Kultura

Janusz Majewski

Albo będę cierpiał, albo będę walczył

“Mam nadzieję, że ludzie, którzy już trochę porozglądali się po świecie, nie pozwolą, żeby wszystko dobre, co zostało stworzone w tym kraju, przepadło. Nie wrócą do stodoły i nie będą tańczyć w rytmie disco polo. W końcu oprzytomnieją i zrozumieją, że to jest upadek.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Grzegorz Gołębiowski oraz archiwum prywatne Janusza Majewskiego

WeMen: Dobrze jest mieć dwie kobiety życia?
JANUSZ MAJEWSKI: Wyszło na to, że tak. Byłem w tym sensie niewierny żonie, że zawsze miałem film. I to mnie na tyle absorbowało, że nie miałem głowy do innych spraw. Również takich, przez które wiele małżeństw się rozpada. Nie chodziłem, jak moi koledzy, po SPATiF-ach i innych modnych knajpach. Może byłem tam ze dwa, trzy razy w życiu, ale oni spędzali tam każdą noc. Przepijali wszystkie pieniądze. Ostatecznie mieli mnie za pyszałka, albo dusigrosza, a ja po prostu uważałem, że to strata czasu. Przez te wszystkie lata zrobiłem blisko sto różnych produkcji, w tym kilkanaście filmów fabularnych. Na to był potrzebny czas.

I szczęśliwie przeżył pan z żoną, Zofią Nasierowską, ponad 50 lat. Nie rozwiódł się, jak wielu kolegów z branży.
Chciałem się odróżniać. U artystów, filmowców zawsze kotłowało się w życiu prywatnym. A mnie się to wydawało tak banalne, tak głupie i żałosne, że powiedziałem „nie”. Jakoś udało się wytrwać.

Janusz_Majewski_fot_Grzegorz_Golebiowski

Chyba też miał pan szczęście, że spotkał taką kobietę.
Tak. Trafiłem na osobę, która potrafiła mądrze pokierować moim życiem. Nie dość, że wiedziała co dla mnie jest dobre, to też umiała sprawić, żebyśmy zgodnie żyli uprawiając pokrewne zawody.

A jak jest teraz? Jak to jest po tylu latach być… (cisza)
Samemu?

Tak. W dodatku bez osoby, z którą przeżyło się pół wieku ramię w ramię.
U mnie to było jeszcze więcej niż utrata żony. Po jej śmierci moje życie zupełnie się zmieniło, bo po dwudziestu latach przeprowadziłem się z mazurskiej wsi do Warszawy. Wrosłem w tamtą ziemię, krajobraz. Zacząłem tam szukać swojej małej ojczyzny, którą przecież utraciłem – mam tu na myśli Lwów. Później mieszkałem w Krakowie, w Łodzi, w Warszawie. Ale człowiek potrzebuje jakiegoś zakorzenienia. I myśmy znaleźli to miejsce właśnie na Mazurach. Było nam tam bardzo dobrze, w otoczeniu pięknego pejzażu, ciszy i spokoju. Nie było żadnych zakłóceń. Aż do momentu, gdy żona zachorowała.

Przenieśliście się do Warszawy ze względu na leczenie?
Tak, choć było wiadomo, że będzie to walka przegrana. To był jeden z najgorszych nowotworów mózgu. Ale walczyliśmy do końca. Los sprawił, że nie byłem przy jej śmierci. To był czas, kiedy nowa szkoła filmowa w Katowicach zaprosiła mnie, żebym raz na miesiąc przyjeżdżał na wykłady. Tego dnia, 3 października była inauguracja roku akademickiego. Wsiadłem rano w pociąg i już dojeżdżałem do Katowic, gdy pielęgniarka zadzwoniła z informacją, że żona nie żyje. Nie przeżyłem z nią tego momentu odejścia.

Skąd brał pan siłę?
Musiałem to wszystko jakoś przezwyciężyć. Nie było sensu już wracać na Mazury. Przeniosłem się do Warszawy. Chciałem być bliżej dzieci i wnuków, które są dla mnie podporą. W jakiś sposób, nie potrafię powiedzieć jak, czy to był w ogóle jakiś sposób, życie się samo ułożyło. Teraz minęło już ponad pięć lat od śmierci żony. Już się z tym oswoiłem. Zachowuję dobre wspomnienia.

majewski48

Z wydanej niedawno pana biografii „Janusz Majewski. Film – kobieta jego życia” rysuje się obraz człowieka, który umie powstawać z kryzysów. Czego się pan chwyta w najtrudniejszych momentach?
To jest w dużej mierze coś, co dzieje się w podświadomości. Widzi pani, gdy człowieka dotyka jakieś nieszczęście, to cierpi. Ale w końcu idzie spać, przesypia tę noc. Może śnią mu się koszmary, ale rano wstaje, widzi, że słońce świeci i jakoś powoli się dźwiga. W ludzkiej naturze tkwi imperatyw, żeby się nie poddawać. To atawizm. Człowiek walcząc z drugim dzikusem, takim jak on, miał wolę zwycięstwa, chciał przetrwać. Taką walkę ciągle toczymy w sobie. Ale ludzie, którzy pozwalają, by ci dwaj przeciwnicy (poddać się czy podnieść) długo w nich walczyli, biernie się temu przyglądają, są ostatecznie nieszczęśliwi. Trzeba się na coś zdecydować, wziąć się w garść. Albo będę cierpiał, albo będę walczył.

O panu zawsze koledzy mówili, że jest „dzieckiem szczęścia”.
To prawda. Kiedyś nie rozumiałem o co im chodzi. Myślałem, że przecież oni też mogliby osiągnąć to, co ja. Tylko może im się nie chce, może coś zaniedbują. A oni uważali, że albo się ma szczęście albo nie. I jak patrzę na to dziś, z perspektywy całego życia, to rzeczywiście są na tym świecie ludzie dotknięci jakimś genem nieszczęścia. Co chwila im się coś złego przydarza, nie mogą wyplątać się z jakiegoś ciągu pecha. A są też tacy, którym się udaje. Kto o tym zdecydował, nie wiem. Może gdybym był jakiś głęboko wierzący w coś, w cokolwiek, powiedziałbym, że to siła wyższa.

Ale to nie znaczy, że miał pan życie usłane płatkami róż.
Zwłaszcza, gdy musieliśmy z rodziną zostawić cały dorobek życia, opuszczając Lwów w czasie wojny. Mój ojciec musiał zaczynać niemal od zera, żeby nas wszystkich utrzymać. Mama nie mogła już pracować jako nauczycielka – na skutek choroby straciła słuch. Ale mój ojciec był człowiekiem bardzo dzielnym, pracowitym i dzięki temu jego dzieci skończyły studia i jakoś poszły w świat. Czy to było szczęście? Może tak… A może po prostu trzeba się trzymać czegoś, co zaczyna kiełkować w nas wcześniej, a później wyrasta na jakiś wewnętrzny imperatyw. Tak jak ja uparłem się, że będę robił filmy, chociaż wszystko było przeciwko temu. Więc musiałem to po prostu pokonać.

majewski16

Przeżył pan wojnę, dwie okupacje. Doświadczenia życia mogłyby usprawiedliwić ogólne zniechęcenie. Skąd ten optymizm?
To jest proces długi i skomplikowany. Zaczęło się od lektur młodzieńczych. Gdyby nie wojna, czytałbym jak grzeczny chłopiec Karla Maya i inne przygodowe opowiastki. W takim okresie, kiedy człowiek jest jak gąbka, ja nie mając innego wyjścia – bo nie wydawano nowych książek, we Lwowie nawet pozamykano wypożyczalnie – czytałem książki moich rodziców. Przedwcześnie poznałem literaturę francuską, która gdzieś wpuściła mi ten bakcyl ironii. A ta pozwala jakoś znosić świat. Kiedy popatrzy się na niego z boku, weźmie się go w cudzysłów, jest lżej. I tak stopniowo, wierząc w tę ideę, szukałem rzeczy, które ją podbudowywały. Poza wszystkim zostałem też obdarzony przez naturę trochę większym, niż normalne poczuciem humoru. W pierwszym rzędzie świat mnie śmieszy, a dopiero później trwoży i przygnębia.

Odbierając Srebrne Lwy w Gdyni za film „Excentrycy” zwrócił się pan do swoich młodszych kolegów z zachętą, żeby w swojej twórczości nie szukali inspiracji jedynie w mrocznych stronach życia, ale przeszli czasem na „słoneczną stronę ulicy”. Myśli pan, że nie kręci nas to, co pozytywne?
Nie, publiczność potrzebuje komedii. Problem w tym, że w Polsce rzadko się je robi. Często dostaję dowody na to, że ludzie potrzebują kina, które by ich odciągnęło na chwilę od codziennych kłopotów. Kiedyś miałem spotkanie z młodzieżą w gimnazjum w Sokołowie Podlaskim. Po tym spotkaniu dwie polonistki zaprosiły mnie na obiad i w pewnym momencie jedna mówi do mnie tak: „Czy mógłby pan powiedzieć swoim kolegom, żeby nie robili tak dołujących, ponurych filmów? Ja od paru lat jestem mężatką, mój mąż też jest nauczycielem. Staramy się dać tej młodzieży to, co najlepsze. Później idziemy do kina i oglądamy film, który nas tak dołuje, że przez trzy dni nie rozmawiamy ze sobą, bo jesteśmy zniechęceni. Nie chce nam się żyć, nie chce nam się pracować.” Wtedy w Gdyni, gdy powiedziałem to zdanie, które teraz pani przytoczyła, zobaczyłem na festiwalu kolejną porcję chorób, nieszczęść, nieudanego życia. Oglądając to, można wpaść w depresję.

Z czego wynika to, że filmowcy nie chcą robić dobrego kina lekkiego?
Z głupiej mody. Młodych reżyserów interesuje sława festiwalowa, a mniej powodzenie u publiczności. Już sam fakt, że film ma sukces komercyjny, według wielu świadczy o tym, że to jest szmira. Taki młody reżyser myśli: co z tego, że ten film będzie miał powodzenie, skoro koledzy powiedzą, że to nieambitne. Film, który wtedy zdobył Złote Lwy („Body/Ciało” – przyp. red.), z punktu widzenia roboty filmowej, talentu autora jest bardzo dobry, ale też epatuje brzydotą, odpychającym światem. Ale młodych to fascynuje. Do niedawna uczyłem jeszcze w szkole filmowej. I oglądając pierwsze etiudy studentów reżyserii, którzy dopiero zaczynają przygodę z filmem, byłem przerażony. Na piętnaście etiud, jedenaście było mniej więcej o tym, że młody człowiek budzi się skacowany w łóżku, szuka czegoś do picia i przychodzą do niego wspomnienia nocy. A noc to był jeden wielki łomot. Z tego można wyciągnąć wniosek, że oni fotografują swoje życie. Starałem się ich namówić, żeby szukali nie tylko dookoła siebie i fotografowali życie za oknami, ale też żeby sięgnęli do literatury, do kreacji. Patrzyli na mnie jak na wariata, który proponuje im, że mają coś czytać. Po co czytać? Przecież wszystko można wygooglować.

Społeczeństwo nam się sypie?
Mimo wszystko myślę, że to niemożliwe, by w tak prymitywny i łatwy sposób można było pogrzebać dorobek wieków. Przecież przez wiele lat w tym kraju coś dobrego powstawało. Mam nadzieję, że ludzie, którzy już się trochę porozglądali po świecie, nie pozwolą sobie tego odebrać. Nie zgodzą się, żeby wszystko dobre, co zostało stworzone w tym kraju, przepadło. Nie wrócą do stodoły i nie będą tańczyć w rytmie disco polo. W końcu oprzytomnieją i zrozumieją, że to jest upadek.

Na razie disco polo przeżywa w Polsce swój renesans.
Wierzę, że to minie. Mógłbym szybko przyłączyć się do tych, którzy wieszczą zagładę cywilizacji, ale z natury siedzi we mnie optymista, który mówi, że to jednak niemożliwe. Tak samo niemożliwe jak to, żeby człowiek, który wychowuje się w rytmach disco polo zostawił po sobie np. ołtarz Wita Stwosza, czy „Pana Tadeusza”. Przecież stworzenie czegoś pięknego wymaga skupienia się, wyciszenia, duchowości.

majewski35 2

A propos piękna. Już w szkole filmowej miał pan przydomek „arbiter elegancji”. Nadal świetnie pan wygląda. Jak widzi pan styl współczesnych polskich mężczyzn?
Uważam, że to banda zaniedbanych, skupionych na sobie, nierozumiejących kobiet osób. Na ulicach widzę mnóstwo ładnych, interesujących pań, a jeśli raz na jakiś czas zobaczę faceta, który wygląda tak, jak powinien, to okazuje się, że jest to cudzoziemiec. Wyobrażam sobie życie współczesnej rozczarowanej kobiety, która się z takim mężczyzną związuje, a później odkrywa, że nie dość, że on nie dba o siebie, to często nie ma też nic do powiedzenia.

Może po prostu trudno jest dziś zaimponować kobiecie?
Najpierw trzeba mieć coś do zaoferowania, mieć jakieś poglądy, stosunek do świata, jakiś swój indywidualny sposób na jego rozumienie. Takimi rzeczami mężczyzna może zaimponować kobiecie. A czym może to zrobić niedomyty, opity piwem kibic, który wraca z meczu i jest tak emocjonalnie wypruty, że pada i ma tę kobietę gdzieś? Kiedyś interesowałem się postacią Casanovy. Chciałem zrobić o nim film. Czytając wiele źródeł, zrozumiałem na czym polegały te jego legendarne sukcesy. On po prostu potrafił słuchać kobiet i mówić do nich to, co one chcą usłyszeć. Motał dookoła nich sieć zręcznych słów i one w tę siatkę wpadały jak muchy. Ten mężczyzna je rozumiał. Poznał ich naturę, wiedział jak się z nimi obchodzić.

majewski5

Planuje pan nakręcić kolejny film. Jak mówi w swojej biografii: „Z kinem rozstawałem się wielokrotnie, jak rozstają się kochankowie, a potem się okazuje, że nie można się rozstać z kimś lub czymś, co się kochało przez pół wieku.” Jest pan w niesamowitej formie. Jakby ta miłość do filmów była receptą na wieczną młodość.
Staram się być aktywny. Tak naprawdę to nie znoszę starców i starości. Nienawidzę tego. Starość jest obrzydliwa. Mówię też o sobie. Ale najbardziej denerwują mnie ludzie, którzy zamęczają otoczenie mówiąc co ich dziś bolało, a co wczoraj męczyło. Niczym się nie interesują, tylko siedzą i narzekają. Są obrażeni na to, że są starzy, że świat ich nie lubi. A świat ich nie może lubić, bo są obrzydliwi z tym narzekaniem. Człowiek bez poczucia humoru jest kaleką.

Pan za to zaraża swoim. (śmiech)
Jestem szczęśliwy. Nawet kiedyś miałem poczucie, że to może nie jest fair, że w sumie czuję się szczęśliwy będąc sam. Lubię mieć spokój i samotność mi się podoba. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie teraz nie mam już żadnych stałych obowiązków, dzieci są dorosłe, wnuki są tylko do zabawy i przyjemności. Mam wszystko, co mi potrzeba, a potrzeba mi coraz mniej. Może to jest recepta na szczęście?


Janusz Majewski (ur. 1931, we Lwowie) – reżyser filmowy, dramatopisarz, scenarzysta, wykładowca. Jest twórcą blisko stu produkcji kinowych i telewizyjnych, w tym m.in. filmów: “Zaklęte rewiry”, “C.K. Dezerterzy”, “Mała Matura 1947”, “Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Laureat Srebrnych i Platynowych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Właśnie ukazała się jego biografia autorstwa Zofii Turowskiej: “Janusz Majewski. Film – kobieta jego życia”. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!