Nauka i pasja

Ks. Kazimierz Sowa

Po pierwsze, jestem facetem

Nie nosi sutanny, nie utrzymuje się z tacy, nie nawraca kolegów ateistów. Przyjaźni się z kobietami,  można powiedzieć, że jadł kolację z Sophie Marceau. Nas najbardziej interesowało, ile w nim księdza, a ile faceta. Wszystkiego dużo.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Marek Straszewski

WEMEN: Proszę Księdza, jest forma?
KS. KAZIMIERZ SOWA: Tak. Czuję się bardzo dobrze.

Czyli nie ponarzekamy… Po to głównie się rozmawia.
Ze mną jest trochę inaczej, bo jestem urodzonym optymistą.

I tak wszystko miło, przyjemnie, bez dołów i zakrętów?
Miałem momenty w życiu, że byłem lekko pod wodą. To był taki stan, jakbym wpadł zimą do przerębli. Wprawdzie jak patrzyłem w górę, to woda jeszcze całkiem nie zamarzła, ale wiedziałem, że albo zaraz coś zrobię, albo ta woda się zetnie i już się nie wydostanę. W takiej sytuacji są dwie opcje: albo musisz szybko wezwać pomoc, dać znać komuś, żeby cię ratował, albo jakimś nadludzkim wysiłkiem się zmobilizować i spróbować wypłynąć.

Co Ksiądz wybrał?
Pierwszą opcję. Miałem osobę, która mi pomogła. Przyjaciela, który doprowadził mnie do pionu.

Szczęście do ludzi?
Ogromne. Mam w życiu szczęście i do ludzi, i do dobrych wydarzeń, które mi się przytrafiają. A wsparcie innych jest bardzo ważne dla księży. Znam wiele przypadków duchownych, którym życie się zawaliło, rzucali kapłaństwo, wpadli w alkoholizm… Jak się prześledziło ich historie, to zawsze stała za tym dotkliwa samotność.

A skąd wtedy ten kryzys?
Coś się wtedy skończyło na mojej drodze zawodowej, nie wiedziałem, co mam dalej robić, czym się zająć. Takie życiowe zamieszanie. Często się załamujemy, bo myślimy, że wszystko co najlepsze już za nami. I wtedy potrzeba jednego – dobrego wyzwania. I ja takie wyzwanie w końcu dostałem. Z nieoczekiwanej strony. To była telewizja. Najpierw spotkanie z Janem Wejchertem, później z Mariuszem Walterem, dostałem propozycję tworzenia kanału Religia TV.

Od razu się Ksiądz zgodził?
Wróciłem właśnie z USA, gdzie byłem u znajomego księdza na jego parafii. Mogłem u niego mieszkać, pomagać mu, nawiązywać kontakt z kościołem amerykańskim, tamtejszymi ludźmi. To było ciekawe. Zupełnie inne od tego, co wcześniej robiłem w Polsce. I ten mój kolega zaproponował, żebym tam został na dłużej. Postanowiłem, że ok, wrócę do Polski, załatwię formalności i wyjadę do Stanów. Przyjeżdżam do Polski i tu taka propozycja. Wtedy pomyślałem, że to może być o wiele bardziej fascynujące. Dobrze zrobiłem.

A co z tą formą, nastrojem? Da się to jakoś trenować na co dzień?
Mam taką teorię, że łatwiej się żyje, kiedy człowiek ma poczucie czystego sumienia. Kiedy nie masz obciążenia, które cię tłamsi i ogranicza. Jeśli nie masz, to ta życiowa forma jest dobra, dużo łatwiej jest funkcjonować. Nie bez znaczenia jest też, nazwijmy to, zapewnienie sobie życiowego minimum. I to coś więcej niż tylko materialny stan posiadania. Oczywiście to, czy jesteś bogaty, czy biedny nie determinuje tego, jakim jesteś człowiekiem. Chodzi o to, by mieć czas dla ludzi, z którymi się żyje. Człowiek powinien mieć tak zabezpieczone sprawy materialne, żeby go nie determinowały w żadną stronę. Bo jak uczy doświadczenie i zwykła obserwacja, zarówno tzw. gonienie za pieniądzem, jak i bieda źle wpływają na naszą moralność.

Rwąca woda na polski młyn. Ksiądz mówiący o pieniądzach.
Jest takie poczucie, wynikające chyba z ludzkiej chciwości, a czasem zwykłej zawiści, że księdzu nie wypada nic mieć. W Polsce jak ksiądz idzie do restauracji czy kawiarni, jeszcze nie daj Boże w koloratce, to czyni zgorszenie, bo pewnie wydaje pieniądze z tacy. Je, dogadza sobie „za nasze”. W Stanach Zjednoczonych czy we Włoszech nikt nie robi z tego problemu.

A Ksiądz z czego żyje?
Moim źródłem utrzymania jest praca w telewizji, nie taca. Zawsze jeśli ktoś mi mówi, że księża zarabiają na tym czy owym, odpowiadam, że mszę odprawiam codziennie i nie musi mi nikt za to płacić, podobnie mogę ochrzcić, ślubu udzielić i nie biorę za to pieniędzy.

Więcej w Księdzu księdza czy mężczyzny?
Tu jestem uczniem ks. Tischnera, który zwykł mawiać, że na początku jest człowiekiem, czyli w tym przypadku facetem, potem chrześcijaninem, później filozofem, a na końcu księdzem. Ja uważam, że jeśli koś nie ma poczucia tożsamości jako mężczyzna, to nie może być dobrym księdzem. To się wręcz wyklucza. Jeśli nie masz w sobie przekonania, że jesteś normalnym facetem, to bycie księdzem nie jest zadaniem dla ciebie.

Ale większość księży tak bardzo zagłusza w sobie tę męskość, normalność, że nawet zakładając konto na Facebooku, w rubryce „imię” wpisują słowo „ksiądz”, a jako nazwisko wstawiają imię.
Pozbywanie się swojej tożsamości wyznaczanej przez płeć jest kuriozalne. Ale rozumiem, że część księży podpisuje się tak w mediach społecznościowych, bo słowo „ksiądz” jest ich wizytówką, dzięki której ktoś może do nich łatwiej trafić. Jednak jeśli bycie księdzem ma przesłonić całą osobowość tego człowieka, to może być to jakąś formą ucieczki. Ci, którzy często najzagorzalej deklarują swoją wiarę, kapłaństwo i najbardziej biją koloratką po oczach, dość łatwo rozczarowują siebie i innych.

Ludzie rozmawiają z Księdzem jak z duchownym czy mężczyzną?
Różnie. Najbardziej męczące jest to, kiedy ktoś w czasie rozmowy orientuje się, że rozmawia z księdzem i doznaje jakiegoś „religijnego olśnienia”. W takich sytuacjach ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza: zaczynają opowiadać, co wiedzą o Bogu. Druga: próbują usprawiedliwiać się ze swojego życia. Częste jest też przekonanie, że jak już ktoś rozmawia z księdzem, to musi być rozmowa tylko religijna. Pamiętam taką zabawną historię z Panią Jolantą Kwaśniewską. Na jakimś spotkaniu zostałem posadzony obok niej. Ona zaczęła mówić od razu o tym, że niedawno była na komunii u swojej chrześnicy i słyszę jakiś przegląd kościelny. Uśmiechnąłem się i powiedziałem: „pani Prezydentowo, naprawdę nie musimy… Nie tylko takie tematy wchodzą w grę”. A ona wtedy popatrzyła i mówi: „uff, to chwała Bogu”.

ms_ks Sowa ret_26.04.2016328885

A co z tą sutanną? Dlaczego Ksiądz tak rzadko ją nosi?
Uważam to za historyczny, trochę archaiczny strój, na dodatek aseksualny. Niektórzy ludzie chyba myślą, że już Jezus chodził w sutannie, albo przynajmniej uszył ją wszystkim apostołom. A to przecież ubranie wprowadzone w średniowieczu. Wymyślone głównie po to, by duchowni nie wyróżniali się w owym czasie swoim bogatym strojem. W krajach misyjnych w ogóle nie ma ciśnienia na noszenie sutanny. W Polsce jest inaczej, bo ludzie odwołują się do tego, że jest tradycja i pewien znak. I oczywiście coś w tym jest, bo mężczyzna w sutannie jasno się identyfikuje jako ksiądz. Ale sutanna nie jest przepustką do ułatwienia komuś zbawienia albo uczynienia z niego lepszego człowieka. Zapewniam panią, że od tego, czy ksiądz nosi sutannę czy nie, nie zależy jakim jest człowiekiem i jak porządnym księdzem.

Inni duchowni katoliccy zwracają księdzu uwagę na to wyluzowanie w stroju?
Zdarza się, że pytają dlaczego. Jedni uważają, że może to wynikać z pewnej wygody. I to prawda, zwłaszcza jak się jest aktywnym, dużo się jeździ, pojawia w różnych miejscach. Inni myślą, że się wstydzę kapłaństwa. Gdybym się go wstydził, to po pierwsze nie zostałbym księdzem, a po drugie nie przyznawał się tak chętnie, że nim jestem.

ms_ks Sowa ret _26.04.2016328872
Łatwo jest się z Księdzem kumplować?

Bardzo łatwo. Mam bardzo duże grono znajomych, z którymi jestem po imieniu, spędzamy razem czas, odwiedzamy się, gotujemy razem. Nie mam też zasady, że jeśli z kimś pracuję, albo łączą mnie z nim relacje przełożony – podwładny, to takiego człowieka eliminuję z kumpelskiego grona.

A więcej znajomych jest świeckich czy duchownych?
Dziewięciu na dziesięciu jest świeckich. I to nie jest niechęć do duchownych, natomiast zamykanie się w jakiejś grupie, czy to zawodowej, czy ideowej, byłoby skazywaniem się na funkcjonowanie w ograniczonym świecie. Kumpluję się z bardzo różnymi ludźmi. Są i ci z pierwszych stron gazet, ale są też osoby, z którymi znam się od wielu lat i mamy dobre relacje, bo sobie ufamy.

Pewnie nie wszyscy to katolicy?
Wielu jest ateistów.

Nawraca ich Ksiądz?
Czasem obecność przy takim człowieku jest lepsza niż nawracanie na siłę. Nigdy przepustką do moich relacji z drugim człowiekiem nie było kryterium religijne.

Przyjaźni się Ksiądz z małżeństwami albo parami żyjącymi bez ślubu kościelnego?
Jasne. Pierwszy przykład: ludzie, którzy byli razem dość długo, postanowili sformalizować związek, ale jedno z nich było po rozwodzie, więc ślub kościelny nie wchodził w grę. Nagle okazało się, że ten element wsparcia duchowego był dla nich ważny. Powiedziałem im, że wprawdzie ich ślubu nie pobłogosławię, ale odprawię dla nich i za nich mszę, gdzie będą ich najbliżsi. To było kapitalne. Widziałem, że ta msza była dla nich i dla ich rodzin silnym przeżyciem.

Taka softowa ewangelizacja?
Podoba mi się to określenie. Podczas jednej z moich podróży, to było na Syberii, gdzie był ze mną między innymi prawosławny znajomy z Rosji i mój kolega luteranin, zaproponowałem, że odprawię mszę polową gdzieś tam w tajdze, nad wodospadem. Odprawiłem tę mszę na przysłowiowych kamieniach. Kolega luteranin był trochę zaskoczony, pytał: „Jak to? Przecież nie jestem katolikiem”. Ja na to: „Spokojnie, wszyscy jesteśmy chrześcijanami”. I w tych „pięknych okolicznościach przyrody” ekumenicznie doświadczyliśmy niezwykłego przeżycia. To było jedno z moich ciekawszych doświadczeń duchowych.

Ale z pobożnymi też się Ksiądz przyjaźni?
Pewnie. Ale z nimi jest trudniej rozmawiać. Bo mają dość wysoko ustawioną poprzeczkę, jeśli chodzi o życie duchowe. Oczekują ode mnie czegoś więcej. Tu już nie może być mowy o softowej ewangelizacji. Czasem niektóre dyskusje to poważna debata teologiczna i trzeba się bardzo starać, żeby nie było wstydu.

Jakieś spektakularne nawrócenia na koncie?
Chyba nie. Ale też nie wierzę w nie do końca. Szybko się wypalają. Choć oczywiście to moja prywatna obserwacja, a nie żaden „dogmat”.

Łatwo jest zdobyć Księdza zaufanie?
Mam naturę człowieka otwartego. I w rodzinie, i wśród znajomych uchodzę za łatwowiernego.

Jakieś bolesne tego konsekwencje?
Miałem parę razy odczucie, że dałem się wykorzystać. Ale czasem trzeba dać się wykorzystać – pozwolić na to, żeby ktoś nadużył twojej dobroci, bo to też sprawdza wartość tej znajomości. Zdarzyło się tak, że komuś pomogłem, a od początku do końca chodziło o jakieś materialne wykorzystanie tej znajomości. Ale takie jest życie.

ms_ks Sowa ret _26.04.2016328927
A co z tym hejtem?

Staram się nie czytać, ale to nie jest tak, że nic do mnie nie dochodzi. Niektóre teksty są zupełnie śmieszne, inne nie. Najbardziej wścieka mnie, gdy hejt jest prowadzony nie po to, żeby mnie nawrócić, tylko zniszczyć. I wtedy gdy oparty jest na fałszu.

Ale podobno lepiej z Księdzem nie zadzierać. Po słynnym tekście w „Rzeczpospolitej”, w którym ostro się po Księdzu przejechano, podobno dziennikarz stracił pracę. I to dlatego, że kumpluje się Ksiądz z Grzegorzem Hajdarowiczem.
Wręcz odwrotnie. Przecież ten dziennikarz dalej pracuje w „Rzeczpospolitej”. Załatwiłem mu dożywotni immunitet. Dopóki „Rz” jest własnością Hajdarowicza, on nie wyleci. (śmiech) Ale mówiąc już zupełnie poważnie, to w kategorii artykułów o mnie ten i tak nie był najgorszy. Zdenerwowałem się wtedy, bo autor użył fragmentów moich wypowiedzi z różnych okresów, żeby zobrazować moją postać tu i teraz. A przecież wiadomo, że wiele rzeczy się zmieniło przez lata, ja się zmieniłem.

Jednak sympatia do PO pozostała.
Jeśli ktoś mi czyni zarzuty o skrzywienie platformerskie, to może warto wiedzieć, że tę partię poznałem w sytuacji, która dziś jest prawie niewyobrażalna i nie miała związku z czystą polityką. To był 2002 albo 2003 rok. PO jechała do Rzymu na pielgrzymkę do papieża. Chcieli, żeby ktoś z nim pojechał. Pewien biskup poprosił mnie, żebym im towarzyszył w jego zastępstwie. Tam się z tymi ludźmi zaprzyjaźniłem, poznałem ich, polubiliśmy się i to zostało. Ale ślubu z Platformą nie brałem. Tak na wszelki wypadek. (śmiech)

Podobno w związku z tym, że Ksiądz taki platformerski, to i donosy na Księdza piszą.
Tak. Można podzielić je na dwie grupy: zdrada Kościoła i zdrada Ojczyzny. Ta druga zawsze w jednym wymiarze: jestem ucieleśnieniem anty PiS-u w Kościele. Ciekawe jest to, że w sumie nie byłbym tym, kim dziś jestem, gdybym w 1985 roku nie spotkał Ryszarda Terleckiego, który prowadził z nami w seminarium zajęcia w historii i dzięki któremu w pewnym sensie zacząłem pisać do ówczesnych, bardzo prestiżowych pism podziemnych. Więc paradoksalnie mogę powiedzieć, że ludzie, którzy dziś są po stronie PiS-u, odcisnęli na mnie duże piętno. I dzięki im za to!

To skąd ta zmiana?
Człowiek się rozwija, patrzy na prawo, na lewo, poznaje nowych ludzi i widzi, że coś bardziej pasuje do jego przekonań, a coś innego nie.

Ci, którzy kiedyś z Księdzem pracowali, dziś Księdza hejtują w przestrzeni publicznej.
Nigdy nie było sytuacji, żebym z jakimś pracownikiem rozstawał się w przykrych relacjach. Dlatego smuci mnie, gdy ci dziennikarze, którzy kiedyś sami siebie nazywali „niepokornymi”, dziś piszą o mnie przekłamane, niesprawiedliwe teksty, ustawiane pod tezę, tylko po to, by mnie pokazać w złym świetle.

Już wtedy byli tacy „niepokorni”?
Wręcz przeciwnie. Raczej byli „chrześcijanami katakumbowymi” w naszym katolickim radiu. Nie bardzo dawali się poznać, że tacy religijni. Do tego stopnia się ukrywali, że nawet żyli w związkach niesakramentalnych, żeby – nie daj Boże – nikt ich nie posądził, że tacy z nich katole. (śmiech) A żeby było ciekawiej, to jeden z tych dziennikarzy, autor jednego, bardzo fałszywego tekstu o mnie, zadzwonił przed publikacją i powiedział, że on oczywiście bardzo chciał napisać obiektywnie, ale może coś jeszcze w redakcji się pojawić, za co on nie bierze odpowiedzialności. I pomyślałem sobie wtedy: „Stary, jak w radiu była dziura finansowa, to myśmy między innymi dla ciebie wzięli z Tomkiem Arabskim 100 tysięcy kredytu, żebyście na święta mieli pensje i mieli z czego zrobić wigilię, a ty dziś bezmyślnie powtarzasz w prasie plotki”. Wtedy mnie to zabolało. Nawet bardzo. Jak widać, ludzie się zmieniają.

Może przeczyta naszą rozmowę i sobie przypomni co nieco. A my zakończmy na lekko. Jest Ksiądz typem imprezowym?
Teraz już nie. Moje życie towarzyskie w rozumieniu życia imprezowego, bankietowego prawie w ogóle nie istnieje. Ale jak byłem młody, fascynowało mnie to. To dziś pamiętam, że kiedyś w Krakowie, przy okazji jakiegoś wydarzenia, wylądowaliśmy grupą młodych dziennikarzy na uroczystej kolacji i nagle wszedł Andrzej Żuławski z Sophie Marceau. Swoją drogą, to zjawiskowo piękna kobieta. I zaraz po tym okazało się, że mamy miejsce dosłownie obok nich. Więc mogę powiedzieć, że jadłem kolację z Sophie Marceau. (śmiech)


Kazimierz Sowa (ur. 1965) – duchowny rzymskokatolicki, dziennikarz, publicysta, były dyrektor kanału Religia TV i Radia Plus. Absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Z mediami związany od 1990 roku. Obecnie prowadzi w TVN24 program “Piąta strona świata”. Występuje też w wielu programach publicystycznych TVN i TVN24. Jest bratem polityka Marka Sowy.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!