Nauka i pasja

Tomasz Szynkarczuk

Kawy pacjentom nie robię

Uwaga, ten wywiad nie jest dla osób o słabych nerwach. Bo nie dla ludzi o słabych nerwach jest codzienność w pracy, którą wykonuje nasz bohater. 

Rozmawia: Anna Jastrzębska
Zdjęcia: Leszek Sikora

WEMEN: Czy po dziewięciu latach pracy na bloku operacyjnym i w pogotowiu jest coś, co cię jeszcze fizyczne rusza, brzydzi?
TOMASZ SZYNKARCZUK: Nie. Chociaż wciąż się nie mogę przyzwyczaić do swądu spalenizny, gdy podczas operacji małe naczynia krwionośne przypalamy gazem z dodatkiem argonu. Ale sam widok nie robi na mnie wrażenia.

Nie wierzę, że w ciągu tylu lat nie zobaczyłeś nic, co tobą wstrząsnęło.
Oczywiście, że takie sytuacje były, ale nie miały nic wspólnego z kośćmi wystającymi z ciała, czy co tam sobie wyobrażasz.

Tylko?
Dobrze, opowiem ci. Początki mojej pracy. Dyżur na pogotowiu. Godzina 6 czy 6.30 rano. Wezwanie: krwawienie z dróg rodnych. To jest takie wezwanie, które zwykle nie należy do kategorii najcięższych, bo często kobiety przy bolesnych miesiączkach dzwonią po karetkę, więc nie brzmiało to absolutnie groźnie. Zajeżdżamy do małego miasteczka, wpadam pierwszy do drewnianej chałupy, słabej jakości, powiedziałbym. Otwieram drzwi, a w kuchni stoi kobieta, lat 35 może. Lekko zaniedbana, dobrze otyła, ze spodniami dżinsowymi opuszczonymi do kolan i wyciera sobie zakrwawione uda. Cała podłoga w kuchni też poprzecierana krwistą szmatą…

Co tam się stało?
O to samo pytam. A ona na to, że „właśnie tak chyba krwawi”. Ja do niej natychmiast: proszę sobie usiąść lub położyć się na łóżku. Ona jeszcze, że tam pod stołem jest miska z tą krwią, która z niej wypłynęła. Patrzę, w misce łożysko. Na pewno niewykształconego w pełni płodu. Przedwczesny poród.

Wzywasz policję?
Tak. Od razu. A kobietę kładę do tego łóżka, wiem, że zaraz może umrzeć. Ratownik robi wkłucie i wszystko co należy pod kątem medycznym. W mieszkaniu jest jeszcze facet, który totalnie nie wie, o co chodzi. Dopytujemy: gdzie jest dziecko? A ona zdziwiona: to był poród?

Kłamała?
Trudno powiedzieć. Być może była nieco opóźniona w rozwoju, być może udawała. Słowo do słowa, doszło do tego, że w końcu mówi, że w nocy wychodziła do wychodka drewnianego poza domem i tam coś jej jakby… plumknęło. To była godzina 6.30 czy 7 rano w październiku. Szarówka. W zasadzie jeszcze ciemno, latarnie się palą, ledwo można rozeznać, gdzie jest wychodek, a gdzie stodoła. Podwórko zaniedbane. Trawa po pachy. Wszystko w rosie. Lekko wydeptana ścieżynka – idę szukać tego dziecka. Świeciłem sobie tylko telefonem, bo nie miałem latarki. Na ziemi ani kropli krwi. O dziwo, wychodek wyłożony gumoleum i z deską białą plastikową, też bez śladu krwi. Popatrzyłem na tę kupę odchodów – nic nie widać. Myślę sobie: coś tu nie gra, ale nie ma czasu, trzeba kobietę wieźć do szpitala. Jedziemy. Około 7.30 dotarliśmy do szpitala, zdałem dyżur, wyjeżdżam z powrotem. Nie ujechałem 3 kilometrów, dostaję telefon, że mam wracać, bo znaleziono dziecko.

Gdzie?
W tym wychodku. Półtora-dwa kilo, oczyszczone z krwi, zostało wrzucone do sterty fekaliów. Ja w tych ciemnościach nie mogłem go dostrzec. Dopiero policjanci z latarką gdzieś tam w kącie je wypatrzyli.

Policja przesłuchała faceta?
Tak, okazało się, że kobieta była miejscową prostytutką, pomieszkiwała u niego, choć nie byli w żadnym związku. On tej feralnej nocy położył się z nią w łóżku, zasnął i podobno nic nie słyszał. Nad ranem tylko stwierdził, że musiała dużo wstawać w nocy, bo mu całą paczkę papierosów wypaliła. Ale co się działo – to już nie wiedział.

Długo się po czymś takim musiałeś zbierać?
Tak. Z tym, że na początku mojej lekarskiej „kariery” praktycznie w ogóle nie miałem czasu na odreagowywanie stresu. Poszedłem do pracy w styczniu. Bardzo szybko, bo w marcu, zacząłem mieć dyżury. A dwa miesiące później jeździłem już w pogotowiu. Moje dni wyglądały w dużej mierze tak, że z pogotowia jechałem do szpitala, a ze szpitala na pogotowie – i w kółko.

Start był ciężki?
Był. W zasadzie przez kilka pierwszych lat dyżury to był ogromny stres.

Pamiętasz coś z pierwszego dyżuru?
To, że skończyłem o 3 nad ranem.

A zacząłeś?
O 7 rano. Ale zupełnie nie przypominam sobie, co się wtedy działo. Wiem tylko, że miałem mnóstwo ludzi, a jako początkującemu, nie wszystko znów szło mi tak szybko.

Masz zdrowie! (śmiech) Jakby tego mało, przez jakiś czas dojeżdżałeś do pracy prawie 100 km.
Na szczęście ten etap mam już za sobą.

Ale trwał ponad 5 lat. Ile w tym czasie pracowałeś?
Miesiąc pracy, jak jeszcze miałem dyżury w pogotowiu, to – ze szpitalem i przychodniami prywatnymi – było ponad 400 godzin poza domem.

Poczekaj. Przeciętny miesiąc liczy sobie 720 godzin…
Tak. Zostawało mi więc lekko ponad trzysta godzin. W domu bywałem głównie w nocy. Dni wolnych wypadało 3-4, czasem 5 w miesiącu. Niedziele. Nie wiedziałem wtedy, za co się załapać.

Ile spałeś na dobę?
Tygodniami bywało tak, że od czterech do pięciu godzin na dobę. W weekendy odsypiałem. I zapamiętywałem to sobie na cały kolejny tydzień. Teraz, jak śpię 5-6 godzin dziennie, jest nieźle.

Zmęczenie to twój naturalny stan?
Najlepiej, jak jest tak dużo pracy, że nie ma czasu zastanowić się, po co i jak dużo pracujesz.

Czy przynajmniej, jak już się tak narobisz, to chociaż zarobisz?
Będąc lekarzem, możesz sensownie zarobić, ale pod warunkiem, że bardzo dużo pracujesz. Ciężko to wypośrodkować, bo w zasadzie nigdy nie wiesz, czy w danym miesiącu będziesz mieć w przychodni 100, 150 czy 50 pacjentów. Tym bardziej, że w tych poradniach prywatnych liczy się pewna systematyczność. Trzeba w nich bywać regularnie, bo jeśli lekarz zjawia się od święta, to pacjenci odchodzą. Tak pracuje większość lekarzy.

Tomasz Szynkarczuk

Jak jesteś zmęczony i niewyspany, to burczysz na pacjentów?
Raczej nie. Czasem jestem po prostu bardziej, a czasem mniej miły. Kawy im w każdym razie nie robię, herbaty nie proponuję.

Kiedy jesteś mniej miły?
Jeśli pracujesz w przychodni i zgodnie z tym, co ci wyznaczył NFZ, na każdego masz 15 minut, to w wciągu siedmiu godzin powinieneś przyjąć, jak w mordę strzelił, 28 osób. Mnie się chyba jeszcze nigdy, odkąd pracuję, nie zdarzyło przyjąć tak mało pacjentów jednego dnia. W każdym razie: przychodzisz z rana i na start masz 40 osób. Do tego dochodzi cała gromada tak zwanych „pytaczy”. Czyli ludzi, którzy się nie zapisali, ale przychodzą zapytać, czy doktor ich przyjmie. Bo na przykład „nie wiedzieli, że są kolejki”. No to wtedy zdarza mi się być mniej miłym. Czasem po prostu nie starcza mi siły.

I kiedy jeszcze bywasz niemiły?
Kiedy widzę, że ludzie nie mają oleju w głowie. Cieszę się, że dziś jest taki dobry dostęp do informacji, także w internecie, bardzo żałuję tylko, że poziom inteligencji ludzi bywa taki niski. Bo gdyby był nieco wyższy, to połowa porad w poradniach ortopedycznych byłaby niepotrzebna. A na izbie przyjęć zostałby co trzeci pacjent. Reszta wiedziałaby, że jak się uderzysz w palec, to przez parę dni będzie boleć. I nie musisz iść o 2 w nocy do lekarza.

Dużo takich bezsensownych sytuacji się zdarza?
Bardzo dużo. Zwłaszcza, jeśli chodzi o pogotowie, tym bardziej, że w Polsce nie ma prawa, które pozwala ściągnąć opłatę za nieuzasadnione wezwanie karetki. Jeden przykład: wezwanie do biegunki u starszej osoby. Biegunka sama w sobie nie jest zagrożeniem życia, ale nie wiadomo: od ilu dni trwa, czy ktoś jest chory na coś innego jeszcze. Jeśli odmówię wyjazdu, to biorę wszystkie ewentualne konsekwencje – w tym śmierć – na siebie. No więc jedziemy. Nic poważnego. Wychodzimy z mieszkania i dostajemy wezwanie, że na drugim końcu miasta zatrzymanie krążenia u mężczyzny. Trzydzieści parę kilometrów, przejazd przez miasto „na bombach”, ale i tak zajęło to nam dwadzieścia minut. Kiedy dotarliśmy na miejsce, reanimacja nie miała już większego sensu, ale ktoś z rodziny czy sąsiadów podobno reanimował, więc zawsze szansa jest. Próbowaliśmy ponad godzinę. Nie wiem, czy mogłem tego mężczyznę – młodego, pracującego fizycznie, zdrowego, niepijącego, niepalącego – uratować. Ale gdyby nie wezwanie do sraczki, to miałby on na pewno dużo większe szanse.

Izba przyjęć też obfituje w podobne historie?
Na szczęście od kilku miesięcy już nie pracuję na izbie przyjęć. Tam często spotykałem ludzi, którzy mówili wprost, że do lekarza rodzinnego czekali tydzień, lekarz rodzinny ich kierował do poradni specjalistycznej, termin w poradni za trzy miesiące, a oni już nie mogą spać z nerwów. To jeszcze byłem w stanie zrozumieć, bo wiadomo, jak działa system. Ale przychodziły też osoby, które kłamały w żywe oczy – że choroba zwyrodnieniowa powstała nagle, jednego dnia.

Dziwię się, że ciebie to dziwi. Doktor House zawsze powtarzał, że wszyscy pacjenci kłamią. A on przecież nie pracował w Polsce. Wkurza cię system, w którym pracujesz?
Wkurzać mnie nie przestanie nigdy. Z jednej strony. Z drugiej – nie mogę temu poświęcać zbyt wiele emocji, bo już dawno by mnie nie było. Może inaczej: denerwuje cię, że ludzie mimo zakazów jeżdżą za szybko w terenie niezabudowanym? Pewnie, że denerwuje. Ale nie spędzasz każdego dnia, głowiąc się nad tym, bo byś się wykończyła.

No tak, ale jedne błędy systemu generują kolejne. Choćby łapówki.
Powiem tyle: jeśli chodzi o łapówki, to są potężne pieniądze, bo komuś się musi bardzo opłacać, by się w takie rzeczy bawić. Ja, zwykły szaraczek, nie umiem sobie nawet za bardzo wyobrazić, jak to – w XXI wieku – funkcjonuje.

A jakie emocje towarzyszą ci w areszcie śledczym, gdzie również pracujesz?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Tam się zdarzają ludzie, którzy siedzą za pierdoły, i tacy, którzy trafili tam przez konglomerat różnych okoliczności, a są niewinni, co wychodzi po latach albo nigdy. Ale są też mordercy i gwałciciele. Oni wszyscy są wrzuceni do jednego kotła i w zasadzie nigdy nie wiem, z kim rozmawiam.

Wolisz nie wiedzieć?
Chyba tak. Znam bardzo niewielki odsetek ich historii. Ale zdarza się, że zjawia się u mnie ledwo chodzący, niemal bezbronny staruszek, a po wizycie dowiaduję się, że on przez wiele lat gwałcił syna. To ciężkie miejsce do pracy. Ja tam nie jestem od tego, żeby im wyznaczać sprawiedliwość. Ale z drugiej strony, jak słyszę, że ktoś narzeka, bo „czeka na wizytę u mnie dwa tygodnie”, to po prostu krew mnie zalewa. Najczęściej w takich sytuacjach radzę, żeby wyszedł na wolność i zapisał się do mnie za 3 miesiące albo pół roku, bo takie są terminy.

Tomasz Szynkarczuk, zdj. Leszek Sikora

Teraz rozumiem, dlaczego mówisz, że uratowałeś wiele żyć, bo po prostu żadnego idioty nie zamordowałeś.
Tak, tylko ja nigdy z tego powodu nie zostałem bohaterem! A miałem raz taką sytuację, że mogłem. (śmiech)

Brzmi intrygująco.
Dostajemy zgłoszenie: potrącenie. Na drodze krajowej, więc już wiadomo, że to nie będzie bułka z masłem. Jedziemy. Przed samochodem leży młody chłopak. Podjeżdżamy karetką, wygląda na to, że trup. Wyskakuję, podbiegam do niego, a on ledwo, ale dyszy. Zupełnie zanemizowany, biały jak ściana. I wcale nie potrącony, tylko pobity i poraniony strasznie. Patrzę na samochód – nie widać śladów stłuczenia. Okazuje się, że chłopaka ktoś próbował zamordować. On jednak wygrzebał się z rowu, w którym został zasypany, i doczołgał się na szosę.

No i?
No i nic. My gościa odratowaliśmy, a w telewizji pokazali kierowcę, który go nie przejechał. (śmiech) A ja przecież też wielu ludzi w swoim życiu nie przejechałem!

Czujesz, że robisz coś dobrego, pomagasz ludziom? Jesteś z siebie dumny?
(śmiech) Nie czuję się niezastąpiony, wiem, że to samo zrobiliby moi koledzy. Wielu osobom jakoś tam pomogłem, satysfakcja oczywiście jest, i to niekoniecznie po tych najcięższych przypadkach, które zdarzają się na dyżurze. Bo większość ludzi w najgorszym stanie, których operuję, nie myśli o tym, kto ich pozszywał czy poskładał. Tylko chce jak najszybciej do domu, bo ręce się trzęsą i trzeba się znów napić.

Najpoważniejsze wypadki zdarzają się najczęściej po alkoholu?
Jeśli chodzi o ucięcia kończyn z pomocą siekiery czy krajzegi, czy połamania w wyniku upadku z drabiny, to miałem do tej pory może ze trzy przypadki osób trzeźwych.

Czy po tym wszystkim masz jeszcze siłę współczuć ludziom?
Wiesz, to jest nieco bardziej skomplikowana kwestia. Miałem kiedyś pacjenta, lat trzydzieści parę, po skręceniu stawu skokowego, który – kiedy zaleciłem mu gips – prawie się rozpłakał. Bo jak on sobie w życiu poradzi? W domu małe dziecko. Pytam, co takiego strasznego się dzieje z tym dzieckiem. Chore? Nie. Noworodek? Nie, w wieku szkolnym. Jest jeszcze druga osoba dorosła w domu? Jest, żona. A facet roztrzęsiony. Więc reakcje ludzi na różne rzeczy drastycznie się różnią. Jeden się rozpłacze z powodu skręconego stawu skokowego. Inny ma obie ręce w gipsie, najeść sam może się jedynie przy pomocy łyżki wazowej, bo tylko taki zasięg pozwala mu na włożenie czegoś do ust, mówi: trudno, jakoś sobie poradzę.

Czegoś cię nauczyła o życiu praca lekarza?
Dzień w dzień – no dobrze, może nie w weekendy, kiedy mam wolne – obserwuję takie tragedie, że głowa mała. Ludzi z poważnymi kalectwami, czy takich, którzy potwornie się męczą. A i tak najtrudniejsze są sytuacje na izbie przyjęć, gdy widzi się staruszka albo staruszkę, którzy są zupełnie sami. Nie mają nikogo, kto mógłby im pomóc. Dzieci daleko, w dużych miastach albo zagranicą. Nie zawsze jest to jakiś straszny wypadek. Czasami chodzi o proste złamanie kostki. Osoba osiemdziesięcioparoletnia jest drastycznie upośledzona życiowo przez takie małe złamanie. Choćby sama po zakupy nie pójdzie… Czy to jest środek miasta, czy to jest na wsi – wszystko jedno. Choć wydaje mi się, że w mieście, ze względu na mniejszą zażyłość między sąsiadami, to bywa jeszcze bardziej dotkliwe. Dlatego myślę, że najgorszą chorobą jest samotność. Spotykam różnych ludzi, z różnymi problemami zdrowotnymi, i widzę, że kiedy jest rodzina, kiedy są bliscy, to wiele można znieść.

Masz wyrzuty sumienia wobec swojej rodziny, że więcej cię nie ma niż jesteś?
Niestety tak.

Ale jakoś dajecie radę.
Bo mam cudowną żonę.

Wybudowałeś dom na wsi, do którego przed miesiącem wprowadziliście się z żoną i dzieciakami. Może więc teraz trochę zwolnisz? Więcej czasu poświęcisz rodzinie? I zadbasz o siebie?
Większości pacjentów zalecam rowery, baseny i inne formy ruchu. Sam na rowerze siedziałem chyba 4 lata temu, zanim mi go nie ukradli. Ale tak, mam plan, by weekendy robić sobie wolne…


Tomasz Paweł Szynkarczuk (ur. 1980) – lekarz ortopeda z 9-letnim stażem. Ukończył Akademię Medyczną w Białymstoku, pracuje w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu.

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!