Polityka Promowane wpisy

Robert Biedroń

Ludzie chcą mnie przytulać

“Byłem już tyle razy pobity i poniżony, że musiałem wytworzyć taki mechanizm, który sprawia, że teraz ciężko mnie zranić. Jestem pewnie w jakiś sposób upośledzony, bo przeciętny człowiek nie byłby w stanie tego wszystkiego znieść. A ja mimo to robiłem swoje”.

Rozmawiają: Anna Jastrzębska i Monika Sobień
Zdjęcia: Szymon Szcześniak

WeMen: Pogadajmy o kasie.
ROBERT BIEDROŃ: Dobrze, mogę bardzo dużo o pieniądzach mówić.

Na co lubi Pan je wydawać?
W zasadzie w ogóle nie lubię wydawać pieniędzy. To mi się teraz przydaje w Słupsku. Muszę oszczędzać, bo odziedziczyłem bardzo zadłużone miasto, piąte co do zadłużenia w Polsce, i muszę dbać o to, by racjonalnie wydawało pieniądze.

A prywatnie?
Jeśli chodzi o osobiste rzeczy, lubię wydawać pieniądze na mojego partnera. Kiedy widzę, że on ma z tego przyjemność, wtedy nie mam żadnych oporów. Robię dużo prezentów.

Robert Biedroń, zdj. Szymon SzcześniakNie lubi się Pan stroić? Zawsze Pan dobrze wygląda.
O, dziękuję bardzo. Ale nie.

No to może gadżety?
Nie mam żadnych gadżetów. Nawet telefon mam stary, już czteroletni.

Serio, nie ma Pan żadnych słabości?
Ze słabości to słodycze. Ale sobie odmawiam, bo muszę schudnąć. Przez to, że bardzo dużo pracuję, ostatnio przytyłem.

Jak zmieniło się Pańskie życie, odkąd został Pan Prezydentem Słupska?
Diametralnie. Ale to nie jest kwestia tylko bycia Prezydentem. Fakt, że zamieszkałem w Słupsku, że zajmuję się innymi niż do tej pory sprawami, to że moja pozycja wygląda inaczej niż kilka lat temu, całkowicie odmieniło moje życie. I na lepsze, i na gorsze. Na gorsze zmieniło się na przykład to, że mieszkam daleko od mojego partnera, pracuję trzy razy więcej niż gdy byłem parlamentarzystą.

A plusy?
Mnóstwo. Wszystko, co robiłem w swoim życiu, było po to, bym mógł żyć godnie. Ja tego godnego życia na co dzień nie miałem. Największym więc plusem jest chyba to, że coraz łatwiej mi się żyje, coraz rzadziej spotykają mnie nieprzyjemne rzeczy. Chociaż jak teraz szedłem na spotkanie z paniami, a przechodziłem tylko przez ulicę, to jedna osoba zaczęła mnie obrażać.

Warszawka.
Ale wiele osób też się uśmiechało! Wracając do plusów – w końcu zajmuję się rzeczami konkretnymi. Prezydent miasta to jest władza wykonawcza – widzę, jak rosną budynki, które budujemy, zmieniają się ulice, które remontujemy, jak rozwija się miasto, którym zarządzam. I to jest fascynujące. Jako poseł tego nie obserwowałem, bo poseł ma władzę ustawodawczą. I raczej teoretyzuje niż w praktyce wykonuje różne rzeczy.

Ludzie w Słupsku pokazują Panu, że są bardziej zadowoleni ze swojego życia?
Pokazują. Na każdym kroku.

W jaki sposób?
Chcą mnie przytulać. (śmiech) Naprawdę. Podchodzą, pytają czy mogą mnie przytulić albo po prostu to robią. Podobno największym sukcesem polityka jest to, kiedy ludzie chcą go przytulić. Oczywiście są też tacy, którzy chcą mnie opluć, ale to jest rzadkość.

Robert Biedroń

Słyszy Pan na ulicy wyznania miłości?
Nie, wyznania miłości słyszę tylko od mojego partnera. Ale jeśli ktoś mi mówi na ulicy miłe rzeczy, to mi dodaje skrzydeł. To też pokazuje, jak bardzo Polska się zmieniła. Moja mama, gdy usłyszała, że jestem gejem, była pełna paniki. Płakała. To był straszny płacz. Dwa razy w życiu widziałem ją w takim stanie. Wtedy i kiedy zmarł mój ojciec. Ona płakała tak, jakby straciła syna.

Ale dzisiaj jest dumna?
Tak. Zmiana jest widoczna i to jest fajne, bo widać efekty pracy, którą wykonałem nie tylko ja, ale też wiele innych osób. To mi daje siłę, pokazuje, że było warto.

Jak Pan wpadł na to, że szacunek okazywany ludziom – taka podstawowa, wydawałoby się, rzecz – jest potrzebny w polityce?
A czy miałem inny wybór? Jak ma się już kompletnie przechlapane w takim społeczeństwie jak polskie, gdzie przez wiele lat nie byłem rozumiany i ciężko mi było przekonać ludzi do czegokolwiek, po prostu musiałem wyjść na ulice i zacząć rozmawiać. Gdybym się zamknął w czterech ścianach, nigdy bym nie został zrozumiany. A ponieważ kocham ludzi i uwielbiam być wśród nich, było mi łatwiej. Choć byłem opluwany, pobity wielokrotnie, nieakceptowany, konsekwentnie wychodziłem na tę ulicę. Jeździłem autobusem czy na rowerze, bo wiedziałem, że jak się zamknę w samochodzie, to nikt mnie nie zobaczy, nie będzie mógł na mnie nakrzyczeć, zwyzywać mnie. To jest bardzo ciekawe, dziś miałem kilka takich interesujących przypadków. Podeszła do mnie jakaś pani, chyba religijna bardzo, rozpoznała mnie („ten Biedroń?”) i „zaleciła”, bym słuchał Boga. Gdybym jeździł limuzyną prezydencką, którą nie jeżdżę, to nie poznałbym takich ludzi. Nie miałbym refleksji nad kondycją społeczeństwa.

Jak znajduje Pan z tymi osobami wspólny język?
Próbuję. To sprawia, że ludzie mnie kupują, nie boją się mnie. „Ten Biedroń” jest wśród nich. Jak się do człowieka podchodzi życzliwie, to ciężko jest zostać zaatakowanym. Ktoś musi mieć naprawdę dużo złej woli. Ale z takimi ludźmi już staram się nie zadawać. Kiedyś dawałem się wciągać w dyskusje, podczas których sadzano mnie z jakimś homofobem, który mówił „pedały do gazu”, albo byłem w programie, w którym próbowano mi powiedzieć, że jeżeli „mogę z moim partnerem, to mogę też z psem”. Wtedy wyszedłem z tego spotkania. Ale dawałem się wciągać w takie sytuacje. Dziś już tego nie robię. Jeśli nie ma przestrzeni, żeby dyskutować, to nie ma sensu. Trzeba wchodzić w dialog przynajmniej z tymi, którzy nie obrażą, nie uderzą.

Wcześniej był Pan twardszy?
Nie, ale dopiero dzisiaj, po latach, zacząłem pojmować, że wychodząc na ulicę i mówiąc, że jestem gejem, bardzo narażałem życie swoje i swoich bliskich. Kiedyś nie miałem tej mądrości. Chyba trzeba mieć dużo naiwności, by zachowywać się tak, jak zachowywałem wcześniej, bo konsekwencje mogą być straszne. To nie są cechy powszechne w społeczeństwie i jak ktoś jest bardziej inteligentny, to tego nie robi. Ale jak ktoś jest takim półgłówkiem jak ja, to sobie może na to pozwolić, bo nie rozumie konsekwencji.

l1006177_s

Trochę Pan kokietuje…
Dziś mam jakiś pancerz. Doświadczenia, które mam za sobą, sprawiły, że mój margines akceptacji obelg jest większy niż u innych ludzi. Widzę, jak moi znajomi czytają przykre komentarze o sobie w internecie i jak je przeżywają. Ja byłem już tyle razy pobity i poniżony, że musiałem wytworzyć taki mechanizm, który sprawia, że teraz ciężko mnie zranić. Jestem pewnie w jakiś sposób upośledzony, bo przeciętny człowiek nie byłby w stanie tego wszystkiego znieść. A ja znosiłem, a przy tym robiłem swoje.

Mimo tych trudności nie zdecydował się Pan na wyjazd z Polski.
Nie, choć moi rodzice mieszkali w Stanach Zjednoczonych, a brat mieszka we Włoszech. Ale mieszkałem za granicą, wiem, czym jest życie w innym kraju. Jestem patriotą i mój związek kulturowy i językowy z Polską jest tak silny, że ciężko mi się żyje gdzie indziej.

Ale przecież mówi Pan w kilku językach.
Tak, ale nie umiem wyrazić w nich, co czuję. Są ludzie, którym się to udaje, dla mnie to nigdy nie było łatwe. Miałem momenty, w których myślałem, że wyjadę, tak było w 2005 i 2006 roku, kiedy PiS doszedł do władzy. Uczyliśmy się szwedzkiego z moim partnerem i chcieliśmy wyjechać do Szwecji. Nie zrobiliśmy tego, całe szczęście, ale pomysł był. Nie wyobrażam sobie życia poza krajem, chociaż nigdy nic nie wiadomo.

Chyba raczej nie, już dzisiaj wiele osób deklaruje, że będzie na Pana głosować w wyborach prezydenckich!
Zobaczymy. Na razie Słupsk jest dla mnie najważniejszy i skupiam się na tym, by tu się sprawdzić. Zresztą muszę się jeszcze naprawdę wielu rzeczy nauczyć. Ja tak wam ściemniam, że wszystko wiem (śmiech), ale jeszcze wiele nauki przede mną. Poza tym w polityce trzeba mieć pokorę. Ilu było takich, którzy już witali się z gąską, już mieli być prezydentem, już mieli być premierem, i co? Dzisiaj o nich nawet nie pamiętamy.Robert Biedroń, zdj. Szymon SzcześniakA wciąż ustawiają się do Pana kolejki, by udzielił Pan ślubu?
Tak, ogromne. Cały czas ktoś do mnie pisze w tej sprawie.

Przykro Panu, udzielając tych ślubów i wiedząc, że sam Pan prawa do ślubu nie ma?
To jest potwornie trudne, jak widzę tych ludzi, jacy oni są szczęśliwi. Szczególnie, że jestem już prawie 15 lat z moim partnerem. Mamy tyle wspólnego ze sobą, a prawnie to wygląda tak, jakby Krzysiek w moim życiu nie istniał. A przecież, kurczę blade, mamy 2016 rok!

Myśli Pan, że dożyjemy czasów, że to się w Polsce zmieni?
Tak, to jest kwestia zmiany pokoleniowej. Zresztą, myślę, że wpływ będą miały na to również kobiety. Bo jestem przekonany, że niedługo to one będą rządziły światem.

Niby dlaczego?
Świat zmierza ku temu, żebyśmy w życiu publicznym preferowali cechy, które najczęściej mają kobiety. Dialog, zaufanie, współpraca, brak przemocy. To są cechy, które idealnie przyswoiły sobie kobiety, dlatego one przejmą władzę. To widać już dziś. Kiedy jest ogromny kryzys, politycy zwracają się w stronę kobiet.

Optymistyczna wizja.
Kto prawdopodobnie zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych? Hilary Clinton. Kto dzisiaj rozwiązuje problemy Unii Europejskiej? Angela Merkel. Kto obecnie jest na pierwszej linii strzału w Polsce? Beata Szydło. Jarosław Kaczyński chowa się za jej plecami. Kobiety będą rządziły światem. Dzisiaj prawica zagospodarowała mężczyzn. Oni grają na naszych lękach, że my – faceci tracimy władzę. Wy nie macie czego tracić, możecie tylko zyskiwać. Poczułyście, że jesteście silne. Czarny Protest dużo pokazał. Dla Kaczyńskiego to katastrofa. Politycy, jeśli są mądrzy, muszą się z wami liczyć.

To dlatego solidaryzuje się Pan z kobietami?
Żyjemy w społeczeństwie, które preferuje i punktuje kobiety, które są skromne, nieambitne, poświęcają się rodzinie, mężowi i Chrystusowi. Proszę zauważyć, jak dziennikarze rozmawiają z kobietami w polityce. Pytają je o dzieci, o ubiór, prawa reprodukcyjne, o to, jak to jest poświęcić się karierze politycznej czy publicznej. Ocenia się kobiety pod kątem seksualności, w relacjach sejmowych pokazuje się je od stóp do głowy. Seksizm jest wszechobecny, często nieuświadomiony. Faceci się z tego śmieją, nie zdają sobie z tego sprawy, bo to się stało powszechne. Kobiety muszą ciągle próbować się wyzwolić. Umówmy się, mężczyźni przez tę kilkucentymetrową końcówkę są traktowani bardziej serio. Was się sprowadza do tematów mniej serio, więc kiedy zaczynacie mówić o tematach poważnych, najczęściej jesteście traktowane niepoważnie. Tak samo jest ze mną. Z tego wynika moja solidarność z kobietami.

Jako gej ma Pan podobnie?
Tak. Ludzi bardzo interesuje moja orientacja seksualna. Praktycznie nie ma rozmowy czy spotkania, w którym się o tym nie wspomina. Kiedy we „Wprost” jest ranking najbardziej wpływowych Polaków, to tam oczywiście też musi się znaleźć informacja, że jestem gejem. Ciężko jest od tego uciec. To samo spotyka kobiety. Patrzenie przez pryzmat płci czy orientacji seksualnej jeszcze przez wiele lat się nie zmieni. Ale jest nadzieja.

Dobrze się Panu pracuje z kobietami?
Lepiej niż z mężczyznami. Nie czuję z ich strony chorej rywalizacji. Tej ciągłej potrzeby walki, popisywania się, testosteronu. Chociaż oczywiście przede wszystkim zwracam uwagę na kompetencje. Ale dzisiaj, w dobie tzw. „miękkich kompetencji” (swoją drogą uważam, że to niesprawiedliwe pojęcie), kobiety wygrywają. U mnie w Ratuszu zdecydowana większość kierownictwa to są kobiety. Moja zastępczyni to kobieta, pierwsza w historii naszego miasta. Kobiety dają mi te cechy, które są potrzebne do rządzenia miastem.l1006209_sWracając do rządzenia. Z czego jest Pan najbardziej dumny w Słupsku?
Z ludzi. Z tego, że czują, iż mieszkając w średniej wielkości mieście, można mieszkać fajnie. I że to się stało modne. Że inni zazdroszczą nam takiego miasta. Do tej pory wiele osób traktowało mieszkanie w średniej lub małej wielkości miastach jako coś dyskredytującego, jako obciach. A tu, w restauracji w Warszawie, zaczepił mnie pan, mówiąc: „o, jak miło, ja też jestem ze Słupska”. Ludzie się do tego przyznają, mówią o tym z dumą. Chciałbym, żeby tak było również w przypadku innych miast. Polska to nie tylko Warszawa i nie ma żadnego powodu, żeby się mniejszych miast wstydzić. One też mają prawo wstawać z kolan i stać mocno na swoich nogach.

Nawet Radom? (śmiech) Obie jesteśmy z Radomia, stąd pytanie.
Nawet Radom może być seksi.

Bardzo odważna teza. Ludziom żyje się dzięki Panu lepiej w Słupsku? Ma Pan pieniądze, którymi może dysponować i wydaje je inaczej niż poprzednicy.
Wszystkie badania pokazują, że ludziom nie żyje się wybitnie lepiej, jeśli inwestujemy tylko w infrastrukturę. Szczęśliwie żyje im się, kiedy mają zieleń, nie muszą stać w korkach, kiedy przedszkole jest blisko domu. To nie wymaga wielkich pieniędzy. I ja takie miasto buduję. Nie inwestuję w wypasione drogi, w wielkie stadiony, ale w małe rzeczy, które przynoszą ludziom bardzo dużo szczęścia. Na przykład robię dużo placów zabaw, małych parków, ścieżki rowerowe. Ograniczam ruch, miejsca do parkowania w centrum. Oddaję przestrzeń ludziom. Jak ostatnio ograniczyłem możliwość parkowania na jednej z ulic w centrum, było to wyśmiewane. Pytano: kto będzie chodził po tej ulicy? Co się okazało? Natychmiast ten deptak zapełnił się życiem. Ludzie bardzo szybko zagospodarowują przestrzeń, którą im się daje. To jest fascynujące.

Skąd ma Pan taką intuicję?
Nie mam żadnej intuicji. Jestem głupolem. Czytam książki i wiem, że to działa w innych miastach. Jeżdżę i widzę. Zarzuca mi się czasami, że za dużo jeżdżę. Ale ja dzięki temu to wiem. Gdybym nie obserwował, jak się ludziom żyje w innych miastach, bardziej szczęśliwych, kompaktowych – i za granicą i w Polsce – to bym tego nie wiedział. Niekoniecznie trzeba ludziom budować stadiony. Lepiej zrozumieć małe rzeczy, które ich cieszą i próbować je im dawać. No bo dlaczego ludzie zaczęli mieszkać w miastach? Żeby móc się spotykać nawzajem, rozmawiać ze sobą, uprawiać kulturę, politykę, seks.

I zarabiać.
Oczywiście, też. Ale dzisiaj miasta zostały przejęte przez samochody, banki. Kiedyś rynek był centrum spotkań, dziś takie miejsca to są galerie handlowe. Tkanka miejska została zaburzona. Ludzie za tym tęsknią. Pamiętają, że jak kiedyś jechali do pracy, to nie spędzali dwóch godzin w korku, że przedszkole było blisko. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, jeśli włodarz miasta tego nie rozumie, to będzie dalej je dehumanizował. A miasto będzie coraz bardziej nieszczęśliwe. Nieprzypadkowo na Pomorzu mieszkają najbardziej szczęśliwi ludzie, nasze miasta są kompaktowe. Ludzie, chcąc nie chcąc, muszą się ze sobą spotykać.Robert Biedroń, zdj. Szymon SzcześniakCo Pana najbardziej rozczarowało, kiedy został Pan prezydentem Słupska? Były takie rzeczy, których „się nie da”?
Jest mnóstwo takich rzeczy. Przykre jest to, że mieszkańcy chcieliby, żeby wiele rzeczy zrobić, a ja ze względów finansowych ich zrobić nie mogę. Bo mam bardzo zadłużone miasto. Mieszkańcy oglądają te wszystkie seriale, chcieliby żyć na tym samym poziomie co w Warszawie.

No dobrze, to zapytamy jak blondynki: co trzeba zrobić, żeby oddłużyć miasto?
Podejmować mnóstwo niepopularnych decyzji. Zaciskać pasa wszędzie, gdzie można. Zaczynając od siebie. Nawet w sposób symboliczny. Bo to, co zrobiłem, dzisiaj stało się symbolem, choć nie przyniosło jakichś wielkich oszczędności. Ale żeby przekonać mieszkańców do konieczności oszczędzania, musiałem zacząć od siebie: w sposób symboliczny przesiąść się z limuzyny na rower, pić wodę z kranu. Zwolnić, niestety, urzędników w Ratuszu. Obciąć pensje w radach nadzorczych i spółkach. Zmniejszyć zarządy spółek do jednoosobowych.

Nie obrzucili Panu mieszkania jajkami?
Oczywiście, miałem demonstracje. Na przykład kiedy racjonalizowałem sieć szkół. Wiadomo, że kiedy zwalniam urzędników, to tworzę wiele nieszczęść ludzkich. Ktoś przez to traci. To są poważne dramaty. Ale ja, starając się nie krzywdzić ludzi, podejmując bardzo ostrożne działania, muszę myśleć o całym mieście, żeby je uratować. Starając się oczywiście minimalizować straty. Jeżeli nie uratuję miasta, będę musiał zlicytować transport publiczny, sprzedać spółkę miejską. Obciąć połączenia, zlikwidować przedszkola. To są rzeczy, które można najłatwiej zrobić. Tylko ich szkoda.

Nie boi się Pan, że podejmując niepopularne decyzje sam stanie się niepopularny?
Nie obawiam się, bo po pierwsze nie mam wyboru. A po drugie – miasto jest dla mnie najważniejsze Domyślam się, że za jakiś czas ktoś, kto mnie zastąpi, będzie miał łatwiej. Ale to jest dobro wspólne, Słupsk funkcjonuje 650 lat i będzie pewnie tyle jeszcze funkcjonować. Muszę myśleć o przyszłości, nie tylko o sobie. Jestem odpowiedzialnym politykiem, nie populistą, nie wybuduję ludziom kolejnego aquaparku. Może mnie wywiozą na taczkach, zresztą w Słupsku to już tradycja. Dawny prezydent miasta, jeszcze burmistrz niemiecki, który zastał Słupsk drewniany, a zostawił murowany (zbudował ratusz dwa razy droższy od ratusza w Berlinie, myśląc o tym, że kiedyś będzie potrzebny), wybrukował ulice w Słupsku, żeby po błocie nie jeżdżono, został wywieziony na taczkach. Ale kilka lat później mieszkańcy go docenili i nadali mu honorowe obywatelstwo miasta.

A ludzie mówią Panu pośrednio lub bezpośrednio na co chcieliby, aby Pan wydawał pieniądze?
To jest ciekawe. Jak panie zapytają ludzi, co by chcieli, to na pierwszy ogień pójdą aquaparki, stadiony, drogi. Dlaczego? Oni oglądają telewizję, mają aspiracje. W Słupsku czy w Radomiu chcieliby mieć lotnisko.

No i mają!
No właśnie. Ale czy ono przyniosło radomianom szczęście? Nie sądzę. Wydano na nie chyba ze sto milionów złotych. Za sto milionów złotych można by było w Radomiu wybudować całą masę parków, placów zabaw, przestrzeni, w której ludzie by się spotykali. Jestem przekonany, że przyniosłoby to znacznie więcej szczęścia mieszkańcom. Dlatego myślę, że naszą rolą jako polityków jest również inspirowanie ludzi, żeby nie dali się omamić takim łatwym obietnicom aquaparków czy lotnisk. Prezydenci, którzy w to wchodzą, na koniec dnia przegrywają. Bo okazuje się, że to są fatamorgany.

Robert Biedroń, zdj. Szymon SzcześniakIdealista z Pana.
Pokazują to badania: dziś najszczęśliwszymi krajami są kraje skandynawskie, gdzie bardziej sprawiedliwie redystrybuuje się to, co się wytwarza. Podatki są wyższe niż u nas, ale są one dystrybuowane w ten sposób, by jak najmniejszą grupę ludzi wykluczać z dobrostanu. Myślę, że to jest również klucz do rozmowy. Żeby w zrównoważony sposób rozwijać kraj. Słupsk nie będzie w stanie konkurować z innymi ośrodkami, jeśli nie stworzymy mechanizmów rozwoju. Na przykład poprzez szybkie połączenia z innymi miastami. Tak jak to się dzieje w Niemczech czy krajach skandynawskich, gdzie firmy i instytucje państwowe poprzenoszono do mniejszych miejscowości. Dlaczego akurat Gdańsk musi być stolicą województwa? Gdańsk tego dziś nie potrzebuje. Gdyby został nią Słupsk, to ogromnie by zyskał – i na prestiżu, i jeżeli chodzi o miejsca pracy, i o wzrost wynagrodzeń. Dlaczego Radom nie mógłby być stolicą województwa mazowieckiego? Dlaczego to musi być Warszawa, która dominuje nad mniejszymi miejscowościami? Radom ma poczucie prowincji. Do dzisiaj się śmieją z chytrej baby z Radomia…

A ona przecież wkładała na stół te napoje. Wcale ich nie zabierała! (śmiech)
No właśnie. Nikt nie daje radomianom szansy, więc mają uzasadnione poczucie krzywdy. Weźmy Trybunał Konstytucyjny, który jest jednym z wielu urzędów Warszawy. A gdyby był w Radomiu, nadawałby mu prestiżu, radomianie byliby z tego dumni. Sędziowie by tu przyjeżdżali, odbywałyby się najważniejsze w kraju rozprawy. To jest myślenie, które dziś jest nam obce, a które sprawia, że Niemcy, Skandynawia, a nawet Czechy czy Słowacja rozwijają się dzięki temu lepiej.


Robert Biedroń – ur. 1976, od 2014 r. Prezydent Słupska. Działacz na rzecz osób LGBT. Pomysłodawca, współzałożyciel i prezes Kampanii Przeciw Homofobii (2001-2009), od 2011 do 2014 poseł na Sejm VII kadencji. Właśnie ukazała się jego książka “Pod prąd” (wywiad rzeka udzielony Magdalenie Łyczko).

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!