Kultura

Andrzej Milewski

Nie rób ze mnie abstynenta

Odstawił kokainę, bo nie trafił w Polsce na dobrego dilera. No i przez stany depresyjne. Bo „na zejściu” Andrzej nie Rysuje, tylko popłakuje. Ale ostatnio już mu lepiej.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Mateusz Nasternak

WEMEN: Lubisz używki?
ANDRZEJ MILEWSKI: Bardzo. Mam skłonności do nałogów. Używki pojawiły się w moim życiu bardzo wcześnie. Mieszkałem na Służewcu w dzielnicy, która może nie była patologiczna, ale wszyscy tam wcześnie zaczynali. Pierwszy raz porządnie upiłem się chyba w czwartej klasie podstawówki na obozie sportowym. W dzieciństwie miałem taką umowę z mamą, że mam być w domu o 22. Wtedy dużo jeździłem na deskorolce. Więc już od 19 miałem taki zwyczaj, że kończyłem jazdę, kładłem się, leżałem plackiem i trzeźwiałem. A o 22 szedłem do domu już w dobrej formie.

Podobno teraz jesteś już grzecznym chłopcem i niezdrowe nałogi zamieniłeś na zdrowe.
Powiedzmy. Uprawiam dużo sportu. Bieganie, piłka nożna, siłownia. Dużo dobrych pomysłów wpada mi do głowy tuż po wysiłku fizycznym. A tak w ogóle to miałem być piłkarzem. Myślę, że polska piłka nożna wiele straciła na tym, że zmieniłem plany zawodowe. Ale teraz gram sobie z kolegami w drużynie. Jesteśmy w czwartej lidze siódemek. Jest jeszcze piąta, więc nie jesteśmy ostatni.

Nie jesteś już rozrywkowy?
Jestem, cały czas. Po prostu odstawiłem dragi. Te mocniejsze.

Dlaczego?
Z szeregu powodów. Pierwszy – brak dostępu do dobrego dilera. Nie trafiłem na takiego, który miałby nieoszukany sort.

Po tym wywiadzie może to się zmienić.
Kiedyś zrobiłem nawet taki rysunek z Psingwinem, który mówi. że nie wymaga wiele od życia, tylko żeby było go stać na uzależnienie od kokainy.

Czyli chodziło jednak o pieniądze?
Pieniądze też były argumentem. Wtedy jeszcze dużo nie zarabiałem. Poza tym chodzi o dodatkowe koszty takiego trybu życia, bo one zawsze przychodzą.

Straciłeś jakiś dobry kontrakt na rysunek przez nałogi?
Nigdy w życiu nic nie zawaliłem przez picie albo dragi. Można nawet powiedzieć, udało mi się coś osiągnąć. Teraz przestałem i wiesz…

I może być wielki upadek?
Zacznę się staczać (śmiech). A tak serio, to może jest to nudne tak porządnieć, ale znacznie lepiej mi się pracuje, jak sobie pobiegam, poćwiczę, nie imprezuję.

To kiedy ostatni raz „ćpałeś”?
Nie lubię słowa „ćpać”.

Andrzej Milewski/ Andrzej Rysuje, zdj. Mateusz Nasternak

Wybierz sobie inne.
No nie wiem… To może „używać”?

To kiedy ostatnio używałeś?
Kokainy? Na wigilii firmowej w 2014 roku.

Wtedy jeszcze pracowałeś w agencji reklamowej?
We wszystkich agencjach reklamowych jest dużo napuchniętych nosów.

Jest się wtedy bardziej kreatywnym?
Jest dokładnie na odwrót. Nie wiem, czy inni potrafią, ale dla mnie to mit, że po używkach można coś tworzyć. Tu się zgadzam na przykład z Jerzym Pilchem, który powiedział, że nigdy w życiu nie napisał nawet jednej linijki tekstu po pijaku albo na kacu. Ja nigdy nie zrobiłem żadnego rysunku po alkoholu czy po narkotykach. Może na kacu się zdarzyło, ale już wcześniej miałem pomysł i chodziło tylko o wykonanie. Wiem, że Marek Raczkowski pracował po kokainie, ale u mnie kokaina wiązała się tylko i wyłącznie z imprezami. Ale to też już czas słusznie miniony.

To co ci zostało z tych używek?
Palę dwa papierosy w tygodniu. Przed piłką i po piłce. Czasem zapalę też zioło. Ale nie przepadam. No piwko. Z tym jest ciągła walka. W tygodniu siłownia, zdrowa dieta, a przychodzi weekend i… Najbardziej ze wszystkiego lubię piwo. To jest problem, bo ono zupełnie nie idzie w parze z wyrabianiem sylwetki.

Dużo tych piw?
Tyle, ile trzeba, czasem więcej. W tygodniu staram się nie pić.

Straszna nuda…
Nie rób ze mnie abstynenta (śmiech). Rzuciłem dragi i ostre picie przez stany depresyjne. Zacząłem mieć takie depresje po weekendzie, że nie dało się z tym żyć. Na każdej dobrej imprezie, kiedy było mi jak w raju, powtarzałem: „do zobaczenia rano w piekle”. Miałem mnóstwo smutnych zjazdów. A później były już coraz gorsze i gorsze. Dlatego odstawiłem.

I co „na zjazdach” Andrzej Rysuje?
Andrzej popłakuje. Zdarzało się i tak. Trwało to dzień, dwa. Wtedy jest się nieznośnym. Źle ci, i w samotności, i z kimś. Jak się jest samemu, to wewnętrzne napięcia rośnie. A przy kimś jest się jeszcze gorszym, bo tylko pieprzysz na okrągło tej drugiej osobie, że życie jest beznadziejne. Wkurwiałem bliskich tymi swoimi depresjami. Bo to było na zasadzie: ciągle stękasz, że ci źle, nic nie robisz, a później przychodzi weekend i idziesz w tango.

Andrzej Milewski/ Andrzej Rysuje, zdj. Mateusz Nasternak

Odstawiłeś używki dla bliskich?
W dużej mierze tak. Jak swoje życie tak naprawdę wyciśniesz, to zostaną z niego tylko bliscy. Można robić karierę, zarabiać, ale ostatecznie najważniejsza jest rodzina. Bo to oni z tobą zostaną, jak zachorujesz na raka albo będziesz w innej dupie. I w tym temacie jestem konserwatystą.

Na pewno nie tylko w tym…
To prawda. Nie jestem też za powszechnym dostępem aborcji na życzenie. Może kiedyś stanę się zagorzałym prawicowcem? I przejdę z „Wyborczej” do „Do Rzeczy”.

No to na początku dla treningu kilka imprez zupełnie na trzeźwo.
Żaden problem. Nie piłem ostatnio na sylwestrze. Było super. Nie miałem następnego dnia kaca.

Było super?
Nie. Tak naprawdę było tak sobie. Przecież wiadomo, że lepszy jest stan upojenia niż trzeźwości. Nie będę teraz zachwalał sylwestra na trzeźwo. Nie było tak źle, jak myślałem, że będzie. Zresztą cały styczeń wytrwałem bez alkoholu.

Nie robi to na mnie wrażenia. Przez lata byłam abstynentką. Przyjaźniłam się z takimi ludźmi, imprezowałam. Byłam na kilku weselach, gdzie nie było kropli alkoholu. Organizowali je moi znajomi z oazy.
A widzisz, ja mam odwrotnie. Ty teraz możesz wypić i pobalować, a ja idę do oazy. (śmiech)

Twoja dziewczyna też nie pije na imprezach, żeby mogła z tobą gadać z tobą i cię rozumieć?
Nie, absolutnie. Najgorsze, co można zrobić, to wciągać ludzi w trzeźwość.

Co robisz, jak jest ci smutno?
Ostatnio mi się poprawiło. Jeszcze do niedawna w ogóle nie odczuwałem takiego stanu jak radość. Bo widzisz, ja w ogóle jestem raczej smutny. Większość ludzi, którzy robią „w humorze”, są właśnie tacy bardziej depresyjni niż wesołkowi. Rysowanie to chyba jakiś sposób na przetrawienie rzeczywistości. Dla mnie to rodzaj terapii, wylewania z siebie złości, frustracji. Są też oczywiście inne sposoby. Najkorzystniej, jeśli te stany smutku przychodzą w piątek albo w weekend. Wtedy szybko mijają, bo wiem, że wyjdę sobie na piwo ze znajomymi. A w tygodniu to trzeba iść pobiegać. Wcześniej było inaczej. Piłem też między weekendami. Niby bez żadnych ciągów alkoholowych, bo nigdy nie miałem problemu z uzależnieniem do tego stopnia. Ale był pewien nawyk.

Fajnie, że nie boisz się o tym mówić.
Nie zamierzam być politykiem, więc mogę być szczery. Poza tym nie planuję być też moralistą. Moralizujący rysownik satyryczny – to by było dno kompletne. Czasem prawicowi satyrycy mają takie zapędy, ale to jest straszne. Rysownik jest od wyszydzania.

Tak jakoś wychodzi, że większość rysowników ma problem z nałogami.
Nie, mnie się wydaje, że oni po prostu nie boją się otwarcie o tym mówić. Bo raczej nie zaszkodzi to ich wizerunkowi. Nie jesteśmy aktorami, którym przez to, że przyznamy się do picia czy narkotyków, przepadnie kontrakt reklamowy na kaszkę dla dzieci. Lubię też rysować o dragach. Bo to wdzięczny temat. Ludziom się podoba. Lubią rysunki o używkach, bo lubią używki.

Znasz się z innymi rysownikami?
Marka Raczkowskiego poznałem. To było w sumie bardzo fajne spotkanie. Marek, niestety, nie mógł wtedy pić, więc musiałem pić za nas dwóch. Pogadaliśmy o markerach i innych duperelach.

Andrzej Milewski/ Andrzej Rysuje, zdj. Mateusz Nasternak

Jesteś teraz szczęśliwym człowiekiem?
Ten stan jest mi obcy. Moje podejście do życia jest tak sceptyczno-depresyjne, że ciężko mi jest sobie wyobrazić błogi stan szczęśliwości. W ogóle jak widzę kogoś, kto wygląda na takiego bardzo szczęśliwego, to od razu nabieram podejrzeń. Nigdy nie ufałem ludziom, którzy są zadowoleni. Nie rozumiem, jak można być tak naprawdę w pełni szczęśliwym. Nie wierzę w ten stan.

Jak to? Przecież masz całkiem sporo powodów, żeby czuć się szczęśliwym.
Myślę, że gdybym stał się taki czysto szczęśliwy, chyba przestałbym rysować. Coś w tym jest, jak artysta mówi, że żeby napisać dobrą piosenkę, trzeba mieć złamane serce.

No to jak teraz radzisz sobie ze smutkiem?
Chodzę na terapię. Od trzech miesięcy.

Jaką?
Anonimowych rysowników (śmiech). Normalną, indywidualną. W pewnym momencie budzisz się ze stanami koszmarnymi. I musisz coś z tym zrobić. Każde uzależnienie wiąże się z jakimiś problemami, które trzeba rozwiązać na terapii.

A u ciebie z czego to wynika? Jak u każdego, dzieciństwo?
Pytasz, czy stary wchodził mi do wanny? (śmiech) Nie. Nie wiem, z czego wynikają u mnie te stany i zasada, że zawsze zakładam najczarniejszy scenariusz. Może to smutek męskiej duszy? Słyszałaś o czymś takim?

Nie. A co to jest?
No właśnie chyba to, że permanentnie czujesz się tak, że w każdy piątek musisz iść się najebać.

Masz jeszcze jakieś nałogi?
Jestem uzależniony od oglądania „Faktów”. Codziennie muszę je wciągnąć. Strasznie dużo też przeklinam. Pewnie niektórzy, jak mnie czasem słyszą, mają mnie za potwornego chama. Praca też jest moim nałogiem. Odkąd dostałem potwierdzenie, że to, co rysuję, podoba się ludziom, zacząłem się od tego uzależniać. Lajeczki produkują endorfiny. Chce ci się rysować dalej. Nie podniecam się tym niezdrowo, ale ośrodek w mózgu odpowiadający za odczuwanie przyjemności jest stymulowany.

A muzyka? Jesteś uzależniony?
Nie. W ogóle nie słucham muzyki.

Dużo rysujesz?
Sporo. Codziennie. Tak z 5-6 rysunków dziennie.

Andrzej Milewski/ Andrzej Rysuje, zdj. Mateusz Nasternak

Miewasz kryzysy twórcze?
Na samym początku miałem w zasadzie same kryzysy. Robiłem jeden rysunek co dwa tygodnie. Obrażałem się trochę na to rysowanie. Jak mi coś nie wyszło, albo się nie spodobało ludziom, to mówiłem: „a chuj, już nie będę tego robił, nie umiem rysować”. A później po tygodniu wpadałem na jakiś pomysł i wracałem. Czasem coś wydawało mi się bardzo śmieszne, a później okazywało się, że ludzi to nie śmieszy. Bardzo się stresowałem. I każde takie krytyczne uwagi na początku przeżywałem. Brakowało mi pewności siebie. Bardzo się bałem, że źle wypadnę, ktoś mnie słabo oceni, pomyśli że jestem idiotą. A teraz mniej się tym przejmuję, przestało mnie to paraliżować. Nabrałem pewności siebie właśnie z rysowania. Bo potwierdziło się, że jestem w tym dobry. A jak zrobię gorszy rysunek, to skupiam się na tym, żeby następny był lepszy.

Czy są rysunki, których się wstydzisz? Albo żałujesz, że je stworzyłeś?
Nawet jak tu jechałem, to o tym myślałem. Może niektóre rzeczy były za ostre, ale zasadniczo uważam, że nie ma tematów, z których nie można byłoby żartować. Można zrobić rysunek o uchodźcach czy o śmierci Madzi z Sosnowca. W tym temacie nie jest śmieszna śmierć dziecka, ale to, co z nią zrobiły media. A media zrobiły to dlatego, że ludzie chcą to oglądać, bo są zjebani. Niezadowolony jestem wtedy, jak rysunek nie jest zabawny, a nie jak ma kontrowersyjny temat.

Pamiętasz swój pierwszy rysunek satyryczny?
Pewnie. Zrobiłem go jeszcze w podstawówce. To jest najsuchszy żart świata. Nigdy go nie ujawniałem. Narysowany był koleś, który w domyśle miał być brzydki, niski, w okularach. Obok stał drugi, niby bardzo przystojny, a pośrodku stała taka superlaska. Obaj faceci chcieli z nią przeprowadzić wywiad i ten brzydki mówił, że jest z „Playboya”, a ten ładny, że z „Przeglądu sportowego”. I to było takie śmieszne, że ten koleś z „Playboya” jest brzydki. (Andrzej się głośno śmieje).

Masz jakieś profity z tego, że stałeś się popularny?
Czasem dostaję wyznania miłosne na Facebooku, ale nie sprawdzam, czy dziewczyny na mnie lecą, bo jestem w związku. Mam same profity, bo uważam, że bycie rysownikiem to jest najlepszy zawód na świecie. Robię to, co lubię, to się podoba, ludzie mnie doceniają i jeszcze za to dobrze płacą.

Wiedziałeś, że dobrze płacą, jak zacząłeś rysować?
Słyszałem, że tak. Ale pieniądze zawsze były u mnie na końcu łańcucha czynników decydujących o tym, co chcę robić w życiu. Zawsze myślałem, że chcę robić coś fajnego, z czego będę zadowolony i na końcu – z czego będę mógł żyć. Nie jestem gadżeciarzem, nie dogadzam sobie. Dopiero po roku biegania kupiłem sobie jakiś sprzęt do biegania, jeżdżę kilkunastoletnim samochodem.

Ile najwięcej dostałeś za jeden rysunek?
Nie mogę powiedzieć.

Bez sensu. Musisz. To jest interesujące.
Ale w Polsce powiedzieć, że się dobrze zarabia, to najlepszy sposób na to, by ludzie przestali cię lubić.

Przecież nie muszą cię lubić.
Nie muszą, ale mam drugi argument – ujawnianie kwot jest nieprofesjonalne biznesowo.

Andrzej Milewski/ Andrzej Rysuje, zdj. Mateusz Nasternak

A rysujesz też dla dużych klientów komercyjnych?
Tak, lubię to. Wiąże się to zawsze z dużą liczbą poprawek, bo w korporacjach ścieżka akceptacji i liczba obostrzeń jest bardzo duża, ale pozwala to się oderwać od polityki i publicystyki i zająć się kompletnie innym tematem.

Zrobiłbyś rysunek dla każdego klienta?
Pewnie. Jeśli zgłosi się do mnie producent pasztetu, to robię rysunek o pasztecie. Pod warunkiem, że pozwoli mi z tego zażartować, ugryźć temat po mojemu.

Co cię nakręca do rysowania?
Chęć narysowania najśmieszniejszego rysunku na świecie.

Jak rysujesz?
Na kartce. Skanuję to i później koloruję już na komputerze. Głównie w Gimpie, ale czasem też robię jakieś minimalne poprawki w Paincie. Od czasu do czasu ktoś próbuje mi dowalić i pisze „ej, to jest rysowane w Paincie?” No tak kurwa, to jest rysowane w Paincie. I co? Narysuj taki w Paincie, jak jesteś taki cwany, cieciu. (śmiech)

Ile czasu rysujesz dziennie?
Bardzo różnie, zależy od liczby zleceń, ale najczęściej samego rysowania kilka godzin. Tylko samo rysowanie to już ostatni etap, wcześniej są risercze i wymyślanie, co właściwie robię bez przerwy, nawet jak mam wolne, odruchowo odpalam Twittera.

Długo zamierzasz rysować?
Zawsze. Do końca życia. Dopóki mi serce nie wysiądzie. Na treningu albo jakimś melanżu.

 


Andrzej Milewski (ur. 1985) – rysownik, kiedyś copywriter, z wykształcenia dziennikarz. Rysuje od szkoły podstawowej, ale popularność zaczął zdobywać od 2009 roku, odkąd umieszcza swoje prace na stronie andrzejrysuje.pl. Od 2013 roku tworzy dla „Gazety Wyborczej”. Na Facebooku ma ponad 200 tysięcy fanów. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!