Nauka i pasja

Józef Jethon

Stres? To nie jest właściwe słowo

“Trafiła do mnie kobieta, którą oszpecił mąż, w dodatku lekarz. Wstrzyknął jej w usta i w policzki kwas solny. Mężczyzna prawdopodobnie wcześniej uśpił żonę i wtedy zrobił je te zastrzyki. Doszło do martwicy warg i policzków. Rekonstruowaliśmy to, co się dało.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia pochodzą z serialu dokumentalnego “Walka o piersi” emitowanego przez telewizję Polsat Cafe

WeMen: Oglądam serial „Walka o piersi”. Do doktor Elżbiety Radzikowskiej i do pana trafiła kobieta, której partner pod przymusem wstrzykiwał do piersi olej spożywczy. Chciał je w ten sposób powiększyć. Piersi trzeba było amputować. Spotkał się pan wcześniej z takim przypadkiem?
PROF. JÓZEF JETHON: Pierwszy raz spotykam się z tym, żeby ktoś wstrzykiwał olej spożywczy. Ale inne substancje, owszem. Jedną z pierwszych pacjentek, która trafiła do mnie w Warszawie, była kobieta, której lekarz podał parafinę w zastrzykach do gruczołów piersiowych. A przecież od dawna wiadomo, że parafina jest szkodliwa i na pewno nie można jej sobie wstrzykiwać. Skończyło się to amputacją piersi. Niedawno mieliśmy też pacjentkę, której parafinę do piersi wstrzyknęła pielęgniarka. Osoba, która powinna mieć podstawową wiedzę medyczną, a jednak zrobiła to.

Mimo tak dużego dostępu do informacji, ludzie nadal nie zdają sobie sprawy z podstawowych rzeczy?
Niestety w dalszym ciągu natykam się na irracjonalne zachowania. Rzeczy, o których opowiadam zrobiły sobie kobiety z wyższym wykształceniem, jedną z nich była zawodniczka sportowa. Dla mnie jest to po prostu niezrozumiałe, jak takie osoby mogą nie mieć podstawowej wiedzy o zdrowiu. Z tą parafiną jest tak, że na początku piersi stają są powiększone, więc kobieta myśli, że w łatwy sposób osiągnęła cel. Ale w krótkim czasie w piersiach tworzy się odczyn zapalny i zakażenie pod postacią ropni. Pozostaje już tylko amputacja. Zwłaszcza, że zakażenie może się uogólnić na cały organizm, co grozi sepsą, a nawet śmiercią.

Tylko kobiety mają takie bezmyślne pomysły na wstrzykiwanie sobie niesprawdzonego materiału?
Nie, mężczyźni też. Na przykład tacy, którzy przychodzą do chirurgów plastyków i proszą ich, żeby wszywali im implanty tam, gdzie trudno im wypracować mięśnie na siłowni. Przychodzi facet i prosi, żeby umieścić mu implant w pośladku albo w klatce piersiowej, żeby wydawał się bardziej „napakowany”. To też jest zupełnie irracjonalne. Ale niektórzy chirurdzy plastycy robią takie rzeczy na życzenie klienta.

profesor

Klient – nasz pan. Płaci, to mu wstrzykniemy co chce, obiecamy, że będzie najpiękniejszy na świecie?
Chirurg plastyk wykonujący operacje estetyczne, podobnie zresztą jak adwokat, reprezentuje zawód „lokajski”. (śmiech) Rzeczywiście niektórzy lekarze obiecują za pieniądze, że zrobią dla klienta wszystko. Ryzykują czyimś zdrowiem dla wynagrodzenia.

Pan by nie wszył facetowi implantu w klatkę piersiową?
Nigdy bym tego nie zrobił, bo ryzyko operacyjne związane z takim zabiegiem jest za duże. Może dojść do zakażenia, może wystąpić krwiak. Czasami niedopasowany implant w takim miejscu powoduje zbyt duże napięcie w ranie i ta rana pęka, a do tego dołącza się zakażenie. Ale niektórzy pacjenci o tym nie myślą. Chcą wyglądać jak na zdjęciu z gazety, które nam przynoszą.

Każdy chce być najpiękniejszy. Kliniki chirurgii plastycznej i medycyny estetycznej rosną jak grzyby po deszczu.
Każdy albo prawie każdy chce wyglądać lepiej niż wygląda. Więc klientów jest coraz więcej. Co ciekawe, nawet niektórzy lekarze prowadzący takie kliniki utracili coś, co możnaby nazwać zdrowym rozsądkiem. Chcą być celebrytami. Czasem mnie to śmieszy.

Od kiedy Polki powiększają sobie biust?
Pierwsze estetyczne operacje piersi pojawiły się w Polsce w latach 70. Pamiętam, że mój ówczesny szef zgodził się robić takie zabiegi dopiero, gdy minęło 10 lat od pierwszych zastosowań implantów w piersiach. Żeby sprawdzić czy nie pojawiają się niebezpieczne efekty uboczne, które mogą uaktywnić się dopiero po latach.

pan doktor5

Kiedyś mówiono, że implanty mogą wybuchnąć w piersi. Na przykład podczas podróży samolotem.
Generalnie nie ma takiej możliwości, żeby implant pękł sam z siebie. To są implanty, na których można siedzieć. Mogą pękać, ale na skutek bardzo silnego urazu. Na przykład podczas wypadku samochodowego, gdy kierownica uderzy człowieka w okolice piersi tak mocno, że ten ma połamane żebra. Wówczas i implant może pęknąć. Ale to, że wybucha w trakcie lotu samolotem, to jest jakiś mit. Chyba, że ten konkretny implant ma jakąś wadę fabryczną.

W programie „Walka o piersi” w Polsat Cafe chirurdzy plastycy ratowali kobietę, która była ofiarą przemocy domowej. Domyślam się, że poza programem spotkał się pan też z innymi tragicznymi historiami. Twarze oblane kwasem?
Szczególnie utkwił mi w pamięci jeden przypadek. Trafiła do mnie kobieta, którą oszpecił mąż, w dodatku lekarz. Wstrzyknął jej w usta i w twarz kwas solny. Mężczyzna prawdopodobnie wcześniej uśpił żonę i wtedy zrobił je te zastrzyki. W efekcie doszło do martwicy warg i policzków. Kobieta miała bardzo zniszczoną twarz. Rekonstruowaliśmy to, co się dało.

profesor 10

W ten sposób dajecie ludziom drugie życie.
Może nie tyle drugie, co po prostu staramy się przywrócić ich do życia na tyle, by byli akceptowani przez swoje środowisko.

Twarze oblane kwasem da się jeszcze uratować?
Tej kobiecie zrekonstruowaliśmy wargi i robiliśmy przeszczepy skóry. Ale ze skórą na twarzy bywa różnie. Wszystko zależy od tego jak bardzo jest zniszczona. Często po poparzeniu kwasem dochodzi do głębokiej martwicy. Martwa jest skóra, tkanka podskórna, mięśnie, czasem martwica dochodzi do kości. Trzeba to wszystko usunąć i wszczepić nową skórę.

Skąd?
Z powłok brzusznych, z ramienia, z klatki piersiowej. Albo można wykonać aloprzeszczep, czyli przeszczep od kogoś innego, jeśli ma się odpowiedniego dawcę.

Istnieje coś takiego jak bank skóry?
Tak. Skóra, tak jak inne organy może być pobierana od osób zmarłych. Jest przetrzymywana w ciekłym azocie, czyli zamrażana.

Czy wszystkie elementy twarzy da się dziś zrekonstruować? Nos, uszy?
Miałem wielu pacjentów po nowotworach albo po wypadkach, gdzie rekonstruowałem cały nos, uszy, powieki. Do rekonstrukcji nosa najczęściej pobiera się płat skóry z czoła i policzków. Robi się rusztowanie kostne, przeszczepiając kości z innych części ciała.

I po operacji nowy nos działa i wygląda jak ten poprzedni, prawdziwy?
Tak. Bardziej skomplikowanym sposobem wykonania takiej rekonstrukcji jest pobieranie płata z przedramienia. Przenosi się go w okolice brakującego nosa i tam się go łączy z naczyniami krwionośnymi. Potrzeba na to kilku operacji.

Da się na oko zmierzyć ile takiej skóry będzie potrzebne?
Dobry chirurg wie, że powinien pobrać płat w nadmiarze. Trzeba mieć taką wyobraźnię, żeby zrobić ten nos nieco większy, ale też nie za duży. Jeśli zastosuje ilość płata skórnego „na styk”, to później gdy tkanki ulegną obkurczeniu, okaże się, że nos jest za mały w stosunku do tego, który planowaliśmy.

To takie bardziej rzeźbienie, formowanie niż zwykłe szycie.
Zgadza się. Podobnie jest z rekonstrukcją małżowiny usznej. Trzeba odbudować zarówno jej szkielet, jak i skórę. Szkielet chrzęstny odtwarza się pobierając materiał z dwóch żeber pacjenta. Modeluje się go na kształt ucha i wszczepia w okolicę niedorozwiniętej małżowiny usznej. Gdy szkielet się przyjmie, to po dwóch – trzech miesiącach oddziela się tę chrząstkę od czaszki przeszczepem skóry. Skórę bierzemy albo z pachwiny albo z górnej części uda.

A co z przeszczepami twarzy?
Wykonuje się je, ale to bardzo ryzykowna sprawa. Krótko mówiąc, przy takim przeszczepie pobiera się duże tkanki ze zwłok i uzupełnia się pacjentowi ubytki. Pacjent dostaje twarz innego człowieka, jego rysy. Najbardziej ryzykowne w takich przeszczepach jest to, że przenosimy tkankę z innego człowieka, więc żeby przeszczep nie został odrzucony, stosuje się silne leczenie immunosupresyjne. A to obniża naszą własną odporność. Są już notowane przypadki zgonów pacjentów po przeszczepie twarzy, z powodów błahych infekcji. Po prostu mieli tak bardzo obniżoną odporność przez leki immunosupresyjne.

profesor 7

A panu zdarzyło się kiedyś, że pacjent podczas operacji plastycznej zmarł na stole?
Dwa razy doszło do takiej sytuacji, że pacjent zmarł zanim jeszcze podszedłem do stołu operacyjnego. Jeden to był czterdziestokilkuletni mężczyzna, który miał mieć robioną plastykę nosa. Druga to 30-letnia kobieta, która przyszła na operację piersi. Oboje zdrowi, przebadani wcześniej, nic nie wskazywało na to, żeby mogło wydarzyć się coś tak tragicznego. A jednak u obojga po prostu ustała akcja serca. Badano bardzo dokładnie te przypadki i nie znaleziono powodu. Ani lekarz anestezjolog nie zawinił, ani nie doszło do żadnych zaniedbań czy czynników, które mogły spowodować to, że serce się zatrzymało. Po prostu tak się stało. Każdy zabieg operacyjny niesie ryzyko niewybudzenia się.

A bywa tak, że pacjent się wybudza, jest wszystko w porządku, a później następuje załamanie?
Miałem taki przypadek. Do dziś go pamiętam. Straszna historia. Operowałem dwuletniego chłopca z rozszczepem podniebienia. Operacja się udała. Wyszedłem już z sali operacyjnej, podszedłem do rodziców, którzy czekali pod drzwiami. Powiedziałem, że wszystko w porządku, chłopiec zostanie przewieziony zaraz na salę pooperacyjną. Oni się ucieszyli, odetchnęli z ulgą. Ja wróciłem na salę i widzę, że chłopiec nadal tam leży, w dodatku jest reanimowany. Okazało się, że przy wybudzaniu ustała akcja serca. Chłopiec przeżył, ale pozostał w stanie wegetatywnym.

Czy po tylu latach praca jeszcze pana stresuje?
Stres to nie jest właściwe słowo. Jeśli chirurg jest zestresowany, to po prostu powinien odejść od stołu i pozwolić, by asystent za niego dokończył. Ale czasami pracujemy w bardzo dużym napięciu. Bardzo często rekonstruujemy różne części ciała osób chorych na nowotwory. Czasem stopień zaawansowania nowotworu jest tak duży, że zastanawiamy się czy dalej operować. Bo może to się skończyć tym, że pacjent umrze na stole. Takie sytuacje generują napięcie.

Skoro można już zrekonstruować niemal wszystko w człowieku, jakie pana zdaniem jest największe wyzwanie dla chirurgii plastycznej?
Dla mnie najciekawsze pytanie jest takie, czy będziemy mogli przenosić tkanki z centralnego układu nerwowego. Czyli czy w sytuacjach, gdy ludzie żyją, ale są bez świadomości, bez czynności kory mózgowej, będziemy kiedyś umieli transplantować im mózg? To jest obszar, który dla mnie pozostaje wielkim wyzwaniem. Czy kiedyś dojdziemy do takiego stopnia umiejętności? Pewnie tak. Ale raczej za kilkaset lat.

Na koniec zapytam pana jeszcze o tajemnicę poliszynela. Czy nadal większość pacjentów lub ich rodzin „urabia” lekarzy przed operacją prezentami lub pieniędzmi?
Ludzie ciągle próbują to robić. Do dziś nie mogę zrozumieć tego konstruktu myślowego. Pacjenci naprawdę myślą, że dając lekarzowi prezent zmobilizują go w ten sposób do lepszej pracy. Boją się, że jak nie dadzą, to lekarz specjalnie się nie postara, albo zrobi coś źle. To jest kompletna głupota. Przez 50 lat pracy w tym zawodzie, nie poznałem lekarza, który uzależniałby wykonanie operacji od tego czy dostał prezent czy nie. Kiedy wchodzimy na salę operacyjną jesteśmy maksymalnie skupieni na tym, żeby dobrze wykonać swoją pracę. To pacjenci wytworzyli mit, że trzeba coś nam najpierw dać, żeby operacja się udała.


Prof. dr hab. n. med. Józef Jethon (ur. 1941) – jeden z najwybitniejszych w Polsce chirurgów plastyków. Od 1995 do 2011 roku był kierownikiem Kliniki Chirurgii Plastycznej Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Był dwukrotnie Konsultantem Krajowym w dziedzinie chirurgii plastycznej, oraz dwukrotnie prezesem Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej. Obecnie jest konsultantem na oddziale Chirurgii Plastycznej w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie. Od pół roku kręcony jest tam serial dokumentalny “Walka o piersi”, w którym lekarze operują i rekonstruują piersi kobiet będących po ciężkich życiowych doświadczeniach.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!