Nauka i pasja

Ryszard Witczak

Czego się pani boi w lesie?

Wie, gdzie wieszają się samobójcy. Śni mu się ciało zamordowanego ukryte pod ściółką, a następnego dnia je znajduje. Żeby ratować wyjątkowe drzewa przed wycinką, wieszał na nich figurki Chrystusa, pozyskane z zakładów kamieniarskich. Jeżeli boisz się ciemnego lasu, on ci powie, czego możesz się w nim spodziewać w biały dzień…   

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Szymon Fotak Wykrota

WEMEN: Nie boi się Pan sam chodzić po lesie?
RYSZARD WITCZAK: Nie. Gdybym się bał, nie chodziłbym po nim przez 40 lat. A czego by się pani bała w lesie?

Ludzi. W odosobnieniu mogą robić straszne rzeczy.
Dobry leśnik rozpozna ludzi w lesie z bardzo dużej odległości. Bo rozumie i słyszy las. Normalny spacerowicz tego nie zauważy. Nie czuję zagrożenia, poza tym jestem przeszkolony na okoliczność zwalczania przestępstw. Mam uprawnienia ratownika górskiego, sternika motorowodnego, ratownictwa ludzi na jeziorach, no i oczywiście z samoobrony.

Ryszard Witczak2

Jak się obejrzało parę seriali, to wyobraźnia pracuje. Nigdy nie znalazł Pan w lesie żadnego dowodu zbrodni?
Znalazłem nieboszczyka. Młody chłopak, jeszcze przed trzydziestką, znałem go. Zaginął trzy miesiące wcześniej, zanim go znalazłem. Straszna historia. Został porąbany siekierą przez swojego 74-letniego teścia. Poszło o niesnaski rodzinne. Morderstwa dokonał teść, ale wiedziała o tym też teściowa, a nawet żona tego chłopaka. Tylko przed dziećmi udawali, że ich tata po prostu zaginął. Pamiętam, że ten chłopak bardzo interesował się lasem, podejmował się w nim różnych prac dorywczych, stąd się znaliśmy. I najdziwniejsze było to, że noc przed tym jak znalazłem jego ciało, przyśniło mi się, gdzie ono dokładnie leży.

Ma Pan jakieś tajemne moce? (śmiech)
Chyba nie. (śmiech) Ale trochę zajmuję się radiestezją, ćwiczyłem różne metody wizualizacji, medytację, może dlatego jestem na takie rzeczy wyczulony. W każdym razie nazajutrz pojechałem na miejsce ze snu i znalazłem ciało w lesie, w wykopie, gdzie prowadzono wodociąg do szklarni. Już kiedy byłem w promieniu jakichś stu metrów od tego miejsca, poczułem bardzo intensywną, okropną woń, jakby padliny. Szedłem do tego wykopu i powtarzałem sobie w myśli, jakbym siebie samego chciał przekonać: może to zdechła sarna… Ale to był ten chłopak. Zwłoki były już częściowo wyjedzone przez zwierzęta. Później się okazało, że ten teść przychodził tam codziennie i obserwował z ukrycia, czy ktoś się nie kręci obok ciała. Taki syndrom mordercy. Ciągnęło go do tego miejsca.

Ryszard Witczak3

A broń? Ludzie ukrywają ją w lasach?
Ci co pokątnie zajmują się kłusownictwem, miewają w domach nielegalną broń, a do tego często też mięso ustrzelonych zwierząt. Pamiętam, że odkryłem takie znalezisko na terenie Puszczy Kozienickiej. Facet trzymał broń w schowku w domu, amunicję na zewnątrz budynku, a mięso z nielegalnie ustrzelonych: sarny, dzika i jelenia było pochowane w bańkach na mleko.

Co złego jeszcze robią ludzie w lesie?
Przede wszystkim kradną i śmiecą. Zdarzały się przypadki ekstremalne, jak wyrzucanie do lasów całego wyposażenia domów. Zepsute lodówki, pralki, sofy, fotele, regały, książki. Co się tylko dało. Pamiętam takiego młodego „przedsiębiorcę”, który wpadł na genialny, jego zdaniem, pomysł na biznes. Założył firmę „sprzątanie po przeprowadzkach”. Przyjeżdżał do ludzi, którzy na przykład po remontach oczyszczali dom, albo szykowali mieszkanie na sprzedaż. I ten człowiek za pieniądze zabierał od nich wszystkie odpady, śmieci, zepsute meble, papiery. Mówił im, że będzie to legalnie utylizować. Ale wywoził wszystko do lasu. Potrafił w nocy trzy razy pod rząd wyrzucić na leśną drogę całą zwartość „Żuka”.

Złapaliście go?
Tak. Akcja była prawie detektywistyczna. (śmiech) Któregoś razu ten mężczyzna wywiózł od jednej swojej klientki pozostałości z domu jej brata. Między innymi były tam listy, zdjęcia, faktury. Wyrzucił to wszystko jak leci, nic nie poniszczył. I po tych dokumentach, w których znaleźliśmy dane osobowe, dotarliśmy pod adres jego klientki. I w ten sposób złapaliśmy tego „przedsiębiorcę”. Okazało się, że proceder miał rozwinięty na terenie aż dwóch gmin.

Teraz idzie sezon na świąteczne choinki. Będzie desant na las?
Dziś jest o wiele mniej takich kradzieży. Rynek się chyba nasycił. Zwozi się dużo choinek z plantacji. Chociaż w wioskach, które są usytuowane przy lasach, gdzie występuje jodła, nadal kradną. W ciągu roku ludzie sobie upatrują jakąś ładną choineczkę, przychodzą w grudniu i odcinają wierzchołki pięknych, wielkich jodeł. To jest okropne, bo w ten sposób niszczą całe drzewo. Ale ich interesuje tylko to, że ich choinka na święta ma grube gałęzie i srebrne igliwie. Nieważne, że drzewo rosło 40 – 60 lat.

Ryszard Witczak 5

Załapał Pan kogoś na gorącym uczynku?
Tak. Złodzieja, który przed uroczystością Wszystkich Świętych wszedł na drzewo i ścinał piękne jodłowe gałęzie na wieńce nagrobne. Kiedy schodził z tego drzewa, tak do niego podszedłem, że dla żartu zapiąłem kajdanki, kiedy jeszcze wisiał na tym drzewie. I został tak w tych kajdankach, trzymając w objęciach pień tej jodły. Był w szoku.

Jakiś młody bezmyślny chłopak, który chciał dorobić?
Nie. 65-letni mężczyzna. Byłem bardzo zaskoczony, że w takim wieku tak skakał po tej jodle.

A co z grzechami popełnianymi na zwierzętach?
Tego jest niestety dużo. Psy przywiązane do drzewa, albo powieszone na drzewie to szczyt okrucieństwa. Ale też zdarzają się sytuacje, że jak pies jest nieduży, to ludzie wkładają go do reklamówki, zawieszają na drzewie i odchodzą. Moja żona znalazła w lesie takiego małego wilczurka zawieszonego w plastikowej torbie. Komuś się znudził. Znalazłem też na terenie lasu suczkę, którą ktoś porzucił razem ze szczeniętami i z… budą. No i jeszcze nowa metoda, bardzo popularna zwłaszcza przed wakacjami –  jedziesz do lasu z psem na spacer, spuszczasz go ze smyczy, piesek biega, oddala się i wtedy ty szybko uciekasz do samochodu i odjeżdżasz. Jeśli zwierzę nigdy wcześniej nie było w tym lesie, nie zna drogi do domu, to wymieszają mu się zapachy i przepadnie.

W lesie sporo jest też chyba samobójstw.
Można powiedzieć, że są dwa typy samobójców leśnych. Pierwszy to taki, gdzie człowiek wiesza się w takim miejscu, gdzie bardzo trudno będzie go znaleźć. Idzie w totalną głuszę, gdzie nie ma ścieżek, gdzie ludzie nie chodzą. Ale są też tacy, którzy wieszają się na drzewach przy głównych alejkach leśnych. Pamiętam takiego. Został znaleziony w niecałą dobę.

Może wybrał takie miejsce, by jego ciała nie zjadły zwierzęta?
Być może. W każdym razie ja sam nie znalazłem wisielca. Znajdowali ich moi koledzy z nadleśnictwa.

Czego dowiedział się Pan o ludziach, pracując przez 40 lat w lasach?
Że trzeba mieć do nich ograniczone zaufanie. Może tak czuję, bo pracując w lesie, często mam do czynienia z tymi, którzy mają coś na sumieniu. Nauczyłem się być ostrożny w kontaktach z drugim człowiekiem, nie wierzyć za bardzo w to, co mówi. Kiedyś, jak złapałem kogoś na drobnym czynie niedozwolonym, nie karałem go od razu, tylko umawialiśmy się, że zamiast mandatu, wykona jakąś pracę dla lasu. Myśli pani, że ilu z nich się wywiązało? Prawie nikt.

Żeby nie było, że las ma tylko ciemną stronę, porozmawiajmy o tym, jak ratuje Pan drzewa. Jak żyję, nie słyszałam o tak kreatywnej metodzie. Skąd taki pomysł?
Jest taka niepisana umowa wśród leśników, że drzew z kapliczkami, krzyżami się nie ścina. Z drugiej strony, w naszych lasach zdarzają się przepiękne drzewa, artystyczne wręcz, które niewyobrażalnie żal usuwać. A jeśli takie drzewo rośnie w miejscu, które w naszych planach gospodarczych jest przeznaczone do wyrębu, to żeby je uchronić, wpadłem na pomysł, by wieszać na tych drzewach leśne krzyżyki, coś w rodzaju kapliczki, i w ten sposób je ratować.

Ryszard Witczak4

Skąd Pan brał te krucyfiksy?
Od znajomego, który prowadzi zakład kamieniarski. Nie wiem, czy pani zwróciła uwagę, ale przy katolickich pogrzebach zawsze jest stawiany od zakładu pogrzebowego taki prosty krzyż z wizerunkiem Chrystusa. Gdy kamieniarz stawia później nagrobek, zabiera ten krzyż. Mojemu znajomemu nagromadziło się całe pudło tych „chrystusików”. Ja je zabrałem, wyczyściłem, dorobiłem proste krzyże brzozowe i powiesiłem na naprawdę malowniczych, wyjątkowych drzewach. Głównie pięknych, dwustuletnich dębach. Nikt nie odważył się ich ściąć. Dzięki temu stoją do dziś.

Ile drzew Pan uratował?
Około trzydziestu. Zauważyłem też, że starsi ludzie zaczęli wkładać tam kwiaty. Te miejsca zaczynają już żyć swoim życiem.

Jako leśnik jest Pan przeciwko wycince lasów?
Trzeba wyjaśnić i zrozumieć jedną rzecz. Nieraz jak w telewizji słyszę komentarze, że leśnicy dewastują las, że wycinają, to rozumiem, że społeczeństwo jest niedoinformowane. Ludzie nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że lasy w Polsce mają wiele zadań. Ten las, który tniemy, to jest las gospodarczy. Jego podstawową funkcją jest tworzenie masy drzewnej dla gospodarki. Czym innym jest las chroniony – parki, rezerwaty. Tego się nie wycina. I warto to w końcu zrozumieć.


Ryszard Witczak (ur. 1957) – od 40 lat czynny zawodowo leśnik. Pracował w lasach świętokrzyskich, na terenie Puszczy Kozienickiej, w Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu. Obecnie pracuje w Nadleśnictwie Radom.

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!