Kultura

Jacek Dehnel

Ja po prostu wiem, że umrę. Większość ludzi nie wie

 „Bez względu na to czy zabije nas serce, pocisk, rak czy samochód, nazajutrz wszyscy będziemy jak ajfon wrzucony do wody. Nic się już na nim nie napisze, niczego nie wyciągnie z jego pamięci. Więc trzeba z niego korzystać, zanim się wyślizgnie z ręki”.

Rozmawia: Anna Jastrzębska
Zdjęcia: Szymon Szcześniak

Panu to się w życiu powiodło. Ma Pan 36 lat, wydał 33 książki (wliczając tomy poetyckie, przekłady i wybory), zgarnął większość ważnych nagród literackich w Polsce, mówi się o Panu jako jednym z najciekawszych polskich pisarzy młodego pokolenia.
Mówi się różnie, źle i dobrze, co normalne. Z ważnych nagród dostałem Kościelskich i Paszport „Polityki”, ale – niczego im nie umniejszając, bo to wspaniałe nagrody i jestem za nie bardzo wdzięczny – w ekstraklasie polskich nagród literackich jest jeszcze Nike, Gdynia, Angelus, Silesius, Szymborska (nie liczę Kapuścińskiego, bo reportażem się nie zajmuję), więc trudno mówić o „zgarnianiu większości”. Nie jestem nawet pewien, czy nadal należę do młodego pokolenia pisarzy.

Z „Dziennika Roku Chrystusowego” wynika, że wiedzie się Panu doskonale: podróże po świecie, dobre restauracje, życie sybaryty. Nie zdarza się Panu ponarzekać?
Przecież ja w tej książce głównie narzekam. I cały czas coś robię. Oprócz pisania „Matki Makryny” piszę ten dziennik, felietony, nadzoruję z Pietią remont kamienicy, w której mieszkamy… Natomiast to, że ktoś wyjeżdża za granicę albo je poza domem, chyba nie oznacza „życia sybaryty”? Nie rozumiem, to się przewija jakoś w różnych opiniach o „Dzienniku…”: ludzie, którzy wklejają na fejsie fotki z wakacji na Andamanach, równocześnie dziwią się, że poszedłem zjeść poza domem. No, poszedłem. I, faktycznie, w ciągu roku więcej niż jeden raz. Ale na ogół jem w domu. I gotujemy sobie z Piotrem sami, tymi rencami. Jak to sybaryci.

Wydaje Pan dużo książek i twierdzi, że trudno mu się pisze. Na czym polega ta trudność?
Literatura to jest mój jedyny zawód, wprawdzie oprócz samego pisania prozy, powieści czy felietonów dochodzą tłumaczenia, spotkania autorskie, jurorowanie w konkursach literackich, udzielanie wywiadów i tak dalej, ale nie mam innego etatu. Więc trudno się dziwić, że kolejne książki wychodzą. To trochę jak mówić do maratończyka: „podobno panu tak trudno się biega, a przecież biegnie pan ponad czterdzieści kilometrów!”. Jedno nie wyklucza drugiego.

Jacek Dehnel, zdj. Szymon Szcześniak

Rok bez wydanej książki wydaje się w Pana przypadku rokiem straconym. Boi się Pan wypaść na chwilę z obiegu, czy po prostu kredyt na mieszkanie musi się spłacać?
Kredyt na mieszkanie, czy w ogóle życie, to kwestie istotne, ale mógłbym przecież zarabiać przez rok tylko felietonami, spotkaniami literackimi i tym podobnymi pracami. Ja po prostu wiem, że umrę. Większość ludzi niby też mówi, że wie, ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. A ja wiem i zgodnie z tym postępuję. Nazajutrz po mojej śmierci, wszystko jedno, czy zabije mnie rak, serce, samochód czy pocisk, nie napiszę ani wyrazu, ani litery, niczego nie wypowiem; cała ta maszyna, którą przez lata sobie budowałem w głowie, czyli mózg, ulegnie błyskawicznej destrukcji. Wszyscy będziemy jak ajfon wrzucony do wody, nic się już na nim nie napisze, niczego nie wyciągnie z jego pamięci. Więc trzeba z niego korzystać, zanim się wyślizgnie z ręki.

Ile dostał Pan za pierwszą książkę?
Nie pamiętam. Dostałem pierwszą nagrodę w Konkursie Literackim Miasta Gdańsk, co oznaczało druk zgłoszonej książki i jakąś sumę pieniędzy, półtora tysiąca? Dwa i pół tysiąca złotych? Dla mnie w każdym razie to było bardzo dużo, miałem wtedy osiemnaście lat, zarabiałem głównie sprzedając swoje rysunki. Przez całe studia nagrody w konkursach literackich były dla mnie ważnym źródłem dochodu – przeprowadziłem się do Warszawy i rodzice wprawdzie dawali mi pieniądze na czynsz i jedzenie, ale za wszystkie rzeczy „niekonieczne do przeżycia” musiałem sobie płacić sam, więc z tego kupowałem książki, płyty, bilety do kina, za to podróżowałem. To takie naładowane akumulatory, z których często korzystam i dzisiaj.

Da się dziś zarobić na pisaniu książek?
Problem zarobków w literaturze nie minął i dotyczy mnie tak samo, jak innych. Jeśli nie pisze się literatury komercyjnej albo nie łapie dziesięciu srok za ogon, robiąc różne okołoliterackie rzeczy, to trudno zarobić. Większość pisarzy i pisarek wybiera po prostu pracę zarobkową, literacką zaś traktuje jako dodatek, hobby realizowane po godzinach.

Jacek Dehnel, zdj. Szymon Szcześniak

Z czego więc utrzymuje się pisarz w Polsce?
Pisarze, którzy nie mają oprócz literatury „prawdziwej pracy”, mogą dorobić na wieczorach autorskich, felietonach, recenzowaniu i tak dalej. Ale też nie każdy to umie robić, można być wybitnym autorem i fatalnie wypadać na żywo, bo nie każdy jest duszą towarzystwa, nie każdy też wytrzymuje dwudzieste czy czterdzieste spotkanie w roku, na którym miła pani zadaje słodkim głosem pytanie: „Jak zaczęła się pańska przygoda z literaturą?”

A Pan nie myśli o tym, żeby zainwestować w dobrego agenta literackiego i „podbić świat”? Zostać „Sasnalem polskiej literatury”?
Podbijanie świata nie bierze się z agenta. Podbijanie świata bierze się z dobrego tekstu, który jest na tyle uniwersalny, że zachwyca ludzi różnych kultur i języków. Więc tak, w tym sensie nad tym pracuję, to znaczy staram się pisać coraz lepiej.
Tu zresztą nie ma co „inwestować”, bo agent jest na procencie i nie trzeba mu nic płacić zawczasu, dostaje prowizję od podpisanych umów. Po prostu jesteśmy za mało znani. To, co pomaga polskim autorom, to znakomite działania promocyjne Instytutu Książki: organizowane specjalnie dla wydawców zagranicznych spotkania i regularnie wydawane katalogi książek „New books from Poland”, dofinansowania przekładów i prezentacji za granicą. I zaangażowanie tłumaczy, którzy są naprawdę wspaniali i wkładają mnóstwo pracy nie tylko w sam przekład, ale i, zupełnie za darmo, w promowanie polskiej literatury.

Domyślam się, że nie dotyczą Pana problemy, o których pisała Kaja Malanowska („6800 zł za 16 miesięcy ciężkiej pracy”)?
Tu bardzo trudno wyliczyć „godziwą płacę”; to, że ktoś pracował 16, 6 czy 26 miesięcy niczego nie zmienia – ważne, czy ukoronowaniem tego procesu jest dobra książka, i tyle. Również tych 6800 zł niczego nie mówi: dla wziętego powieściopisarza to niewiele za książkę, dla wziętego nawet poety – nieosiągalne kokosy. Zasadniczo: zarobki z książek są mizerne, ponieważ żyjemy w nieczytającym społeczeństwie.

Ile książek trzeba w Polsce sprzedać, by móc sobie pozwolić na dostatnie życie?
Zależy, gdzie postawimy granicę dostatniego życia. Ale może od drugiej strony: cena okładkowa powieści to, powiedzmy, 40 zł. W tym cena wydawcy, która jest podstawą rozliczeń, to jakieś 22 zł. Autor początkujący dostaje z tego 8%, czasem 10%, wzięty 12-15%, jacyś bardzo kasowi może 20%, nie wiem. Zresztą to rośnie progami, to znaczy im lepiej książka się sprzeda, tym wyższe są procenty. Dodajmy, że kiedy wydawałem pierwszą powieść, dziesięć lat temu, książki – o których cały czas się mówi, że są takie strasznie drogie, choć nie są – kosztowały tyle samo. Przez dziesięć lat pensje wzrosły statystycznie o połowę, co znaczy, że książki relatywnie staniały do pensji o jedną trzecią. A czytelnictwo jeszcze spadło, nie wzrosło. Tak czy owak, ze sprzedanego egzemplarza autor ma, powiedzmy, 2,5-3 złote. To proszę sobie policzyć, ile książek musiałby sprzedawać, żeby osiągnąć średnią krajową z samej publikacji. A mówimy o powieściach; pisanie poezji to praktycznie praca charytatywna.

Pisanie to długie, wysiedziane przy biurku godziny i samotność. Jak Pan dba o formę?
Pod względem psychicznym – od lat nie oglądam telewizji, natomiast czytam książki, słucham muzyki i oglądam obrazy. A fizycznym – niechętnie, bo niechętnie – ale biegam. Na ogół bardzo nieregularnie, okresami regularnie, jak się w sobie zbiorę.

Zdarzają się Panu kryzysy, chociażby w wersji „soft”?
Kryzysy emocjonalne związane z pisaniem to jedno – po prostu nie jest łatwo przepuszczać przez siebie bohaterów, nie robi się tego bezkarnie. Wszystko to gdzieś się odkłada. Natomiast produktywność i problem „bloku pisarskiego” to raczej kwestia pracy mózgu i tego, że mózg się czasem zacina – ale moją receptą na to jest po prostu zmiana pola. Jeśli zacinam się w powieści, to piszę felieton albo wracam do przekładu. Zawsze staram się mieć na warsztacie kilka różnych rzeczy.

Jacek Dehnel, zdj. Szymon Szcześniak

Przyjaźni się Pan z polskimi pisarzami?
Znam się z polskimi pisarzami, bo to niewielkie w sumie środowisko, niektórych cenię, choć szczególnie jednak tych nieco ode mnie starszych, jak Paweł Huelle czy Olga Tokarczuk. Mam trochę znajomych pisarzy, natomiast moi przyjaciele to wąska grupa, niewiele tam jest ludzi piszących, jeden chyba Maciej Woźniak, poeta z Płocka, skądinąd świetny i niedoceniony.

Jak się Panu „pisze” kobiety, tworzy je jako bohaterki książek?
Bardzo trudno pisze się innego człowieka. Samego siebie pisze się trudno, a co dopiero kogoś, kto różni się wiekiem, doświadczeniami, płcią, orientacją, religią, wiedzą o świecie, poglądami, epoką. A zatem każdy bohater wymaga zgłębienia, wczucia się w bardzo wiele aspektów. To praca empatii, a trochę aktorstwa, wcielania się. I nie sądzę, żeby akurat płeć była tu najtrudniejszym elementem. Kobiety stanowią połowę ludzkości i, jakkolwiek z oczywistych przyczyn zostawiały po sobie mniej świadectw, jest z czego rekonstruować Makrynę czy konstruować Szczupaczyńską. O Makrynie, poza tekstami zeznań, które sama dyktowała, mamy trochę świadectw w listach i pamiętnikach z epoki. A do Szczupaczyńskiej używaliśmy po pierwsze dobrze osadzonej w kulturze postaci mieszczki krakowskiej, uosabianej przez Dulską, po drugie rozmaitych rodzinnych anegdot Piotra, po trzecie cech i reakcji podpatrzonych w życiu, bo krój sukni się zmienił, ale ludzkie charaktery niespecjalnie.

Czy kobiety jakoś wpłynęły na Pana jako mężczyznę? Pisarza?
W moim dzieciństwie na pewno pierwszoplanową rolę odgrywała moja babcia, tytułowa bohaterka „Lali”, która faktycznie ogromnie wpłynęła na moje widzenie świata. Myślę, że moje poglądy, system etyczny, podejście do drugiego człowieka najbardziej się pokrywa właśnie z jej postawą.
Z oczywistych względów kobiety nie wpłynęły na mnie tak, jak wpływają na mężczyzn heteroseksualnych; owszem, we wczesnej młodości miałem ze trzy dziewczyny, dwie platonicznie, z trzecią byłem związany przez dziewięć długich miesięcy, które przekonały mnie z całą pewnością, że to nie dla mnie. To cenne doświadczenie, choć oczywiście pozorne, bo na bardzo małej próbie. Ale za to próba alternatywy była znacznie większa i znacznie bardziej przekonująca.

Czy poza babcią i Pańskim partnerem są jeszcze jakieś inne osoby, które wywarły na Pana szczególny wpływ?
Oprócz babci spory wpływ mieli na mnie również moja mama, malarka, i ojciec, wprawdzie inżynier, ale z umysłem humanistycznym, a poza rodziną oczywiście przez całe lata kolejne przyjaźnie, romanse, związki. Ale niejedno osobiste spotkanie miało na mnie mniejszy wpływ niż jakaś ważna lektura.

Jacek Dehnel, zdj. Szymon Szcześniak

Wydaje się Panu, że zna kobiety? Czy coś Pana w kobietach szczególnie fascynuje? Czegoś się Pan w nich boi?
Boję się w ludziach podłości, mściwości, plemiennej nienawiści, głupoty. To są cechy rozkładające się niezależnie od płci. Ani w kobietach, ani w mężczyznach nic mnie nie interesuje szczególnie, bo to są za duże grupy, żebym mógł o nich cokolwiek powiedzieć. Parę lat temu miałem na festiwalu w Pekinie wspólne spotkanie z Justinem Torresem, amerykańskim pisarzem pochodzenia portorykańskiego. I Torres powiedział rzecz bardzo mądrą, choć z pozoru banalną: „Kiedy ludzie dowiadują się, że jestem gejem, mówią: Aaa, to znaczy, że podobają ci się faceci. Nie, nie podobają mi się faceci. Podobają mi się różni ludzie z różnych powodów, natomiast seksualnie pociąga mnie bardzo wąska grupa spośród wszystkich mężczyzn”. Mam wrażenie, że heteroseksualiści, bardzo często mówiąc o płci przeciwnej, de facto mówią o tym jej wycinku, który jest dla nich seksualnie atrakcyjny. „Ja to żadnej babie nie przepuszczę” mówi taki. Serio? Ośmiolatce ani osiemdziesięcioośmiolatce? Przecież płeć jest z nami przez całe życie i obejmuje znacznie więcej rzeczy niż seks, rozród i co tam jeszcze. Nie wiem, jak można mówić, że „kobiety to są takie, a mężczyźni to są tacy”. Więc: wydaje mi się, że trochę znam ludzi, w tym kobiety. Ale to zadanie poznawcze na całe życie.


Jacek Dehnel (ur. 1980 w Gdańsku) – poeta, tłumacz, prozaik, malarz. Mieszka i pracuje w Warszawie. Za debiutancki tom poetycki „Żywoty równoległe” otrzymał w 2005 Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. W 2007 został laureatem Paszportu Polityki w kategorii literatura. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Angelus – w 2007 za „Lalę”, w 2012 za „Saturna”. Czterokrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Nike – w 2009 za książkę „Balzakiana”, rok później za „Ekran kontrolny”, w 2012 za „Saturna”, a w 2015 za „Matkę Makrynę”. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!