Kultura

Mateusz Janicki

Bo ty buźkę masz za ładną

– Gdybym nie miał kasy, stanąłbym za barem i nalewał piwo. W Nowym Jorku prawie każdy aktor zalicza ten etap – mówi Mateusz Janicki. Był już stolarzem, gońcem i instruktorem narciarstwa. Chciał być politykiem i ma coś z politycznej skuteczności, bo choć do wielu ról jest „za ładny”, udaje mu się je zdobywać. Takiego Janickiego nie znacie z „Singielki”.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Mateusz Nasternak

WEMEN: Kocha się Pan w sobie, Panie Janicki?
MATEUSZ JANICKI: Jak każdy aktor. (śmiech) Ale bez przesady. Walczę z tym. Na szczęście mam przy sobie normalnych znajomych, którzy sprowadzają mnie na ziemię, jak za bardzo odlecę.

I mówisz czasem, stojąc przed lustrem: „Boże, dzięki za tę twarz”?
Przestań się ze mnie nabijać. (śmiech) Ta moja facjata chłopca bywa problematyczna. Pewnych ról, na których mi zależy, właśnie przez nią nie dostaję.

No, u Smarzowskiego pewnie miałbyś ciężko…
Żebyś wiedziała! Bardzo chciałem u niego zagrać. Do tego stopnia, że zadzwoniłem nawet do reżyserki obsady „Wołynia” i powiedziałem: „Pani Magdo, cokolwiek, nawet Ukraińca bez nogi, trupa, nieważne”. A ona z czułością w głosie odpowiedziała: „Myszko, koteńku, ale ty tę buźkę masz za ładną”. I tyle z tego mam. (śmiech)

Ale w końcu coś tam wyrwałeś.
Tak. Gram blond oficera SS, nadzorującego pogrom Żydów, którego dokonują Ukraińcy. Mówię dwa zdania i to po niemiecku. Ale jestem szczęśliwy. Marzyłem, żeby zagrać u Smarzowskiego.

Czyli jednak dziecko szczęścia.
Coś w tym jest. Ale przyznam ci się, że mam narastający strach, że to moje szczęście się kiedyś skończy. Bo ileż je można mieć? Już pomijając to, że dobrze układa mi się życie rodzinne, zawodowe też idzie w dobrym kierunku, to ja nigdy w życiu nie oblałem żadnego egzaminu! Łącznie z makroekonomią na stosunkach międzynarodowych, której po prostu nie byłem w stanie się nauczyć. Nie podchodziłem do tego egzaminu z osiem razy, ale jak już podszedłem, to jednak za pierwszym razem zdałem. I to samo było z prawem jazdy, egzaminem do szkoły teatralnej czy nawet na patent żeglarski. Zdałem go, mając 15 lat. Dzień wcześniej pływałem popełniając wszelkie możliwe błędy, a jednak na egzaminie się udało.

Mateusz Janicki, zdj. Mateusz Nasternak

A szukałeś kiedyś pracy?
Pewnie. Bycie dzieckiem szczęścia nie oznacza, że wszystko masz. Dobre pół roku byłem zupełnie bez roboty. Ale to był cudowny czas. Jeździłem na nartach, odpoczywałem…

Miałeś sponsora? (śmiech)
Nie, ale byłem wtedy samotnym facetem. Czym się miałem martwić? Kogo utrzymywać? Jak nie masz dzieci, to nie masz potrzeby zarabiania pieniędzy. Fajnie jest móc coś sobie kupić, ale umówmy się, jak jesteś singlem, to naprawdę możesz sobie zorganizować życie za grosze. Ja wynajmowałem mieszkanie bardzo tanio, a jak nie miałem kasy na jedzenie, to zawsze mogłem pójść do dziadków na obiad i jakoś dało radę. Wystarczyło, żebym zrobił jedną chałturę w miesiącu, żebym mógł spokojnie przeżyć. A jeszcze oprócz tego miałem tam zawsze parę gorszy, bo przez wakacje już od liceum jeździłem do pracy do Niemiec i do USA.

Co robiłeś?
W Niemczech pracowałem przy wystawie historycznej. Robiłem ramki do map. To znaczy głównie kleiłem rogi. Później trochę pracowałem w winnicy przy remoncie domu. Następnego roku byłem gońcem w antykwariacie. A później pojechałem do USA i byłem tam stolarzem.

Jak swego czasu Harrison Ford.
Już dawno znalazłem i pielęgnuję tę naszą zbieżność w biografiach! (śmiech)

Chłopak z Ciebie zaradny, nauczony pracy.
Coś w tym jest. Dzięki temu nigdy nie byłem w sytuacji, żebym zupełnie nie miał kasy. Generalnie uważam, że ludzie urodzeni i uczący się w mieście, jeśli mówią, że nie mają roboty, bo nie ma w tym kraju roboty, to po prostu pieprzą. Rozumiem tych, którzy urodzili się na wsiach czy w miasteczkach, gdzie była jedna fabryka, która upadła. Ale jeżeli ktoś żyje w Krakowie czy w Warszawie i mówi, że nie ma pracy, to znaczy, że jej nie chce. Ja kiedy po szkole teatralnej nie miałem roboty, to byłem dogadany ze znajomymi, którzy mieli knajpę, że będę u nich nalewał piwo.

Nie wstydziłbyś się?
A czego? Cały Nowy Jork jest złożony z aktorów, którzy leją piwo, czekając na swoją wielką szansę. Można nawet powiedzieć, że jest to nieodłączny element pracy aktora, który kiedyś trzeba zaliczyć. Poza tym, jak nie miałem pracy, to zawsze mogłem pojechać w zimę na stok i uczyć dzieciaki jeździć. I z tego też da się jakoś wyżyć.

Mateusz Janicki, zdj. Mateusz Nasternak

Aktor, instruktor narciarski, żeglarz z patentem… Co ty tam jeszcze umiesz?
Proszę pani… A czego ja nie umiem? (śmiech) Pływam na windsurfingu, choć jeszcze nie jest idealnie. No i skończyłem stosunki międzynarodowe, pracowałem na stażu w Parlamencie Europejskim, więc trochę kumam politykę zagraniczną.

I na te stosunki też się dostałeś za pierwszym razem?
(śmiech) Nie. Tu mnie masz. Nie dostałem się za pierwszym razem z braku miejsc.

Czyli jednak jakaś porażka.
Egzamin zdałem, to się liczy. No dobra, znalazłaś jakąś rysę na mojej legendzie dziecka szczęścia.

A po co Ci były te stosunki międzynarodowe?
Bo chciałem być politykiem.

I po której stronie byś się dziś ustawił?
Z partią Razem.

Taki z Ciebie lewak?
Taki. Zgadzam się z tą partią w zasadzie co do całości założeń. W Krakowie bardzo prężnie działają. Przecież to właśnie Kraków z sukcesem obalił durny pomysł na olimpiadę w Polsce. To był czysty idiotyzm, który miał polegać wyłącznie na stawianiu sobie pomników przez miejscowych oficjeli. W przypadku olimpiady wszystkie miasta na świecie, poza Barceloną, straciły na niej masę pieniędzy. Grecki kryzys zaczął się od olimpiady. To, że oni teraz ledwo przędą, to też pokłosie wydanych gigantycznych pieniędzy na stadiony i inne obiekty, które teraz gniją. Co więcej, jak by się przyjrzeć, ile miast chce olimpiady, to widać, że coraz więcej jest republik bananowych i dyktatur. Tam, gdzie chce się pokazać pewną mocarstwowość i ma się gdzieś dobro obywateli.

Chciałbyś być bogaty?
Chciałbym nie mieć problemów z pieniędzmi. Ale to wszystko jest względne. Mam na myśli nasze potrzeby, kwoty, które nas w końcu satysfakcjonują. Żyjemy w czasach, w których posiadanie cię stanowi. Pierwszą lekcję na ten temat odrobiłem w USA. Byłem tam wtedy, gdy szalał huragan Katrina. Gigantyczne zniszczenia, mnóstwo ofiar, a na miejsce katastrofy wojsko przyjeżdża dopiero po trzech dniach. Wcześniej ludzie pozostawieni są sami sobie. I ja, kompletnie zszokowany, pytam Amerykanów, u których pracowałem w New Jersey: „Słuchajcie, o co tu chodzi? Wy, najpotężniejszy kraj na świecie, w tej chwili stać was na prowadzenie dwóch wojen, tu u siebie dopuszczacie do takiego syfu?” Doskonale pamiętam powódź w Polsce w 1997 roku. Tę gigantyczną solidarność społeczną, te worki z piaskiem, te ogłoszenia po Wiadomościach, że ktoś potrzebuje wersalkę, ktoś kuchenkę. To było budujące. Cała Polska sobie pomagała. A ci Amerykanie mi na to, pijąc piwo: „Kur…, stary, to jest jakiś Nowy Orlean, kogo oni obchodzą? To są czarnuchy, które nie płacą podatków, nie głosują, niech spierdalają”. No i wtedy uświadomiłem sobie, na czym polegał problem, który gdzieś od zawsze miałem z Amerykanami, a nie umiałem go nazwać. W Stanach jesteś tym, co posiadasz. Jednak ta mała zapyziała Europa jest jeszcze trochę mniej surowa. Nie w każdym kraju tak bardzo ilość zer na koncie decyduje o twojej wartości.

Mateusz Janicki, zdj. Mateusz Nasternak

Ale w Polsce też są miejsca, gdzie presja posiadania rządzi.
Świetnie to widzę, mieszkając jedną nogą w Krakowie, a drugą w Warszawie. W stolicy, jak chcesz być uznawanym za człowieka, któremu się powiodło, musisz mieć nowy, drogi samochód. Już nieważne, że leasingowany, czy na kredyt, na który w sumie cię nie stać. Ważne, że masz, możesz się lansować. Musisz mieć zajebisty dom, drogie ubrania. W Krakowie nie ma aż takiego ciśnienia.

A Tobie gdzie bliżej?
To nie jest łatwe. Oczywiście chciałbym mieć to kompletnie w dupie, ale nie mam. Też gdzieś tam marzę, żeby mieć lanserski samochód, ale na razie to tylko marzenia. (śmiech)

A jaki masz?
Kia Sportage. Ale nie jest mój, tylko mojej żony i dzieci. Więc w Warszawie muszę sobie radzić bez auta. A wracając do tych celów związanych z kasą, to tak naprawdę mój jedyny to ten, by mieć większe, wygodniejsze mieszkanie. Teraz mieszkamy we czwórkę na niecałych 40 metrach kwadratowych. Jest niby ok, ale trochę ciasno.

Nie jesteś gadżeciarzem?
Kiedyś byłem, teraz już minimalnie. Na dowód tego zobacz, jakiego mam starego, niemodnego iPhona.

Takiego jak ja! (śmiech)
A, no faktycznie. Sorry. To przecież całkiem dobry telefon. (śmiech) Ale to jest właśnie w ramach mojej niegadżeciarskiej zasady: nie kupuję telefonów, dostaję używane po żonie. Widzisz, bo ja już z domu wyniosłem zasadę, że pieniądze nie są najważniejsze. W mojej rodzinie nie było biednie, ale też się nie przelewało, a jakoś dało się szczęśliwie żyć i wykształcić mnie i moją siostrę. Moi rodzice mieli zresztą słuszną zasadę, wybierając, co jest w budżecie rodziny najważniejsze  że może nie zawsze w nowych butach, ale na obóz mieliśmy z siostrą za co pojechać.

Mateusz Janicki, zdj. Mateusz Nasternak

Też tak będziesz uczył swoich synów?
Tak bym chciał.

Ale kupujesz im dużo zabawek?
To jest właśnie problem. Bo jak człowiek sam nie miał w dzieciństwie pewnych rzeczy, to chciałby, żeby jego dziecko miało. Więc kupuję. Ale muszę się w tym kontrolować, bo wiem, że nie jest to dla nich dobre wychowawczo.

Odcinasz już kupony od popularności?
Nie mam statusu gwiazdy. Nie jestem Borysem Szycem z rozpoznawalnością na poziomie 95 procent. Tylko Mateuszem Janickim, którego ludzie czasem kojarzą.

Może za mało się lansujesz?
Obok zawodu aktora jest jeszcze jeden, zupełnie inny zawód i to jest właśnie celebryta. Kiedyś się z tego śmiałem. Dziś widzę, że to po prostu praca wynikająca z wyboru tego, jak chcesz kształtować swoje życie jako osoba publiczna. I przepis jest bardzo prosty. Trzeba się pokazywać. Pokazujesz się ileś tam razy, budujesz swoją markę określaną nazwiskiem. I jeżeli chodzisz na otwarcia butików i promocje szminek, to w końcu zaczynają cię zapraszać. A jak stajesz się tak popularny, że Pudelek chętnie zrobi ci zdjęcie, to już nawet ci za to zapłacą ze 2 tysiące. A jak jedna knajpa czy sklep da ci tę dwójkę, to drugi następnym razem da czwórkę, żebyś przyszedł do nich, a nie do innych. A następna da szóstkę i tak dalej. Mnie taki model kariery nie pasuje, ale dla wielu osób jest ok. Tylko trzeba pamiętać, ze wiąże się to też z pewnym obciążeniem.

Jakim konkretnie?
Takim na przykład, że jak pójdziesz z kolegami o tu właśnie, na Plac Zbawiciela, wypijesz za dużo i puścisz pawia, to ktoś ci zrobi zdjęcie i też będzie cię drogo kosztować, żeby zablokować jego publikację. Poza tym cały czas trzeba bywać, naprawdę. Bo o tobie zapomną, przestaną zapraszać. To jest ciężka praca.

Mateusz Janicki, zdj. Mateusz Nasternak

To jak Ty budujesz markę „Mateusz Janicki”?
Chcę robić swoje – grać. Oczywiście wiem, że w tym zawodzie opłaca się bywać. Ale mam tu na myśli ważną premierę w teatrze czy w kinie. Najbardziej przypadkową robotę dostałem właśnie dzięki temu, że „bywałem”. Wychodziłem ze szkoły teatralnej i w drzwiach spotkałem Michała Zadarę i Basię Wysocką. Oni grzecznie chcieli mnie wypuścić pierwszego, ale ja na to: „Nie, niech reżyserzy wchodzą, może dostanę robotę.” (śmiech) Michał mnie minął, po czym zatrzymał się i mówi: „O, robię właśnie „Księdza Marka”, może zagrałbyś u mnie Litwina?” Więc bywanie czasem pomaga. Ale nie chodzi tu o pokazywanie się na ściankach, tylko raczej o kontakt ze środowiskiem.

Dobrze się czujesz w blasku reflektorów?
Fatalnie. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Peszę się.

Jesteś nieśmiały?
Tak. Nowości mnie onieśmielają. Ja w ogóle jestem jak inżynier Mamoń – lubię te piosenki, które znam. (śmiech) Lubię ludzi, których znam, a reszty się wstydzę.


Mateusz Janicki (ur. 1983) – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, absolwent krakowskiej PWST i stosunków międzynarodowych w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Grał m.in. u Krystiana Lupy, Michała Zadary, Mikołaja Grabowskiego, Jerzego Stuhra. Związany z Narodowym Teatrem Starym, Teatrem Łaźnia Nowa w Krakowie i Teatrem Nowym w Łodzi. Wystąpił w wielu filmach i serialach. Dużą popularność przyniosła mu główna rola w serialu TVN „Singielka”. Żonaty, ma dwóch synów.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!