Sport

Piotr Wasilewski

Musisz zacząć, żeby być mistrzem

Do walki na mistrzostwach świata we Włoszech stanąłem z pękniętym żebrem. Byłem blisko wygranej, ale w pewnym momencie dostałem kolanem w bolące miejsce i mogłem już tylko łapać powietrze…”

Rozmawia: Anna Jastrzębska
Zdjęcia: Piotr Szczepański

WEMEN: Twardy facet z ciebie. Ile cegłówek rozwalasz jednym uderzeniem ręki?
PIOTR WASILEWSKI: Ostatnio na pokazie – osiem. Chociaż zdarzało się więcej.

A pompek na kostkach?
Mój rekord to około 170.

Chciał cię kiedyś ktoś pobić na ulicy?
Zdarzyło się kilka razy, ale nie ja prowokowałem. Nie wdaję się w bójki, jednak ostatnio stanąłem w obronie przypadkowego pijaczka, który ledwo się słaniał na nogach, a jakiś wyrostek okładał go ze wszystkich stron.

Położyłeś go jednym ciosem?
No tak (śmiech). Ale staram się nie wykorzystywać moich umiejętności na ulicy.

Sztuki walki przydają się w codziennym życiu?
Oczywiście. Trzeba jednak mieć świadomość, że ulica to zero zasad. Gdy w grę wchodzą noże, butelki, nie ma „kulturalnej solówki”, uczciwego pojedynku jeden do jednego. Nie tacy mistrzowie już się nacięli. Zawsze jednak zachęcam do trenowania sztuk walki czy zajęć z samoobrony, bo one uczą reagowania w trudnych sytuacjach. Przydatne mogą się okazać zwłaszcza dziewczynom, które na ulicy mogą wykorzystać swoją pozorną bezradność, delikatność i jeśli będą potrafiły zapanować nad sobą, będą pewne, że sobie poradzą, to mogą przyłożyć napastnikowi w najmniej spodziewanym dla niego momencie.

psp_5750-2_s

Ile masz złotych medali?
W liczbach czy kilogramach? (śmiech) Trudno mi powiedzieć, bo nie trzymam ich wszystkich w domu, część oddałem mamie, część mojej chrzestnej – wspaniałej kobiecie, która mnie inspiruje i z którą mam świetny kontakt.

No ale tego najważniejszego dla siebie tytułu, mistrza świata seniorów, nie zdobyłeś.
No nie. Parę sukcesów osiągnąłem, ale rzeczywiście w najważniejszym momencie musiałem walczyć z innym przeciwnikiem.

Co się stało?
W zeszłym roku, tuż przed samymi mistrzostwami świata we Włoszech doznałem kontuzji. Podczas treningu oberwałem kopniaka i pękło mi żebro. Całą walkę w Jesolo przetrwałem, ale zabrakło mi jednego punktu, żeby wygrać. Przez pewien czas nawet prowadziłem, odpowiednio się ustawiałem. Byłem blisko wygranej, ale w pewnym momencie dostałem z kolana w bolące miejsce i mogłem już tylko łapać powietrze, starać się po sobie nic nie pokazać.

Pęknięte żebro musi cholernie boleć…
Boli, to jest mocno unerwiona część, porusza całym ciałem.

No to jakim cudem stanąłeś do walki?
Ketonal poszedł w ruch (śmiech). Byłem super przygotowany, chciałem na tych mistrzostwach zakończyć karierę, więc musiałem spróbować. Potem pociekły łzy i tylko z trybun kibicowałem kolegom.

Jak to jest tracić marzenia?
Było mi przykro. Ale to nie był pierwszy raz, kiedy przytrafiło mi się coś podobnego. Przed mistrzostwami w Argentynie z kolei rozwaliłem sobie bark. Lekarz kazał założyć temblak i powiedział, że nie ma mowy o żadnych zawodach. A ja mimo to się szybko pozbierałem i jeszcze udało mi się wywalczyć trzecie miejsce.

 

psp_4552_s

Postanowiłeś być trenerem. Czego uczysz dzieci oprócz technik samoobrony?
W taekwondo nie chodzi wyłącznie o kwestie bezpieczeństwa. To przede wszystkim zasady, które przenikają do życia, wzmacniają psychikę i pomagają codziennie funkcjonować. 

Czyli?
Sposób postępowania określa w taekwondo 5 podstawowych zasad: uprzejmość, uczciwość, wytrwałość, samokontrola, niezłomny duch. Przywołuję je na każdych zajęciach.

Strasznie niemodne.
(Śmiech) Tak, ale to ludzkie zasady, które wzmacniają. Zawsze powtarzam dzieciakom, które trenuję, że to, czego się uczą, przyda im się w dorosłym życiu: w pracy, kontakcie ze sobą i z innymi.

Uczysz dzieci takich niemodnych rzeczy? Rodzice o tym wiedzą? (śmiech)
Jakkolwiek by to nie brzmiało banalnie – mam w życiu misję, chcę osobom, które spotykam – w tym dzieciom – pomóc. Według mnie sztuki walki, a przede wszystkim taekwondo, najlepiej wychowują takie maluchy. Uczą szacunku do człowieka, pomocy innemu, wspólnego wysiłku.

I to działa?
Dzieciaki bywają okrutne, dokuczają sobie niemiłosiernie. Wielokrotnie rodzice mi mówili, że dziecko, które było nieśmiałe, bało się wyjąć w szkole kanapki z plecaka, bo ktoś je zaczepiał, po zajęciach zyskało pewność siebie. A przy tym nauczyło się, jak reagować, nie bać się mówić dorosłym, jeśli coś się dzieje niedobrego. Bo dla dzieci to wcale nie jest takie oczywiste, one wiele rzeczy skrywają.

psp_5161_s

Jakieś konkrety?
Najmłodsza grupa, jaką uczę, czyli „tigersi”, to 4-6 lat. W programie jest miejsce na to, by przygotować dziecko na przykład na spotkanie z „nieznajomym z cukierkiem, który zaprasza do samochodu”. Uczymy dzieciaki, by umiały odmówić i podnieść krzyk, gdy coś takiego się dzieje. Niby rodzice o tym w domu mówią, ale jak maluch podobną sytuację przećwiczy, to natychmiast chłonie.

W jaki sposób to się odbywa?
Poprzez scenki. Najpierw robimy krótką rozgrzewkę, trening. A potem mamy temat zajęć. Na przykład ten nieznajomy. Trener zakłada kaptur, bamber, podchodzi do dziecka z misiem. Uczymy, by malec w takie sytuacji jak tygrys wystawił pazury, uciekł na materac, „w bezpieczne miejsce”. Rozwijamy też pamięć, uważność, by dziecko, idąc na przykład parkiem, zwracało uwagę na to, co robią poszczególni ludzie, jak się zachowują, wyglądają. Ktoś ćwiczy, ktoś czyta książkę, ale spoza niej zerka i tak dalej.

Od początku miałeś takie zacięcie pedagogiczne?
A skąd. Kiedy zaczynałem trenować, w ogóle o tym nie myślałem. Miałem dziesięć czy dwanaście lat, oglądałem filmy z Brucem Lee, czy Jean-Claude Van Dammem i też chciałem coś porobić. Dopiero wraz z rozwojem mojej kariery sportowej to się pojawiło. Uświadomiłem sobie, jak ważny był dla mnie trener, Ewaryst Myszewski, z którym stawiałem pierwsze kroki na macie. Bardzo dużo się od niego nauczyłem, zawsze we mnie wierzył, a dziś wspieramy się w prowadzeniu klubu Taewo Warszawa. Uważam, że szacunek do trenera jest bardzo ważny, nawet jak się nie zawsze z nim zgadzasz. Też chciałbym, żeby te pięcio- czy sześciolatki w dorosłym życiu wspominały mnie z sentymentem.

psp_4435_s

Marzysz o tym, by „wyhodować” sobie mistrza lub mistrzów świata?
Już się hodują! (śmiech) Zresztą, pewnie nie wszyscy o tym wiedzą, ale Polacy odnoszą dużo sukcesów w taekwondo, od lat są w światowej czołówce.

Masz świadomość, że brzmisz trochę jak z innego świata?
Oczywiście to nie jest tak, że jestem świętoszkiem. Jak przyszły pierwsze sukcesy, wygrane mistrzostwa świata juniorów w wieku osiemnastu lat, włączył mi się „syndrom kozaka”. Nie byłem chuliganem, ale niekoniecznie myślałem o tym, że zasady z maty przenosić na podwórko. Dziś lubię motywować ludzi moim stylem życia i zaszczepiać w nich ducha Taekwondo I.T.F. (International Taekwon-do Federation – przyp. red.).

Co sprawiło, że „zmądrzałeś”?
Duże znaczenie miała śmierć taty, mojego najwierniejszego kibica, który najbardziej mnie od zawsze motywował. Miał problemy ze zdrowiem, ale nigdy się nie jest przygotowanym na coś takiego. Nawet kiedy trafił do szpitala, nie wiedzieliśmy, że wszystko skończy się tak szybko. Mam trochę za złe lekarzom, że nas nie uprzedzili, że tata może w każdej chwili odejść. Bo my myśleliśmy, że będzie dobrze. Wiedząc, jak mogą się sprawy potoczyć, spędziłbym z nim wiele więcej czasu. Ciężko się po czymś takim pozbierać. I pytasz samego siebie: po co to wszystko? Uświadamiasz sobie, że zajeżdżanie się, by wygrywać, wcale nie jest takie ważne. Ważna jest rodzina, relacje z ludźmi.

Znany jesteś z tego, że każdego dnia przychodzisz do pracy uśmiechnięty, pełny energii i każdy trening przeprowadzasz z takim samym zaangażowaniem. Czy w takich trudnych chwilach, jak odejście taty, też zasuwałeś w pracy na pełnych obrotach?
Starałem się, ale to nie było łatwe. Działałem jak na bateriach, które już nigdy nie zostaną do końca naładowane. Straciłem przecież kawałek siebie. Więc nie było prosto przychodzić z uśmiechem na trening. Ale co niesamowite, dzieciaki, kiedy widziały, że nie jestem w najlepszym humorze, czasami mnie rozśmieszały i to pomagało.

psp_5366_s

Opowiadasz o tym wszystkim tak, że sama chciałabym zacząć ćwiczyć! Tylko wiem, że jak wrócę do domu, to mój zapał minie, bo wiem, że nigdy nie zostanę mistrzem. (śmiech)
Wszystko jest w głowie. Czasami na zawodach, kiedy się losuje przeciwnika i trafia na jakieś świetne nazwisko, to człowieka paraliżuje. Ja zresztą sam, kiedy myślę o swojej karierze i wiem, kiedy byłem gorzej przygotowany, to widzę, ile razy ktoś mniej ode mnie utytułowany mógł mnie pokonać. Ale przez to, że na przykład zjadła go trema, bo walczył ze mną, przegrywał! Nie musisz być mistrzem, żeby zacząć. Ale musisz zacząć, żeby być mistrzem.

Łatwo ci powiedzieć.
Ja sam musiałem zdobyć się na wiele wyrzeczeń, tym bardziej, że nie mam w ogóle dobrych warunków fizycznych do taekwondo. Nie jestem zbyt wysoki, nie mam długich rąk ani nóg. Więc zawsze musiałem się lepiej przygotowywać, wykazywać sprytem, nie mogłem odpuszczać. A przy tym kocham jeść, więc czasami, żeby zmieścić się do jakiejś kategorii, zdarzało mi się głodzić przez pięć dni i robić inne głupoty. Więc wszystko zależy od tego, jak sobie ustawisz myślenie – jestem tego najlepszym przykładem.

Jak się zmotywować do ćwiczeń, kiedy nigdy się nie lubiło sportu?
Przede wszystkim – znaleźć dyscyplinę, którą się lubi, bez względu na to, czy to jest bieganie, taniec, czy sztuki walki. Nigdy nie byłem za bardzo „techniczny”, ale wiem, że aplikacje na telefony również pomagają się zmotywować, bo po pierwsze przypominają o aktywności fizycznej, a jeśli swoimi wynikami możesz się jeszcze pochwalić znajomym, to jeszcze bardziej zachęca do dalszego wysiłku. No i nie musisz od razu zaczynać od maratonu. Zacznij od małych kroków, kilka minut ćwiczeń, rozciągania dziennie. Z czasem zauważysz, że możesz zrobić więcej przysiadów, więcej pompek. Nie od razu Rzym zbudowano.

Jakoś sceptycznie jestem do tego nastawiona.
To działa. Nawet złoci medaliści tak zaczynali! Nie wszystko zawsze im wychodziło perfekcyjnie. Też musieli pokonywać swoje opory, zmuszać się do pewnych rzeczy. Na szczęście z czasem to wchodzi w nawyk. Podczas wysiłku fizycznego wydzielają się endorfiny, więc po pewnym czasie organizm sam się ich domaga, kiedy nie ćwiczysz, zaczyna ci tego brakować. To takie pozytywne uzależnienie.

No dobrze, załóżmy nawet, że lubię biegać, ale mam tekst do napisania, jestem przykuta do biurka, szkoda mi tracić czasu. No a na dworze tylko zimno i pada, zimno i pada…
Pewnie już wiele razy to słyszałaś, ale musisz sobie uświadomić, że naprawdę lepiej się poczujesz, jeśli na chwilę wstaniesz od tego biurka. Gwarantuję ci, że jeśli wyjdziesz na powietrze i trochę się poruszasz (a nawet jak w domu zrobisz parę skłonów), to swoją pracę wykonasz zdecydowanie szybciej. Co do wychodzenia z domu, łatwiej jest, jak masz na przykład psa, bo wtedy nawet jak ci się nie chce, to siłą rzeczy musisz. Można o tym pomyśleć, jeśli ma się problem z motywacją. A nawet, jak prowadzisz dosyć niezdrowy tryb życia, to zmuś się, żeby na przykład wychodząc do sklepu po papierosy, najpierw sobie zrobić jakiś spacer czy krótki bieg po parku. A dopiero potem się nagrodzić dymkiem.

Czego ci życzyć na przyszłość? Poza utrzymaniem kaloryfera na brzuchu? (śmiech)
Jestem od około siedmiu lat w kadrze Polski i z tego jestem dumny, bo to nie jest tak częste, by się w niej tyle utrzymać. Myślę, że możesz mi życzyć powygrywania lokalnych zawodów w Polsce, bo to konieczne za każdym razem, by wyjechać na mistrzostwa świata. Oraz tego, by za rok w Irlandii odbyły się one bez kontuzji!


Piotr Wasilewski – 32 lata, trener osobisty, indywidualny trener sportów walki, instruktor Taekwondo I.T.F., masażysta. Jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w Polsce, wielokrotny medalista mistrzostw Polski, Europy i Świata w Taekwondo I.T.F. Posiada stopień mistrzowski III dan. Prowadzi zajęcia w warszawskim klubie sportowym Taewo.

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!