Kultura

Robert Motyka

Miałem w życiu mnóstwo zakrętów

Gdybym po tych wszystkich przykrych doświadczeniach obraził na świat, odgrodził się od niego murem, to bym usechł. Trzeba wychodzić do ludzi, ale też być rozważnym, unikać tych, którzy są toksyczni. Myślę, że nie jestem już tak naiwny jak kiedyś, ale nadal jest we mnie rodzaj jakiejś dziecięcej ufności. I nie chcę tego w sobie zabijać.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Ostatnie miesiące nie były dla ciebie najłatwiejsze. Paranienormalni zmienili skład. W dodatku w nie najlepszej atmosferze. Wychodzi na to, że straciłeś i kumpla, i ważną osobę z zespołu.

ROBERT MOTYKA: No to fajnie zaczynamy. Ostatni rok to czas na zweryfikowanie relacji z niektórymi ludźmi. To był okres testów na lojalność, męską przyjaźń, ale też moment na obranie nowego kierunku jazdy. Wyobraź sobie, że pędzisz autostradą wspaniałą wyścigówką, 300 dni w roku w tym samym składzie, przez kilkanaście lat. Nagle jeden z pasażerów bez słowa zaciąga ręczny hamulec i mówi: „Nie podoba mi się cel podróży, macie beznadziejnego kierowcę, fatalnie się jedzie. Zabiorę tylko sponsora i wysiadam.”. Aha, bez do widzenia, tylko z trzaśnięciem drzwiami. No i następuje hamowanie, które prawie wyrywa cię z pasów i tracisz panowanie nad kierownicą.

Brzmi grubo. Ale jakoś stanąłeś na nogi i znów otwierasz się na ludzi.

Generalnie zawsze byłem otwarty. Starałem się być dla ludzi, całym sobą. Wierzę w to, że mamy w sobie duże pokłady dobroci i że w ludziach jest więcej dobrego niż złego. Nigdy nie sądziłem, że ktoś może kogoś celowo krzywdzić, okłamywać, mataczyć, zazdrościć. Zawsze uciekałem od takich emocji i działań.

Bardzo idealistyczne. Trochę naiwne…

Ojciec często mi powtarzał, że nie ma nic za darmo, a ja mu odpowiadałem, że to nieprawda. Wiele rzeczy robię za darmo i przynosi mi to radość i satysfakcję. Do tej pory się o to ścieramy i czasem gdy ponoszę klęskę na tym polu, słyszę od ojca „a nie mówiłem?”. Wtedy znów rzucam się z na jakąś akcję, żeby zrobić coś dla kogoś z potrzeby serca. Nie wiem, może w ten sposób chcę w sobie za wszelką cenę ochronić nadzieję, że ten świat nie jest aż tak cyniczny do spodu.

To jaką cenę zapłaciłeś za tę swoją naiwność?

Teraz oceniam to tak, że koszt tego doświadczenia znacznie przewyższył jego wartość. Chcę jednak te wydarzenia postrzegać jako inwestycję, naukę. Mam naturę pozytywnego wojownika, więc gdy po walce opada kurz, zawsze staram się jasno analizować za i przeciw, potem zdecydowanie podkreślam wszystkie za i ruszam do przodu. Ale nie chciałbym, żeby był to wywiad na temat Igora Kwiatkowskiego, dlatego może nie ma co tak bardzo wchodzić w szczegóły.

 

Tak się nie da. Przecież to, co się teraz dzieje z twoim życiem i kabaretem, to w jakim byłeś stanie na początku roku, to jest też historia o nim. Nie da się „wypikać” z rozmowy wszystkiego. Więc albo gadamy szczerze albo nie.

Dobrze, więc powiem to najkrócej jak się da. W 2004 roku stworzyliśmy w duecie bardzo fajny projekt, który nazwaliśmy kabaretem. To były takie młodzieńcze ideały: napiszemy kilka fajnych tekstów, dowcipne skecze, będziemy się przy tym świetnie bawić, może uda się kogoś rozśmieszyć. To było budowane na szczerej, prostej energii. Nie myśleliśmy wtedy o pieniądzach, choć obaj byliśmy bardzo biedni. Igor pracował w knajpie i zarabiał grosze, ja dorabiałem jako DJ, trochę pracowałem w radiu, ale to były naprawdę bardzo małe pieniądze, które ledwo wystarczały na pokrycie podstawowych potrzeb. Ale byliśmy młodzi, potrzeba nam było mało, nawet nie marzyliśmy o tym, że osiągniemy sukces, będziemy rozpoznawalni, że ktoś będzie płacił za to, żeby nas oglądać.

Ale udało się.

Tak. Pojechaliśmy na jeden przegląd, później drugi, ktoś nas zauważył. Pojawiła się pierwsza menadżerka, która w pewnym sensie stoi za sukcesem Paranienormalnych. Nigdy o tym nie mówiłem publicznie, ale tak naprawdę to dzięki niej, Kasi Jasińskiej, mogła zobaczyć nas Polska. To właśnie jej zasługa, że młody, początkujący kabaret wystąpił w programie Piotra Bałtroczyka, u boku kabaretu Ani Mru Mru, który wtedy był na absolutnym szczycie. Program był emitowany w święta, obejrzało nas ponad 5 milionów widzów i z kompletnej nicości wyszliśmy do ludzi. Zobaczył nas świat i nagle nabrało to kosmicznego rozpędu. Ciągle byliśmy w trasie, zajeździłem na śmierć swoje trzy samochody. Widziałem ludzi, którzy stali w kolejkach po bilety na nasze występy, ktoś chciał zrobić sobie ze mną zdjęcie. Byłem tym wszystkim oszołomiony i zakłopotany. Zrobiliśmy wtedy z Igorem pierwszy wspólny program, w którym staliśmy w jednej linii do publiczności. Nie było frontmana, graliśmy razem, równolegle. Przebieraliśmy się za gołębie, za muchę i pająka, za młotka i gwoździa. On był kobietą, ja wampirem, on był papierosem, ja próbowałem go rzucić. To wszystko było kolorowe, nowe, zrobione z ogromną pasją. Dwa lata później, kiedy pisaliśmy nowe skecze pomyślałem sobie, że może trzeba tak to ułożyć, żeby jednak był frontman i wokół niego zbudować zespół. Powstała wtedy pierwsza część Mariolki. Trochę przez przypadek, a trochę z mojego uporu, żeby jednak spróbować zrobić skecz o naiwnej dziewczynie, która zna życie i wszystko wie najlepiej. Igor miał w sobie tę postać, ale uważał to za słaby pomysł. Namówiłem go, a nawet trochę zmusiłem, bo na występie wywołałem Mariolkę na scenę i nie było już odwrotu. Potem, kiedy w zespole był już Michał i Rafał, wspólnie kompletowaliśmy tę postać, tworzyliśmy powiedzonka, charakterystyczne zwroty i gesty. Podpowiadała też publiczność. I tak oto Igor stał się Mariolką. Ludzie od razu zakochali się w tej postaci. Wtedy po raz pierwszy w życiu zrobiłem coś, czego nigdy nie chciałem robić. Czyli krok w tył. Stojąc w pierwszym szeregu świadomie się wycofałem. Wierzyłem, że to dla nas, dla zespołu, dobry ruch. Wspólnie porównywaliśmy to do piłkarskiego meczu: jest obrona, pomocnicy, a Lewandowski strzela bramki. Wszyscy wiedzą, że on robi wynik, tylko że Lewandowski wie, że bez zespołu nie ugra nic. Z kolei zespół bez niego nie strzeli 5 bramek w 3 minuty. To nas nauczyło, że kabaret to gra zespołowa i budujemy swoje pozycje na scenicznym boisku tak, by równomiernie rozłożyć ciężar gry. Byliśmy jednym organizmem jak palce jednej ręki. Biło w nas jedno serce, połączyła nas przyjaźń i staliśmy się rodziną. Razem graliśmy na scenie, razem jedliśmy, spaliśmy, śmialiśmy się i płakali. Byliśmy Paranienormalni.

Tylko gdzieś to się przerwało. Bo Igor w tym roku was zostawił, choć jako kabaret byliście cały czas na topie.

Wiesz, w jednej chwili gość, który był wtedy naszym przyjacielem, chciał zrujnować wszystko, co budowaliśmy przez 13 lat. Nie chodzi o to, że postanowił robić karierę solową, ale o formę zakomunikowania tego całemu zespołowi. Każdy z nas zrozumiałby, że zmieniamy koncepcję zespołu, bo ktoś jest zmęczony, ma pomysł na nową ścieżkę. Z kabaretem jest jak z firmą. Najpierw biorą cię na staż, harujesz za darmo miesiącami, potem powoli wspinasz się po drabinie. Poznajesz ludzi, budujecie zgraną ekipę i wspólnie wykręcacie wynik na jeden z topowych w kraju. I po kilkunastu latach stwierdzasz, że w sumie to już chcesz otworzyć swój biznes, nie mieć zależności od kolegów i rezygnujesz z roboty. I to jest OK, masz do tego prawo. Ale kiedy postanawiasz zagarnąć klientów, rozwalić firmę, skłócić wspólników, a branży wmówić, że ty jesteś ofiarą, to już jest słabe. Może i show business jest dżunglą, w której musisz się poruszać ostrożnie, ale aż takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko.

Pytałeś go o powody?

Wielokrotnie. Uważałem, że po tych 13 wspólnych latach należało się całemu zespołowi jakieś słowo wyjaśnienia. Nie miał tyle honoru, żeby podziękować za współpracę, ani odwagi, żeby porozmawiać.

Udało ci się jakoś oddzielić to wszystko grubą kreską, zapomnieć i skupić się na nowym?

Nie ukrywam, że to była stresująca sytuacja. W życiu miałem mnóstwo zakrętów, ale zawsze znajdowałem siłę, żeby wstać. I teraz też znalazłem. Uważam, że wszystko dzieje się po coś. Na początku mieliśmy wrażenie, że błądzimy w ślepej uliczce, ale podjęliśmy z Michałem Paszczykiem i Rafałem Kadłuckim decyzję: chcemy dalej grać w tym składzie, kochamy scenę i nie zrezygnujemy z tego! Kilka miesięcy zajęło nam skonstruowanie nowego programu, a sympatia widzów tylko nas w tym utwierdziła. Kabaret Paranienormalni nadal występuje, mamy się fantastycznie, publiczność cały czas jest z nami. Siły zaczęły wracać po naszym pierwszym publicznym występie w nowej formule w marcu, w programie „Kabaret na żywo” w telewizji Polsat. Zaprosiliśmy do gościnnej współpracy znakomitych aktorów: Michała Czerneckiego i Bartka Kasprzykowskiego. Zaczęliśmy pisać nowy rozdział Paranienormalnych z nowymi bohaterami. Z nieukrywaną dumą dodam, że dostaliśmy niesamowicie pozytywny zwrot od publiczności. Mieliśmy bardzo dużą oglądalność, bo aż 16 proc. w paśmie. Powyżej 15 to już jest złoto. To nam dało ogromny zastrzyk sił.

 

A kto w tej całej trudnej sytuacji naprawdę cię wspierał? Na kogo ty możesz w życiu liczyć?

Na moją żonę. Monika zawsze mnie wspierała, jest moim przyjacielem i nigdy we mnie nie zwątpiła. Znamy się od dziecka i zawsze stała ze mną ramię w ramię. Przy budowaniu nowej formy Paranienormalnych też była przy mnie i – wracając do porównania z początku rozmowy – była moją poduszką powietrzną przy tym ostrym hamowaniu na autostradzie. Nadal nie rozumiem jak można mówić o kobietach, że to słaba płeć.

To odważne, że potrafisz się przyznać do słabości i kryzysów. I że się nie poddajesz. Może to też cecha, którą wytrenowałeś przez sport. Biegasz maratony, a tam też o kryzysy łatwo.

Żebyś wiedziała. Właściwie nawet teraz rozmawiając z tobą, przychodzi mi do głowy wspomnienie, które w jakimś sensie składa się z tą wypracowaną we mnie wolą walki. Otóż w zeszłym roku w listopadzie biegłem w maratonie w Nowym Jorku. To jest ten rodzaj przeżycia, który trudno opisać słowami. 50 tys. ludzi, na początku biegniesz jakby cię coś niosło, dzielnice się zmieniają, każda cię wita, tłumy ci kibicują. Byłem bardzo dobrze przygotowany, wyżyłowałem organizm do granic możliwości. I na dwa tygodnie przed wylotem do USA złapałem koszmarnie bolesną kontuzję. W związku z tym przez ostatnie 10 dni przed maratonem nie trenowałem i jakoś ta noga przestała mnie boleć. Wystartowałem. Na początku niosły mnie emocje, adrenalina. Biegnę przez te wspaniałe mosty, widzę te wieżowce, Manhattan, niesie mnie doping, mam wrażenie, że unoszę się nad ziemią, wbiegam na Brooklyn i nagle trach… Strzelił mi ten mięsień. To był taki ból jakby ktoś mi uciął nogę szablą. Nie mogłem stanąć, iść, a co dopiero biegać. Przerażony zrozumiałem, że nie ma wyjścia, muszę się poddać i tyle.

Jednak dokończyłeś bieg. Skąd wziąłeś siłę?

Uratowało mnie to, że przed samym startem wymyśliłem coś, co w razie czego miało mnie trzymać w kupie, gdybym chciał się wycofać. Napisałem publicznie w mediach społecznościowych, że ten bieg dedykuję Żanecie z Wielunia, młodej dziewczynie która walczy z nowotworem mózgu. Obiecałem, że medal, który zdobędę, będzie dla niej. Żeby wiedziała, że nigdy nie wolno się poddawać. Wysłałem to w świat i powiedziałem sobie „dobra, teraz się już nie wycofam”. I tu nagle ta kontuzja. Zatrzymałem się, rozpłakałem, bo zajebiście bolało, ale też dlatego, że nie mogłem dalej biec. Myślę sobie: no i co, teraz napiszę ludziom, że nie przebiegłem, bo zabolała mnie noga? Przecież to brzmi jakbym był frajerem. Zajrzałem do kieszeni. Miałem tam tabletki przeciwbólowe. Zjadłem trzy. Po kilku minutach zaczęły działać na tyle, że ten ostry ból zamienił się w tępy. Dobiegłem do Maćka Kurzajewskiego, który też startował w tym maratonie. On dał mi jeszcze dwie swoje tabletki. Połknąłem i pobiegłem. I dalej to wszystko przemyka mi w pamięci w takich obrazach: nic już nie słyszę, moje stopy są jak płetwy, czuję ten tępy ból, widzę, że zostało jeszcze trzy kilometry. Znów pojawiła się myśl, że nie dam już rady. I nagle Maciek Kurzajewski krzyczy do mnie: „Zobacz, tu jest twoja żona!”. Odwracam się i widzę na trasie Monikę, która wzruszona mi kibicuje i krzyczy, żebym biegł dalej. Dostałem jakiegoś turbodoładowania. Gdy przebiegałem metę poczułem, jakby mi ktoś chlusnął w twarz wiadrem endorfin. Przypomniały mi się wszystkie najpiękniejsze momenty z życia, włącznie z tymi z dzieciństwa. Rozpłakałem się ze szczęścia i miałem ogromną satysfakcję, że się udało, że się nie poddałem. Tu też warto wspomnieć, że i ta Żaneta, dla której biegłem, nie poddała się. Choć lekarze nie dawali jej żadnych szans, wszystkie badania i diagnozy były jednoznaczne – nie przeżyje nawet kilku miesięcy. Odwiedziliśmy ją z chłopakami z kabaretu w szpitalu, później dostała od naszych fanów na Facebooku mnóstwo wspaniałych życzeń, pozytywnej energii. Obudziła się w niej wola walki. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale choroba się cofnęła. Żaneta dalej walczy, mijają już dwa lata, a ona żyje i nie poddaje się.

 

Czy po tym wszystkim co cię ostatnio spotkało wierzysz dalej w ludzi?

Tak. Bo są różni ludzie. Myślę, że gdybym po tych wszystkich przykrych doświadczeniach zamknął się na innych, obraził na świat, odgrodził się od niego murem, to bym usechł. Trzeba wychodzić do ludzi, ale też być rozważnym, unikać tych, którzy emanują złą energią, są toksyczni. Myślę, że nie jestem już tak naiwny jak kiedyś, ale nadal jest we mnie rodzaj jakiejś dziecięcej ufności. I nie chcę tego w sobie zabijać. Opowiem ci na koniec jedną historię, która w jakimś sensie udowadnia, że taką ufność warto mieć i że dobro wraca. Zdarzyło mi się, że bliski kolega nie oddał mi pieniędzy, które mu pożyczyłem. A to były ważne dla mnie pieniądze, bo długo odkładane na zakup mojego pierwszego małego mieszkania. Mieliśmy już z żoną podpisaną umowę i nagle ten kumpel powiedział, że nie odda mi tego długu, bo nie ma z czego. I zostałem z ręką w nocniku. Moja żona siedziała już u notariusza, a ja stałem jak debil i przerażony zastanawiałem się skąd mam wziąć te brakujące pieniądze. Bo przecież za chwilę przepadnie nam to mieszkanie, stracimy zadatek. Mieszkaliśmy wtedy na Śląsku, w Tychach. Pracowałem w radiu, ale zarabiałem grosze. Nikt nie chciał mi pożyczyć tej kasy, bo nikt mnie nie znał na tyle, żeby zaufać i wyciągnąć z kieszeni taką kwotę. I nagle przechodzi koło mnie facet, z którym tam pracowałem i ja taki zdesperowany podchodzę i mówię mu w jakiej jestem sytuacji. Nie wierząc, że to w ogóle coś da. A on mówi, dobra, wsiadaj do samochodu, pojedziemy do banku, pożyczę ci te pieniądze. Wmurowało mnie w ziemię. I on naprawdę to zrobił, tylko powiedział, żebym mu na pewno oddał, bo te pieniądze są mu bardzo potrzebne. Kupiliśmy to mieszkanie. Oddałem mu oczywiście tę kasę. I wiele lat później, całkiem niedawno, zostałem postawiony w niemal identycznej sytuacji, tylko w odwrotnej roli. To do mnie przyszedł ktoś, kto był pod ścianą i też go krótko znałem. Poprosił o pieniądze. Pożyczyłem mu. Nie bałem się, może jestem naiwny, ale czułem, że muszę to zrobić. Bo mnie kiedyś ktoś w taki sposób uratował. I być może dlatego ten człowiek teraz trafił na mnie.


Robert Motyka (ur. 1974) – współzałożyciel kabaretu Paranienormalni, artysta kabaretowy, konferansjer, prezenter radiowy, didżej. Prowadził największe festiwale muzyczne oraz rozrywkowe w Polsce. Współtwórca programu telewizyjnego „Paranienormalni Tonight” emitowanego przez dwa sezony w TVP2. Program otrzymał Telekamerę 2016 w kategorii Najlepszy Program Rozrywkowy.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!