
Znaleźć faceta, który byłby udaną kompozycją – dobrze wyglądającego, sympatycznego, zrównoważonego, partnera pod względem psychicznym czy intelektualnym – jest niezwykle trudno. Wiem od kobiet, że się męczą.

Mówią Panu o tym?
Mówią. A też wiem z dzienników, które oceniam w konkursie „Zwierciadła”. Wcześniej to robiłem w „Twoim stylu”. Zresztą, tak właśnie odkryłem Dorotę Masłowską, która chyba wstydzi się przyznać, że tak zaczęła swoją karierę literacką. Przychodzą zwykle setki prac – w ubiegłych latach to było około 200-300, w tym roku trochę mniej – więc co roku, od wielu lat, mam taką sesję psychologiczną, głównie z kobietami. Dzisiaj pisze się wszystko. Kiedyś tak nie było. Jak się czyta dzienniki Nałkowskiej czy Dąbrowskiej, to one o bardzo wielu rzeczach, np. o życiu erotycznym, nie piszą. Teraz jest inaczej, więc te dzienniki to swego rodzaju pranie duszy, gdzie pewne rzeczy widać, między innymi to, jakie kobiety mają problemy z facetami. Często wychodzi właśnie alkoholizm, niepozbieranie psychiczne, brak wierności.

Zdrada jest dużym problemem?
Dziś jest większa swoboda obyczajowa, jest masa pokus, a przy tym traktujemy inaczej siebie, inaczej partnera. Uważamy, że partner powinien być wierny, my niekoniecznie. Tu nawet najbardziej demokratyczne charaktery i usposobienia są niekonsekwentne ze względu na to, że jesteśmy egoistami z natury rzeczy. Powinno się myśleć w ten sposób, że jeżeli ja mogę zdradzić, to partner również ma do tego prawo, ale to jest ogromne rzadkie. A jeżeli tak jest, to też często sprawia, że związek się rozpada, jakiś rodzaj lojalności wobec siebie jest strasznie ważny. Zdrada jest potworną rzeczą z punktu widzenia osoby, która została zdradzona. Możemy się dziwić, dlaczego tak jest, skąd ta masa emocji związana z niewiernością, ale tak już jesteśmy skonstruowani. Człowiek zdradzony czuje się zdeprecjonowany, to ma zresztą źródła biologiczne. Jakoś w nas krzyżuje się świat zwierzęcy – tam również broni się swojej wyłączności – z ludzką z refleksją, kulturą. Człowiek potrzebuje stabilizacji, pewności, ale i zmiany, rozmaitości. To ostanie sprzyja zdradzie. A jeżeli nie ma zazdrości, to także jest podejrzane – być może nie ma wyższych uczuć. Zdrada, siła emocji, jest fascynującą sprawą.

Nie ma różnicy, czy popełnia ją intelektualista czy robotnik?
Intelektualista zachowuje się równie prymitywnie w tych sprawach, co prostak i kretyn. Znak, że sięga to naszych pierwotnych uczuć i instynktów.

Między innymi o zdradzie pisze Pan w książce „Kolonia karna”, która mnie zmroziła. Przedstawia Pan w niej z perspektywy Jego i Jej ewolucję związku w małżeństwie.
To są dwie równoległe relacje z kilkunastu lat wspólnego małżeńskiego życia, jego i jej, można tę książkę czytać od męskiej albo od żeńskiej strony, albo po kawałku z obu… Tak, to esencja wszystkich strasznych rzeczy, jakie mogą wydarzyć się w małżeństwie. Taka małżeńska Księga Hioba. Ale jak czytam dzienniki kobiet, to widzę, że często sytuacja niewiele odbiega od tego, co napisałem. Mam zresztą taką tezę w tej książce, wypowiedzianą nie wprost. Paradoksalnie to wyzwolenie kobiet niszczy małżeństwo. Tak trudno dziś o związek, ponieważ oboje, mężczyzna i kobieta, są wolni. Oboje chcą się się realizować, ale to musi czasami dziać się kosztem partnera i dochodzi do konfliktu, ciężko jest o kompromis i rezygnację z części siebie dla dobra związku. A to konieczne. Kiedyś kobieta była przywiązana łańcuchami, podporządkowana mężczyźnie, więc było łatwiej o stabilizację. Ale jakim kosztem! Związki dzięki temu jednak trwały, dziś wszystko jest w ruchu. Jak widać, nic nie jest bezkarne, nawet postęp. A wyjście kobiet z męskiej niewoli, to wielki postęp. PiS będzie je teraz próbował zagnać na powrót do kuchni, ale to się nie uda. Okazuje się, że obecnie małżeństwo jest prawie niemożliwą rzeczą, świadczy o tym chociażby liczba rozwodów, która i w Polsce, i w krajach o zupełnie innych kulturach, choćby Izraelu, wynosi dziś około 50 procent. Prawdopodobnie to jest pewnego rodzaju okres przejściowy, tworzy się jakaś nowa forma związku. A okres przejściowy jest trudny i bolesny.

Tomasz Jastrun, zdj. Szymon Szcześniak

Pan jednak jest w małżeństwie. Ma Pan jakiś sposób na udany związek?
O związek trzeba dbać. Traktować go jak egzotyczną, wrażliwą, roślinę, którą należy się opiekować. Cały czas dostarczać światła i wody. O związku trzeba świadomie myśleć, starać się zapobiec monotonni, nudzie, która jest zabójcza. Bo schody się zaczynają wtedy, kiedy jest się ze sobą na stałe, a codzienność, czas gęsty od zwykłych zdarzeń, jest mordercza. Do tego dochodzą dzieci – dziecko jest cudownym zjawiskiem, rzeczą, ale i problemem. Dzieci zjadają nam resztki czasu, resztki energii. I wtedy pojawia się stres. A on niszczy związek. Dlatego czasami warto się rozstawać na jakiś czas. Wydaje mi się, że największe szanse na przetrwanie mają te związki, w których ludzie nie są ciągle ze sobą.

To sprawdzona recepta?
Nie. Ja mam trudną sytuację, bo pracuję w domu, moja żona zajmuje się dziećmi. To jest trudne, źle jest być ze sobą za dużo. Oczywiście wszystko musi być jednak wypośrodkowane. Trzeba w ramach tego zniewolenia w związku dawać sobie „przepustki”, a jednocześnie jakieś ograniczenia muszą być.

Co Pana najbardziej drażni w kobietach?
Trudne pytanie. Sam nie wiem, może kobieca emocjonalność, właściwie irracjonalność. Ja jestem racjonalny, jak mi zarzuca moja żona, mało romantyczny. Ale dwa plus dwa to jednak jest cztery. Nigdy nie byłem dobry w arytmetyce, a jestem jednak racjonalny.

Co Pan robi, żeby się za bardzo nie irytować?
Im jestem starszy, tym częściej puszczam mimo uszu wiele rzeczy. Kiedyś strasznie mi zależało, żeby kogoś przekonać. A dzisiaj widzę, że w wielu sprawach trzeba pozwolić ludziom, żeby myśleli, jak myślą. O ile nie jest to szkodliwie dla otoczenia.

Ale nie wkłada Pan zatyczek do uszu, jak bohater „Kolonii karnej”?
Wkładam, czasami w nocy. Nie będę się oczywiście przyznawał, na ile to powieść autobiograficzna…

Nawet nie śmiałam o to pytać. (śmiech)
Wszyscy mnie o to podejrzewają. Oczywiście większość książek jest w jakimś sensie oparta na tym, czego się samemu doświadczyło… Zapomniałem nawet, że On chodził w zatyczkach w ciągu dnia. Nie chodzę w nich za dnia, ale czasami uszy zatykam palcami.

A żona przeczytała w końcu tę książkę?
No tak, nie w całości, częściowo.

Jaka była jej reakcja?
Miała mieszane uczucia, tak mi się wydaje. Ale nie bez powodu w tej książce nie ma nazwisk ani imion. Chciałem, żeby każdy mógł tu znaleźć siebie. Zaskakująco wiele małżeństw wygląda w ten sposób, jest w nich ukryty koszmar. Dzięki temu, że istnieją rozwody, część z tych małżeństw się rozpada, a część trwa. To, że w tym momencie jest około 50 procent rozwodów, nie świadczy jednak o tym, że to drugie 50 jest ok!

Kiedy nadchodzi moment, żeby się rozejść?
Ludzie powinni się rozstawać, kiedy negatywne emocje przeważają w związku. Nie ma tu dobrych rozwiązań, niewątpliwie dla dzieci to jest dramat. Ale ciągły konflikt i niechęć w domu też są dla nich niszczące.

Sam rozwód również jest trudnym przeżyciem.
Umieć rozwieść się z klasą jest ogromną sztuką. To jest niezwykle rzadkie. Zwykle ludzie, rozchodząc się, zaczynają się nienawidzić. Rozwód jest momentem walki o wszystko, o przedmioty, o przeszłość, o dzieci. To coś okropnego, kompromitacja całej przeszłości. Ludzie byli ze sobą przez 20 lat, po czym niszczą wszystko, co tworzyli. Ale miłość i nienawiść są dwiema stronami tego samego. Nienawidzi się tylko wtedy, kiedy się kochało.

Panu się udało rozwieść z klasą?
Nam się udało rozwieść w zgodzie, bez konfliktów i kłótni o cokolwiek. Ale świetnie sobie mogę wyobrazić kłótnie o obrazy, garnki, książki, pieniądze. Adwokaci o tym sporo wiedzą.

Przyjaźni się Pan z byłą żoną?
Wydaje mi się, że to ona była bardziej skrzywdzona przeze mnie niż ja przez nią. Mamy kontakt, co jakiś czas do niej dzwonię, pytam, co słychać, w jak najlepszych intencjach. Ale to jest dosyć rzadkie. Emocje negatywne w trakcie rozstania są tak silne, że albo nie ma żadnego kontaktu, albo jest kontakt wrogi. Ta wrogość w pewnym sensie ułatwia rozstanie. Bo źle jest też, kiedy ludzie, kończąc związek, nie rozstają się do końca.

Jak Pan sobie radził z rozstaniami?
Najczęstszy scenariusz jest taki, że mężczyzna po rozstaniu bardzo szybko próbuje się pocieszyć, a wtedy często jak śliwka w kompot wpada w następny związek. Niedobry. Kobieta częściej przeżywa żałobę i jest jakiś czas sama– to jest bolesne, ale zdrowsze. Wiele nieszczęść facetów wynika z tego, że szybko się pocieszają. Jestem tu mocny w teorii, ale praktycznie również popełniałem ten błąd.

Długo trwało, zanim Pan to wszystko zrozumiał?
Tak. Pierwsze małżeństwo zawarłem za wcześnie, mając 24 lata, a raczej długo dojrzewałem – jeśli kiedykolwiek dojrzałem – do związku. Za wcześnie też miałem syna. Teraz być może związałem się za późno i za późno mam dzieci. W tym pierwszym związku nie byłem za mądry, byłem raczej trudny jako partner, egoistyczny. Jest takie powiedzenie Boya, które idealnie tu pasuje: „Jeśliś taki rozumny, właźże do trumny”. Rzeczywiście, kiedy człowiek ma trochę rozumu, jest już odrobinę za późno. To się sprawdza w wielu dziedzinach. Kiedyś nie lubiłem jeść, teraz lubię, wszystko mi smakuje, tylko muszę uważać, żeby nie utyć. To samo dotyczy kobiet – kiedyś byłem strasznie wybredny, szukałem doskonałości, teraz podobają mi się prawie wszystkie kobiety, ale z kolei nie bardzo mogę z tego korzystać – z różnych powodów, bo jestem za stary, bo jestem żonaty, bo wiele innych rzeczy. Ze swoim rozumem trzeba się więc spieszyć. Co jest niewykonalne. Ale niewątpliwie, jeżeli ktoś się uczy – bo są tacy, którzy się nie uczą – to można sobie pomóc. Nie ma tu do końca mądrych, ale trzeba się uczyć.

Na swoich błędach?
Dziś o wiele łatwiej się uczyć, bo jest masa książek, wykładów, kursów, psychoterapii, terapii. To nie jest przypadek, że na tych wykładach, sesjach, kursach, jest zazwyczaj 90 procent kobiet. Na moje spotkania autorskie na ogół również przychodzą głównie kobiety. Faceci z rzadka. To jest uderzające, przewaga kobiet wszędzie tam, gdzie chodzi o jakiś rodzaj uczenia się, jak żyć. Kobiety bardzo próbują, szukają, mężczyźni w o wiele mniejszym stopniu.

L1001294

Poleci Pan jakieś tytuły dla osób, które chcą się nauczyć, jak żyć?
Jest genialna książka, którą wszystkim polecam, francuskiego psychiatry i eseisty Christophe’a André, o poczuciu własnej wartości – „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi”. Absolutnie kluczowa, świetnie napisana, wydana w Czarnej Owcy. Kolejna książka, również wydana w Czarnej Owcy, to „Ratuj się, życie wzywa” Borisa Cyrulnika, który pisze w niej o sobie, ale jest to naprawdę świetne. No i oczywiście wszystkie książki Alice Miller, polskiej żydówki, słynnej psycholog w skali światowej. Była genialna, jeśli chodzi o pisanie, ale sama okazała się potworem. Ja ją zresztą poznałem, miałem z nią różne przejścia w Polsce. Trudna osoba, zmarła kilka lat temu, jej syn ujawnił, że była okropną matką i że właściwie kompletnie wszystko wiedziała teoretycznie, ale praktycznie popełniła wszelkie możliwe błędy i nadużycia, jakie może popełnić matka. Książka jej syna, która ukazała się na Zachodzie, w Polsce nie, jest szalenie ciekawa.

A propos dzieci. Ma Pan dorosłego syna…
Jeśli chodzi o dzieci, jestem rozpięty w niezwykłym przedziale, mój najmłodszy synek ma 5,5 roku, starszy 10 lat, a najstarszy 41 chyba już. Moje wnuki są w wieku moich dzieci.

Chyba nawet starsze?
Zosia jest starsza od Antosia o rok czy dwa.

Jest Pan zadowolony z tego, jak wychował Pan syna?
Tak, wydaje mi się, że mój dorosły syn jest udany. Jest prawnikiem, radzi sobie w życiu. Oczywiście ma swoje problemy, kto ich nie ma….

Teraz dzieci wychowuje się chyba inaczej niż wtedy, gdy dorastał Pana starszy syn.
Oczywiście, jest nowy sposób wychowania dzieci, dziś pozwalamy im na bardzo wiele. Widać to i w rodzinach, i szkołach. Jakiś czas temu napisałem książkę dla dzieci „Antoś i jeszcze ktoś”, trochę w stylu „Przygód Mikołajka”, którą sobie bardzo cenię. Z nią mam wiele spotkań w szkołach i obserwuję, że dzieci są wychowywane w sposób permisywny, zarówno w inteligenckich, jak i bardziej prostych rodzinach. To jest olbrzymi postęp, bo dzieci były za bardzo ograniczane, karane fizycznie, tresowane. Jednocześnie jednak ta permisywność idzie za daleko, jak się pozwala, to prawie na wszystko. Trudno znaleźć „złoty środek”, co powoduje produkcję dzieci narcystycznych, tyranów domowych.

Ma pan takie poczucie w przypadku swoich dzieci?
Tak, wychowując dzieci, improwizujemy. I tu nie ma do końca mądrych. Jedno tylko pewne: nie wolno dzieci bić, upokarzać. I trzeba je kochać. Jedne dzieci sobie lepiej radzą z naszymi błędami, inne gorzej. Każde jest inne. Do każdego powinien być osobny system nakazów i zakazów, to nas najzwyczajniej przerasta. Jak patrzę na dzieci psychologów i psychoterapeutów i widzę, jakie one mają problemy, to utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma prostych rozwiązań. Tak jest w przypadku związków, tak też jest w przypadku dzieci. Właściwie żyjemy w najlepszych czasach w historii ludzkości, a mamy poczucie, że jest ciężko. Jesteśmy wolni i za tę wolność płacimy ogromną cenę. To nieograniczanie dzieci jest jednak ogromnie ważne. Często to wykorzystuję, kiedy piszę. Jestem przekonany, że w polskiej literaturze żadne dziecko nie było tak opisane, jak mój synek Antoś. Ciągle o nim pisałem i cytowałem go w felietonach, wierszach czy tekstach innego typu. Dziecięca wrażliwość, sposób opisywania świata, pytania, to co dzieci rysują, malują, to jest prawdziwa sztuka. Ja za mało spędzam czasu z dziećmi, za mało się z nimi bawię, ale jednocześnie ciągle je podglądam i często wykorzystuję to w swoich tekstach.

Jakiś czas temu przyznał się Pan do tego, że cierpi na depresję. Rodzina, dzieci pomagają czy utrudnia przetrwanie trudnych chwil?
To różnie bywa. Generalnie to, że są dzieci, dom, to jest atut. Ale też obciążenie. Muszę mieć siłę i zdrowie, by ten „wóz” ciągnąć.

W jakiej jest Pan teraz formie?
Rozmawiam z miłą, ładną osobą w ładnym miejscu, piję dobrą kawę, nauczyłem się cieszyć każdą chwilą, kiedy jest nieźle czy dobrze.

To stan, który potrwa?
Nie wiem, jaka jest przyszłość, czuję się dobrze na zasadzie kontrastu z tym, jak się czułem źle. Teraz czuję się nieźle i to nieźle to jest straszny luksus. W ogóle w życiu się nauczyłem, że jak jest źle, to jest nieźle, jak jest dobrze, to jest bardzo dobrze. Teraz czuję się dobrze, czyli bardzo dobrze.

L1001295

Długo Pan się uczył, jak sobie radzić z depresją?
Dosyć długo. I byłem dość wybredny, jeśli chodzi o swoje samopoczucie. Moje trudne, ostateczne, depresyjne doświadczenia nauczyły mnie jednak korzystać na nieszczęściu. Korzystamy wtedy, gdy uczymy się potem cieszyć. Trzeba mieć na życie jakiś pomysł. Moim pomysłem jest opisywanie życia. Zarówno w poezji, bo jestem głównie poetą, jak i w dzienniku, reportażu, felietonie, czy powieści. To jest jakiś rodzaj radzenia sobie z rzeczywistością. Ja jestem trochę jak podglądacz, obserwuję życie i opisuję je we wszystkich formach literackich i dziennikarskich, nieustannie daję świadectwo. O depresji też napisałem książkę „Osobisty przewodnik po depresji”, jestem pewien, że może być ważna dla tych, którzy mają ten problem, dzisiaj powszechny. Korzystać na nieprzyjacielu, opisywać dramat, nauczyłem się w stanie wojennym, kiedy przez rok się ukrywałem.

Przygotowuje się pan na kolejną wojnę z chorobą?
Można żyć złą przyszłością, ale nie wiadomo, że musi być zła. Unikam takiego myślenia, że może być źle. Oczywiście, ludzi się starzeją, chorują, życie ma często przebieg dramatyczny. Patrzę wokół, widzę mnóstwo nieszczęść, głównie chorób, bo przecież żyjemy w czasie, kiedy nie ma u nas wojen. Chorujemy, żyjemy coraz dłużej, dopada nas coraz więcej chorób, takich jak Alzheimer czy rak, na które nie ma lekarstwa. Starość też jest chorobą. Nie wiem, czy to jest interes żyć tak długo. Wydaje mi się, że raczej nie… Jestem za tym, by trzymać swój los w rękach.

Często powtarza Pan za Emilem Cioranem: „Gdyby nie to, że w każdej chwili mogę się zabić, już dawno popełniłbym samobójstwo”.
To jest jakaś forma wolności. Być skazanym na życie jest dosyć okrutnym wyrokiem. Jestem człowiekiem niereligijnym…

Niestety?
Niestety. Bycie religijnym jest atutem. Jeśli ktoś wierzy w Boga, korzysta z wielu przywilejów. Choć często widzę, że ludzie religijni mają podobne problemy w radzeniu sobie z nieszczęściami, chorobami. Ale na pewno to jest jakieś wzmocnienie. Kiedy byłem dzieckiem, religii uczył mnie ksiądz Twardowski, który przyjaźnił się z rodzicami. To było strasznie zabawne, chodziłem do niego na indywidualne lekcje. Miałem 12 lat, okropnie go męczyłem. Kiedyś mama spotkała go na ulicy i spytała, jak sobie radzę. Ksiądz się trochę zafrasował, powiedział: „To jest mądry chłopak, ale wielki antytalent religijny”. Ja jestem więc człowiekiem niereligijnym z natury. Trochę żałuję, ale jednocześnie jestem dumny z tego, że patrzę w oczy rzeczywistości, widzę pustkę wszechświata.

Przerażające?
Nie boję się śmierci, boję się umierania. Długie, bolesne umieranie jest potwornie. Ale samo nieistnienie jest jakimś luksusem. Bezbolesnym, doskonale czystym stanem. Zwłaszcza, jeśli rezygnuje się z czegoś, co jest bólem, jakiegoś rodzaju degradacją.


Tomasz Jastrun – poeta, prozaik, eseista, felietonista, krytyk literacki, autor książek dla dzieci. Wieloletni współpracownik paryskiej „Kultury”. W latach 1990–1994 był dyrektorem Instytutu Polskiego w Sztokholmie oraz attaché kulturalnym w Szwecji. W latach 1994–1995 prowadził telewizyjny program kulturalny Pegaz. Publikował na łamach „Życia Warszawy” i jego dodatku kulturalnego „Ex Libris”. Współpracował z „Twoim Stylem”, jest stałym felietonistą „Zwierciadła”. W 2008 został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!