Kultura

Grzegorz Małecki

Jak nie ma obok kobiet, to trzeba iść do domu

Spotkałam się z nim dwa razy. Raz, żeby przeprowadzić wywiad. I drugi – żeby zrobić to ponownie, bo pierwszy się nie nagrał. Niewykluczone, że spotkamy się kiedyś na trzeci, bo Grzegorz Małecki mówi tak, że przestajesz kontrolować nie tylko dyktafon.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Mateusz Nasternak

GRZEGORZ MAŁECKI: Monika, twoje zdrowie. Wszystkiego dobrego!

WEMEN: Dziękuję. To miłe, że mogę z tobą wznieść urodzinowy toast.
Trochę mi głupio, że przeze mnie musisz dziś pracować.

Zgodziłam się, bo pomyślałam, że jesteś gwiazdą, to jedyny możliwy termin i nie negocjowałam.
Nie jestem gwiazdą. Próbuję wszystkim wmówić, że jestem, ale nie słuchają…

Nie przesadzaj. Masz teraz dobry czas w życiu.
Nie narzekam. Mam 41 lat, przez ostatnie 16 bardzo ciężko pracowałem. Powiedziałbym: tak benedyktyńsko, uczciwie, żmudnie i trochę nudno. Czas na trochę przyjemności.

To co, teraz gangsterka?
Mógłbym coś zbroić. Ale w ogóle cieszą mnie teraz bardzo małe rzeczy. Na przykład dzisiejsze spotkanie z tobą przy prosecco jest dokładnie tym, czego potrzebuję i czego szukam w życiu.

Odreagowujesz w ten sposób stres?
Aktor cały czas musi coś udowadniać. Mierzyć się wieczór w wieczór z kilkuset osobami. I to jest na dłuższą metę strasznie stresogenne. Pani na poczcie obsługuje jedną osobę przy okienku. Ja w Teatrze Narodowym, wychodząc na dużą scenę, za jednym zamachem obsługuję sześćset osób.

Ale chyba wiedziałeś, na co się piszesz?
Przez pierwsze kilka lat po studiach plułem sobie w brodę, że wybrałem ten zawód. Właśnie przez straszne kłopoty ze stresem. Wychowałem się w artystycznym domu, widziałem efekty pracy moich rodziców, ale nie wiedziałem jakie ponoszą koszty. Wydawało mi się, że to jest taka łatwa, naturalna rzecz. W zasadzie niewiele musisz robić. W pewnym sensie wybrałem aktorstwo z lenistwa.

Grzegorz Małecki, zdj. Mateusz Nasternak

A nie dlatego, że chciałeś mieć dużo kobiet?
Mam dużo. (śmiech) Ale nie z tego powodu poszedłem do szkoły teatralnej.

No dobrze, wróćmy do aktorstwa…
Ja w ogóle mam poczucie, że ten zawód jest głupi.

Zawód czy ludzie, którzy go uprawiają?
To jest dobre pytanie. Chyba jedno i drugie. Zawód jest głupi, bo tak naprawdę jesteś dla ludzi dostarczycielem rozrywki. Twórcom często wydaje się, że robią coś niezwykle ważnego i głębokiego, co odmieni losy świata. No ale teatr nie odmienia losów. Frustrująca prawda jest taka, że nawet jak grasz tragedię czy dramat, to często po prostu umilasz ludziom randkę. Natomiast aktorzy udają inteligentów albo znawców, którymi często nie są. Myli im się fikcja z rzeczywistością. Wypowiadają się  na każdy temat, bo akurat zagrali kogoś mądrego. A moim zdaniem po prostu kochają kamerę i widownię. I niezależnie od tego, czy to jest film, serial, czy program w TVN24, po prostu musimy coś powiedzieć. Jestem właśnie tego najlepszym przykładem. Pół biedy, jak aktor mówi słowami, które napisał mu jakiś autor. Gorzej, jak zaczyna wypowiadać się o wszystkim we własnym imieniu. No i mamy takich kilku etatowych ekspertów. Choćby Daniel Olbrychski . Niepotrzebnie moim zdaniem. Wolę go kojarzyć z „Ziemią Obiecaną” i „Pannami z Wilka”. Bo przyznajmy, że to legenda i chyba największy gigant polskiego kina. I wszyscy go kochamy. Ale artystów ciągnie do kamery i takich eksperckich wypowiedzi.

Nie tylko aktorów.
No, nie tylko. Ej, ale żeby nie było. Ja do artystów pretensji nie mam. Dziennikarz pyta, to odpowiadamy. Robię w tej chwili dokładnie to samo. Mogłaś mieć ciekawą rozmowę z ks. Michałem Hellerem, ale uznałaś, że aktor lepiej się sprzeda. To media kreują rzeczywistość. Po prostu dziwi mnie, że telewizja uatrakcyjnia programy publicystyczne znanymi twarzami. A my, artyści, z tego oczywiście skwapliwie korzystamy. Zbigniew Hołdys na przykład jest absolutnym mistrzem wypowiadania się na każdy temat. Robi to zresztą cudownie. To w sumie jest taki facet, że jakby go zapytać o eksport truskawek do Unii Europejskiej, to spokojnie może sunąć na ten temat przez pół godziny bez mrugnięcia okiem. A mnie od lat marzy się taki scenariusz, że do programu „Tomasz Lis na żywo” przychodzi Zbigniew Hołdys i pytany o eksport tych truskawek, odpowiada: „Panie redaktorze, ale ja się na tym, kurwa, nie znam! Oszukiwałem was przez całe życie”. I mówi jak Kwinto w „Vabanku”: „Panowie mnie z kimś mylicie, jestem muzykiem”. Po czym wstaje, kłania się grzecznie, zdejmuje kapelusz, czym w końcu ucina spekulacje na temat swojej łysiny (bo przyznajmy – każdy zadaje sobie pytanie, czy Hołdys jest łysy), następnie wychodzi ze studia i niesiony na rękach przez lud Warszawy dociera na Stadion Narodowy, gdzie czekają na niego wszystkie telewizje świata, a on gra koncert ze Stonesami. To byłby dopiero rock’n’roll i obnażenie mediów!

Grzegorz Małecki, zdj. Mateusz Nasternak

A ciebie zapraszają, żebyś pogadał?
Tak, od czasu do czasu. Do telewizji śniadaniowych głównie. Niedawno dostałem też zaproszenie do „Drugiego śniadania mistrzów”.

Chodzisz?
Nie. Lubię się wyspać, a tam trzeba przychodzić rano.

Dlaczego się nie promujesz?
Aktorom często wydaje się, że chodzenie do takich programów to rodzaj promocji. A taki występ ma żywot krótki jak post na Facebooku. Ktoś przeczyta, wrzuci lajka i scrolluje dalej.

Zależy, co się powie w takiej telewizji.
No, oczywiście. Można się postarać, powiedzieć coś bardzo głupiego i wyjdzie z tego jakiś viral. Ale ja mówię tyle głupich rzeczy na co dzień, że w telewizji nie chcę się powtarzać. W ogóle uważam, że aktorzy nie za często powinni pojawiać się w mediach. Chyba, że w sprawach dotyczących kultury. Bo później widzowie nie bardzo wiedzą, czy na scenie oglądają komentatora z Polsatu czy króla Leara.

Ale gdybyś chodził do różnych programów, na ścianki, lansował się na okładkach, byłbyś bardziej rozpoznawalny. Od tego odcina się kupony.
Wierz mi lub nie, naprawdę mam to głęboko gdzieś. Jestem przede wszystkim aktorem teatralnym. Od siedemnastu lat gram w Teatrze Narodowym i zaspokaja to moje artystyczne potrzeby.  Dostaję też  propozycje z programów rozrywkowych. Ale krępowałbym się, gdyby jakieś obce osoby wysyłały na mnie SMS-y i oceniały, jak tańczę. Poza tym, jedyny taniec, w którym dobrze się czuję, to pogo. A to chyba wykracza poza formułę programu. Ostatnio namawiano mnie też na występ w „Twoja twarz brzmi znajomo”. No bo wydałem płytę, gdzieś się rozniosło, że potrafię wydobyć z siebie głos. Ale jak pomyślałem, że mnie tam przebiorą za Tinę Turner i pomalują całego na czarno, to zrobiło mi się słabo. (śmiech)

Kasa cię nie kusi?
A kogo nie kusi? Miałem kilka takich propozycji, że nie spałem przez parę nocy, rozważając, czy zachować niezależność, czy jednak rzucić się na tę kasę. Ale w gruncie rzeczy pieniądze, które tam proponują, nie są aż tak dobre, żeby się sprzedawać. Jak prostytucja, to za gigantyczną kasę.

A jak widzisz swoich kolegów w reklamach, to co sobie myślisz? Śmiejesz się z nich, szkoda ci, zazdrościsz, że kupili sobie za to luksusowy samochód?
Oczywiście, że jak każdy Polak myślę sobie: „Kurwa, też bym sobie chętnie kupił za to furę, jak on”. I w głębi duszy nienawidzę go jak psa, gardzę nim, złorzeczę i życzę, żeby mu ten samochód ukradli. To jest oczywiste i nie różnię się tu za bardzo od reszty społeczeństwa. Nie jestem buddystą. (śmiech)

No to może się zgodzisz, jak ci znów coś zaproponują? Za ile byś się zgodził?
Myślę, że pół bańki rozwiązałoby sprawę. Ale nikt mi nigdy takiej kasy nie proponował.

Teraz napiszemy. Może ktoś się zgłosi
Powiedzą: patrz, chcieliśmy Małeckiemu zaproponować bańkę, ale mówi, że chce pół.

Pogadajmy o formie. Dobrze wyglądasz. Co robisz, że to działa?
Nie zawsze tak wyglądałem. W ogóle to dziękuję bardzo. Liczyłem, że to powiesz. Ale myślałem, że wcześniej. A forma? No jest, bo staram się zdrowo żyć. Niestety.

Grzegorz Małecki, zdj. Mateusz Nasternak

Mówisz to, gasząc peta w popielniczce…
I wznosząc twój urodzinowy toast. (śmiech) Diet żadnych nie mam, ale 3-4 razy w tygodniu chodzę na siłownię. W wakacje byłem królem plaży w Dębkach.

A masz swojego stylistę fryzur?
Mam. Jest taki pan tu niedaleko na Mickiewicza. Strzyżenie za 25 złotych. To znaczy daję mu 30, żeby nie było. Stylizuje wybitnie.

Ale przecież w twoim środowisku to normalne, że robi się różne zabiegi, botoksy i inne.
Jeden mój kolega, bardzo znany aktor, zrobił sobie kiedyś do filmu opalanie natryskowe, z takim wzorkiem, żeby mu wyszedł kaloryfer na brzuchu. Wyglądało to dość idiotycznie, ale w kamerze nawet ok. Tylko z bliska jak kretyn.

Czujesz się wolnym człowiekiem?
(cisza)

Tylko tak naprawdę.
Jak dodałaś to „tak naprawdę”, to naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Pytanie, co to w ogóle znaczy, ta wolność. Na takim prostym, „pudelkowym” poziomie, to tak, jestem wolny, bo jestem singlem. Ale z drugiej strony, w pracy na przykład, ktoś ma nade mną władzę. I coraz bardziej zaczyna mnie to frustrować.

Kto tobą rządzi?
Aktor jest istotą zupełnie bezbronną, ponieważ jest permanentnie od kogoś uzależniony. I w tym sensie nie jest to zawód artystyczny, bo nie ma w nim wolności. Jestem jakimś medium, za pomocą którego wypowiadają się: reżyser, dyrektor, producent, montażysta, no i przede wszystkim autor tekstu. Mnie bardzo często frustruje to, że wypowiadam słowa obcych ludzi, którzy pisali swoje teksty w jakichś stanach uniesienia i te słowa nie są moje. Ja je sobie przywłaszczam na godzinę lub dwie. To często daje aktorom pozorne poczucie jedności z tym tekstem i w związku z tym mają poczucie, że są kimś lepszym, mądrzejszym niż w rzeczywistości.

A ty tak masz?
Tak. Można się często na to nabrać. Pewnie dlatego my aktorzy bywamy często pretensjonalnymi bufonami. Łatwo jest uwierzyć w swoją wielkość, bo widzowie odbierają nas przez pryzmat ról. A ja nie mam z postaciami, które gram nic wspólnego. Nic. Jestem wypożyczony do wypowiedzenia kwestii. Poniekąd zazdroszczę autorom i reżyserom ich wolności.

Kłócisz się z reżyserami?
Strasznie. Jestem dość znany z tego, że stawiam na swoim. Nie kłócę się dla kłótni, ale w imię naszego wspólnego dobra. Lubię się spierać. W ogóle uważam, że reżyser to jest wróg. Nie można mu tak łatwo wierzyć. Trzeba wypróbować dziesiątki innych rzeczy, żeby być może dojść do tego, co ci reżyser powiedział na początku. Powiedziałem, że aktor jest bezbronny, bo podczas spektaklu nie może zrobić nic. Chodzi ustalonymi ścieżkami, mówi ustalonym tekstem. Dlatego też nie przepadam za recenzentami teatralnymi, którzy mają taką nieprawdopodobną łatwość chlastania wszystkiego, co widzą. Ja nigdy nie mam pretensji do aktorów. Jeżeli widzę, że aktor gdzieś źle zagrał, to zawsze mnie wkurza reżyser. Bronię aktorów.

A w życiu prywatnym kto ma nad tobą kontrolę?
Papierosy.

Dużo palisz?
Jak się stresuję i udzielam wywiadów, to jednego za drugim. A co do tej kontroli, to rozumiem, że pytasz o kobiety?

Grzegorz Małecki, zdj. Mateusz Nasternak

Jasne.
Rzeczywiście byłem w takich związkach, gdzie czułem, że podporządkowywałem im absolutnie wszystko. I to nie jest dobre. Cieszę się, że już nie jestem w tych relacjach.

Co konkretnie musiałeś poświęcić?
Podporządkowywałem im pracę, różne aktywności… A może nie, nie będę o tym gadał.

Dlaczego?
Później znowu jakieś „Na żywo” będzie przedrukowywało i dopisywało głupoty. W sumie podziwiam tabloidy, że tak bez żenady potrafią obsmarować człowieka dla zabawy. Ostatnio z prasy dowiedziałem się, z kim byłem i dlaczego się rozstałem. Jednego słowa prawdy tam nie było. Oprócz mojego nazwiska. To ciekawe doświadczenie.

No i też ważne, że twoja mama ubolewa nad tym rozstaniem.
Tak. Boleje. „Anna Seniuk boleje.” Właściwie jak czytam artykuły o naszej rodzinie, to wychodzi na to, że ja głównie chleję, a matka boleje. (śmiech)

Zawaliłeś kiedyś jakiś spektakl przez kobietę?
Nie przyjść na spektakl mi się nie zdarzyło. Ale mam poczucie, że mogłem zagrać znacznie lepiej, a byłem tak pochłonięty toksyczną relacją, że nie skupiałem się na graniu. Z powodu kobiety zrezygnowałem też kiedyś z bardzo dobrej produkcji telewizyjnej i do dziś tego żałuję.

A co jej w tym przeszkadzało?
Przy tej samej produkcji pracował ktoś, za kim ona nie przepadała. I ja, jak głupi, uległem z powodu miłości, zauroczenia,  lojalności. Ale dzięki temu zrobiłem kilka innych rzeczy. Dobra, koniec tematu. Byłem ze wspaniałymi kobietami, ze wszystkimi jestem w cudownych relacjach i o żadnej nie powiem złego słowa. Nawet tobie.

Zawsze to niedobrze, gdy życie prywatne przechodzi na zawodowe?
Raczej tak. Ale zdarzało się też, że pojawiał się u mnie taki stan emocjonalnego rozedrgania, który umiałem dobrze przekuć na sceniczną emocję. Chociaż zawsze mam obawę, że kiedy przenoszę życie prywatne do sztuki, to ociera się to o amatorszczyznę. Teatr uwielbiam właśnie za to, że jest nieprawdą.  Poza tym to nie aktor ma przeżywać, tylko widz. A jeśli chce się podglądać prawdziwe życie, to można zamontować kamerę u sąsiada.

A co cię jeszcze blokuje na scenie?
Kiedyś miałem taki moment w życiu, że brałem antydepresanty. Dawno temu. Prywatnie robiło mi to niesłychanie dobrze, ale na scenie przytępiało wrażliwość. I trudno było mi znaleźć stan pełnego wzruszenia, radości czy cierpienia, bo wszystko było takie na 30-40 procent. I ze względu na pracę odstawiłem te cudowne leki.

A dlaczego brałeś antydepresanty?
Wiedziałem, że tak będzie… (śmiech) Brałem antydepresanty dawno temu, z tego samego powodu co każdy. Bo znalazłem się w takim momencie życia, w którym przestałem wierzyć, że ono ma jakiś cel i sens. Miało to związek zarówno z relacjami z ludźmi, jak i z pracą. To był w zasadzie jedyny moment, kiedy poczułem się przerażająco samotny. Znalazłem się w zdumiewającej relacji, z której nie potrafiłem wybrnąć i wszystko widziałem w tak czarnych barwach, że wydawało mi się, że ten stan nie ma prawa się skończyć. Oczywiście się skończył, teraz jest zajebiście. Antydepresanty są cudowne i uważam, że są jednym z najlepszych wynalazków ludzkości, ale optuję za tym, żeby samemu sobie rozwiązywać problemy i coś przerobić w sobie, bo to daje największą siłę.

Straciłeś kiedyś kontrolę nad swoim życiem?
Nie, bo nie lubię tracić kontroli. Dlatego nie grożą mi nałogi. No, poza papierosami. I nawet, jeśli pakuję się w jakieś rzeczy społecznie nieakceptowalne, robię to z pełną premedytacją. Raczej jestem inteligentem. I analizuję to co robię.

A to ciekawe, bo przed chwilą mówiłeś, że aktorzy tylko myślą, że są inteligentami. Nie mówiłeś o sobie?
Mówię o masie. Kiedy patrzę na środowisko aktorskie, wydaje mi się, że przypisuje ono sobie większą inteligencję niż naprawdę ją ma.

No ale co z tobą? Przestań kręcić i odpowiedz.
Dobrze. Z pełną świadomością, bezczelnością i bufonadą uważam, że jestem jednym z niewielu inteligentów w tym zawodzie. (śmiech)

Wróćmy jeszcze do tematu kobiet.
Po prostu lubię kobiety. Chociaż największe stresy w życiu zawdzięczam właśnie wam.  Obecność kobiety jest inspirująca. Nie potrafię się bawić tylko z facetami. Nudzę się. Czasem jak dzwonią do mnie kumple, żeby wpaść na męski wieczór, obejrzeć Ligę Mistrzów, odmawiam. Nie lubię siedzieć w dziesięciu chłopa, pić piwo i ekscytować się Bayernem. Już wolę sam obejrzeć taki mecz. Nie ma sensu iść na imprezę, jak nie masz do kogo puścić oka. Jest taki cytat z Mistrza i Małgorzaty: „Kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia”.

_dsf0224

Potrzebujesz stałego potwierdzenia od kobiet, że jesteś interesujący, atrakcyjny?
A nie jestem? Oczywiście, że potrzebuję. Na szczęście mam je. Pokaż mi jedną osobę na Ziemi, która nie potrzebuje takiego potwierdzenia. To daje moc większą niż wszystkie używki. Kiedy myślę o moich największych sukcesach zawodowych, to w sumie każdą z tych rzeczy dedykowałem jakiejś kobiecie. To jest napęd. Kiedyś wielki artysta Jerzy Grzegorzewski powiedział mi: „wie pan, po co uprawiam reżyserię? Żeby rozkochiwać w sobie kobiety”. Coś w tym jest.

Gdybyś się dowiedział, że do końca życia będziesz sam, to co?
Byłoby mi przykro. Bo potrzebuję dojrzałego związku partnerskiego. Czasem jest mi smutno, gdy wracam sam do domu.

Zawsze wracasz sam?
Nie zawsze. W każdym człowieku jest potrzeba bliskości. Ale w sumie perspektywa życia w samotności aż tak strasznie mnie nie przeraża. Jesteśmy dość samotni, nawet będąc w związkach. Nie zależy mi na małżeństwie, na systemowym, mieszczańskim, społecznie akceptowanym byciu ze sobą. Chodzi mi raczej o poczucie bliskości w sferze gustu, estetyki, o partnerstwo. Wyobrażam sobie, że nawet nie musiałbym z taką osobą mieszkać. Szukam osoby, z którą miałbym wspólny przelot.

A masz problemy z wiernością?
Nie. Jak już z kimś jestem, to jestem. Pokus jest strasznie dużo, zawsze. Sztuką jest z nich nie korzystać.

Czujesz się samotny?
Tak, ale nie jest to coś, co rozkłada mnie na łopatki. Nawet gdzieś tam lubię tę ludzką samotność. Paradoksalnie jestem uważany za osobę ekstremalnie towarzyską. To dziwne. Bo ja się czuję raczej outsiderem. Ale mam wokół siebie osoby niezwykle mi oddane i którym ja jestem oddany. A jak czasem wieczorami przychodzi moment, że przejdą mi z tej samotności ciarki, to robię taki zoom: wyobrażam sobie, jak mała jest kula ziemska i staram się spojrzeć na nią i na te problemy z odległości kilku milionów lat świetlnych. I te problemy stają się urocze, czasem nawet zabawne.

Łatwo cię poderwać?
A ta o jednym. Słyszałem, że tak. Ale ja się z tym nie zgadzam. Gdyby tak było, to prawdopodobnie byłbym teraz w jakimś związku. Szczerze mówiąc, wolę sam podrywać. W pewnym sensie krępuje mnie sytuacja, gdy kobieta pierwsza wysyła sygnał.

Jesteś kobieciarzem?
Tak się o mnie mówi. Nie wiem, co to w sumie oznacza, ale ostatnio miałem taką sytuację z moją koleżanką, która powiedziała: „Bo ty, Małecki, byłeś już ze wszystkimi w tym mieście”. Ja jej na to: „Zaraz, zaraz, o kogo ci chodzi konkretnie? Podaj nazwiska”. Wymieniła mi kilka kobiet i najzabawniejsze było to, że z żadną z nich nie miałam nigdy nic do czynienia. Niektórych nawet nie znałem. Może to one opowiadają, że ze mną były? To nawet miłe.

Grzegorz Małecki, zdj. Mateusz Nasternak

To może masz jakiś problem z opinią?
Ewidentnie. (śmiech) Muszę mieć wyjątkowo dobrego PR-owca.

Albo nie pamiętasz niektórych rzeczy.
Nie, nie. Mówiłem, że nie tracę kontroli. W ogóle za dużo gadamy o kobietach. To nie pójdzie w wywiadzie?

Oczywiście. Wszystko będziesz autoryzował. Możesz wykreślić.
To wykreślam wszystko o kobietach.

Czy było kiedyś tak, że się obudziłeś przy dziewczynie i byłeś zaskoczony jej obecnością?
Aż tak to nie. Aczkolwiek myślę, że wiele osób, mężczyzn i kobiet, miało taki epizod, że się obudziło i pomyślało: „o Chryste!” (śmiech) Pół biedy, jak się budzisz u niej w mieszkaniu. Łatwiej wtedy uciec. Gorzej, jeśli to ona się budzi w twoim. Ale nawet wtedy, mimo mojego draństwa, staram się być dżentelmenem. Chociaż śniadania robię kiepskie.


Grzegorz Małecki (ur. 1975) – aktor teatralny i filmowy. Od 17 lat związany z Teatrem Narodowym w Warszawie. Uhonorowany Feliksem Warszawskim za rolę Edka w „Tangu” Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym. Zdobywca tytułu najlepszego aktora za rolę Rolanda w „Konstelacjach” Payne’a na 20. Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Zagrał kilkadziesiąt ról teatralnych, w tym ostatnio Gustawa Konrada w spektaklu „Dziady” w Teatrze Narodowym, za którą dostał znakomite recenzje. Nominowany do Srebrnego Krzyża „Zasłużony Kulturze”, chociaż jak sam twierdzi stan polskiej kultury doprowadza go na skraj nerwicy. Syn aktorki Anny Seniuk i kompozytora Macieja Małeckiego.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!