Kultura

Robert Górski

Żeby nie przegrzać

Estradowe życie stwarza wiele pokus. Masz tę adrenalinę, którą jakoś trzeba rozładować. Trudno jest po występie zamknąć się samemu w pokoju hotelowym, włączyć telewizor i oglądać „Sprawę dla reportera”.

Rozmawia: Magdalena Kuydowicz
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Ukrywasz się?

ROBERT GÓRSKI: Nie, dlaczego?

Podałeś mi zły numer telefonu i początkowo jako miejsce spotkania w grę wchodziła tylko Praga…

To dlatego, że wstukiwałem numer w pośpiechu, jadąc samochodem. A na Pradze po prostu mieszkam od urodzenia.

Zapominasz swojego numeru telefonu?

Moja mama narzeka, że się starzeje i właśnie wszystkiego zapomina. Ze mną jeszcze tak źle nie jest. Chciałem dziś przyjechać metrem, stąd to nowe miejsce koło stacji, ale wpadł mi jeszcze wywiad w radiowej Trójce i wziąłem samochód. Miałem wziąć mniejszy, wziąłem większy… Wszystko inaczej niż zaplanowałem. Ale na szczęście zaparkowałem tuż obok Teatru Kwadrat i jestem.

Bywasz tu często?

Owszem, moi koledzy tu grają, niedawno widziałem 200. spektakl „Szalonych nożyczek”

Sam się niedawno odgrażałeś, że napiszesz coś dla teatru.

Tak, ale nie farsę, tylko coś w stylu „Czego nie widać” Michaela Frayna , czy „Kolacji dla głupca” Vebera. Coś tam piszę, ale do wystawienia jeszcze daleko. Myślę o tym, żeby wyprodukować spektakl, tak jak „Ucho prezesa” – własnymi siłami.

Dlaczego?

Koledzy scenarzyści zawsze mi mówią, że jeśli nie zrobi się samemu swoich tekstów na scenę lub do filmu, to zaraz się znajdzie dwudziestu scenarzystów, którzy będą to poprawiać. A na koniec dyrektor zmieni coś w ostatniej chwili, albo sam dopisze. To ja bym tak nie chciał. Lubię pracować po swojemu.

Jesteś trudny w pracy? Trochę dyktator?

Trzeba kolegów zapytać. Ale skoro od 20 lat jesteśmy razem w Kabarecie Moralnego Niepokoju, to chyba dają radę ze mną wytrzymać.

Ale szefem jesteś ty?

No jestem.

Kłócicie się w zespole o politykę?

Jasne. Później nawet te teksty wykorzystuję. Zbieram je, tak jak fragmenty artykułów czy wypowiedzi z mediów. Oczywiście moglibyśmy się spierać też o miejsce przy oknie w pociągu i inne tego typu drobiazgi, bo dużo z kabaretem podróżujemy po Polsce, ale tu już odpuszczamy.

Trochę jak w rodzinie… A lubicie się prywatnie?

Bardzo. Pijemy wódkę, tęsknimy za sobą, gdy się długo nie widzimy. Ale jeśli akurat w któryś weekend nie gramy spektakli, to spędzamy go osobno. Dla porównania – ostatnio grałem w reklamie z tchórzofretką, która bardzo silnie pachniała piżmem. To była udręka. Gdyby z moimi kolegami było podobnie, nie dałbym rady.

Wracając do sympatii politycznych, niby śmiejesz się z Kaczyńskiego, a tajemnicą poliszynela jest, że masz prawicowe poglądy…

Nie powiedziałbym. Ale na przykład z całego serca jestem przeciwny małżeństwom homoseksualnym.

No proszę…

Tak samo jak jestem przeciwny małżeństwom heteroseksualnym. (śmiech)

A do kościoła chodzisz?

Nie, choć ostatnio musiałem zajrzeć, bo siostra poprosiła mnie, żebym został ojcem chrzestnym jej dziecka i trzeba było załatwić pewne formalności. Zresztą mój syn też jest ochrzczony. Urodziłem się w Warszawie, ale moja rodzina pochodzi ze wsi, gdzie Kościół odgrywał ważną rolę. Więc nie jestem zupełnie od niego oderwany.

I jesteś wierzący?

Wierzę w coś takiego jak dobro. Że ono istnieje, że warto być dobrym i że to naprawdę wraca.

A schodząc z nieba na ziemię – podobno jedyny w Kabarecie Moralnego Niepokoju nie masz kredytu?

Tak się złożyło, że pieniądze akurat mam. Ale nie jestem rozrzutny. Choć przesadnie oszczędny też nie.

Słyszałam, że zdarza ci się być szczodrym i postawić kolegom kolację na mieście.

No jasne, szczególnie po alkoholu nie ma sensu się użerać i dzielić potem sztucznie kto, co i za ile zjadł, czy wypił. Poza tym mam moje mieszkanie na Pradze, dwa samochody, po co mi więcej?

Mało o tobie wiadomo jako człowieku, a o kabareciarzu sporo. To taka taktyka?

To naturalne, bo żyję głownie z kabaretu i kabaretem. Dziś od 10 rano do 12.30 pisałem teksty do „Ucha Prezesa”. Terminy nas gonią i wszyscy chcą wiedzieć wcześniej ile będzie postaci, jakie kostiumy, jakie wnętrza będą potrzebne. Telefon dzwoni non stop, gramy też po dwa spektakle kabaretowe w weekendy w całej Polsce – ponad 100 spektakli rocznie. Nie gramy na szczęście w każdy weekend, bo jednak chcę mieć czas dla bliskich, ale oblicz sobie ile czasu zostaje mi na życie prywatne. Czasem zaszywam się gdzieś daleko i nie odbieram telefonów. Wakacje spędzam daleko za granicą.

Jesteś typem rozrywkowym?

Zbliżam się powoli do pięćdziesiątki, a czuję się jak trzydziestolatek. Tylko, że metryka mówi swoje i może wypadałoby trochę spoważnieć. Nie idzie mi to najlepiej, pewnie dlatego, że mam trochę wariacki tryb życia. Praca z kabaretem jest dziwna. Pracuję wtedy, kiedy większość ludzi odpoczywa i odwrotnie. To jest też ciągłe życie na walizkach. Ale na szczęście odrobiłem lekcję rodzinną, mam syna, którego bardzo kocham i jestem z niego dumny.

Estradowe życie nie sprzyja stabilizacji?

Tu nie ma reguły. Ale na pewno takie życie stwarza wiele pokus. Szczególnie łatwo jest popaść w alkoholizm. Masz tę adrenalinę, którą jakoś trzeba rozładować. Trudno jest po występie zamknąć się samemu w pokoju hotelowym, włączyć telewizor i oglądać „Sprawę dla reportera”. Masz potrzebę pogadania o tym co się udało, a co nie, pośmiania się. I najczęściej robisz to przy alkoholu.

Ty też czułeś, że możesz się uzależnić?

Mnie to na szczęście ominęło. Może dlatego, że zawsze brałem na siebie dużo zobowiązań, a taką mam konstrukcję, że jestem odpowiedzialny i ze wszystkiego, czego się podejmuję, chcę się wywiązać. Alkohol to utrudnia, więc rezygnowałem z niego, albo po prostu pilnowałem się. Ale wielu moich kolegów nie pije teraz w ogóle, bo kiedyś wypiło za dużo.

Lubisz swoje życie?

Myślę, że nie jest najgorsze. Oczywiście mogłoby być lepiej, ale…

W czym mogłoby być lepiej?

Chciałem mieć dużo dzieci. Mam jedno. Ale i z tego się cieszę. A myśl o dzieciach może teraz przyszła do mnie, bo moja siostra niedawno urodziła dziecko, widzę jak ją to ogromnie cieszy. Mówi, że mogłaby mieć od razu następne, a najlepiej jeszcze dwójkę. Zauważam, że dziecko nie utrudnia jej życia, a wręcz przeciwnie, sprawia, że to życie jest lepsze, więcej w nim radości.

Lubisz bycie ojcem?

Bardzo. W ogóle patrząc na mojego syna, widzę w nim małego siebie. Widzę, że odziedziczył po mnie i wady i zalety. Te wady trochę mnie martwią. Na przykład ta wrodzona nieśmiałość.

Synowi imponuje taki tata jak ty?

Nie udało mi się go zainteresować kabaretem jako takim. On nie ogląda telewizji, gdzie bardzo często nasze występy były pokazywane w Dwójce. Chyba nie to go śmieszy.

Ale słyszałam, że sukces  „Ucha Prezesa” w internecie go zaskoczył?

Pamiętam, że po emisji pierwszego odcinka jechaliśmy razem 5 godzin samochodem. Ja odbierałam telefony z gratulacjami, a Antek udzielał mi informacji o rosnącej liczbie udostępnień w internecie. Więc tak, to go zastanowiło. I chyba ucieszyło. Ale na co dzień to zwykły, trochę zbuntowany 14-latek.

Nadal pomagasz mu w lekcjach?

Jak daję radę, to tak.

Walczysz o to, żeby więcej czytał, puszczasz mu audiobooki w samochodzie?

Już trochę odpuściłem. Razem słuchamy muzyki. Jest dużo fajnych, młodych wykonawców.

Interesują cię klasycy komedii, jak powiedziałeś. Wysoka poprzeczka. A często sam chodzisz do teatru?

Staram się bywać. Koledzy z branży mnie zapraszają i lubię wiedzieć co się dzieje. Do tego jeszcze czytam, chodzę do kina i słucham dużo muzyki w samochodzie.

A co polecasz?

Z nowych filmów na przykład „Trzy bilbordy”, a z muzyki Kasię Nosowską – zawsze i wszędzie.

Podobają ci się jej parodie na Instagramie?

Pokazała nimi, że ma do siebie dystans, jest świetna. Muzycznie też. Choć zawsze gdy jest na scenie, mam wrażenie jakby chciała się schować za mikrofonem.

Moim zdaniem jest odważna, ostatnio zgodziła się na spektakl improwizowany z grupą Klancyk.

Poważnie? Ja bym się bał.

Czego?

Że nie dam rady, nie będę śmieszny. Że runie mit Górala, który na scenie daje radę…

Po 20 latach występowania masz takie obawy?

Kabaret to co innego. Piszemy teksty, są próby. A improwizacja to jazda bez trzymanki. Bałbym się. Serio.

Jesteśmy świeżo po premierze 3. sezonu „Ucha prezesa”. Też masz stracha?

Czy się spodoba? Pewnie. Ale ufam, że damy radę i z czwartym sezonem.

Pytano cię już o to, ale czy sam prezes nadal ogląda „Ucho”?

Kilka odcinków pierwszego sezonu widział. Był nawet słynny tekst o kocie, pamiętasz? Teraz nie wiem. Nie mam jak do niego zadzwonić i spytać. Może powinienem…

A Tusk?

Tusk chyba ogląda.

Z Tuskiem nawet masz zdjęcie po tym jak go zagrałeś w kabarecie.

Mam, ale niełatwo było go do tego namówić. To znaczy on sam nawet chciał, ale te korowody żeby do niego dotrzeć…

Kto ci pomaga w takich sytuacjach?

Mikołaj Cieślak jest świetny w takich działaniach. Ma cierpliwość, potrafi z ludźmi rozmawiać.

Z tobą też?

Ze mną zwłaszcza.

Potrafi powiedzieć, gdy nie podoba mu się twój tekst albo skecz na scenie?

Tak, on to umie. Oczywiście najpierw bronię swego jak lew. Że to świetne, jedyne dobre co napisałem czy zagrałem, ale bywa że często potem przyznaję mu rację. Ufam mu, bo Mikołaj ma nosa. Siedzi w internecie, wyłapuje utalentowanych ludzi. Obaj uważamy, że nie o ślepe naśladownictwo nam chodzi, ale wydobycie czegoś charakterystycznego z postaci, które wymyślamy. Zęby Schetyny, sposób mówienia Macierewicza, miny prezesa…

Mnie zachwyca jak podpatrujesz Kaczyńskiego. Te miny, gesty, sposób mówienia. Brałeś jakieś lekcje ?

W czwartej klasie  grałem komara i nauczyciel powiedział mi, że rokuję. Wziąłem to sobie do serca. A tak na serio, to żadnych kursów nie kończyłem. Praca z kamerą to niezła lekcja, podobnie kabaret. Ważne też, żeby nie przegrzać. Mam wrażenie, że teraz jest mnie za dużo. Na szczęście reklamodawcy mnie ostrzegli, że przez „Ucho” mogę stać się mniej wiarygodny.

Więcej reklamy pana w kiosku nie będzie?

Gramy chyba ostatni sezon.

A który to?

Nie wiem, ale zauważ, że nie ma mnie na bilbordach. Jestem w telewizji i na ulotkach.

Żeby nie przegrzać.

Właśnie.

A gdyby ci zabrać ten kabaret, to co byś robił w życiu?
Pisanie mnie kręci. Mam zaczętą książkę – takie moje impresje o życiu. Nie o tym co jadłem na stołówce w podstawówce, tylko takie głębsze różne obserwacje i przemyślenia. Może teksty piosenek też bym pisał…

Skończyłeś technikum mechaniki precyzyjnej, a później wylądowałeś na polonistyce. Skąd taki radykalny skręt?

To dość popularna figura na studiach polonistycznych. Wielu chłopaków dokonało tam takiego nawrócenia. Myślę, że częściowo z powodów rodzinnych, a częściowo z takich, że nie wiedząc co chcesz robić w życiu, godzisz się na scenariusz, w którym najpierw idziesz do technikum, żeby zdobyć tak zwany fach w ręku. A później lata spędzone w tym technikum dobitnie udowadniają ci, że to nie jest miejsce dla ciebie.

Czułeś, że marnujesz tam czas?

Kiedy musiałem uczyć się wykresu żelazo-węgiel czy żelazo-cementyt, to tak. Później poszedłem jeszcze na dni otwarte Politechniki Warszawskiej i tam już ostatecznie dotarło do mnie, że to nie jest moja historia. Musiałem pokonać strach przed tym, żeby spróbować dostać się na filologię polską. To chwilę zajęło, więc żeby nie zgarnęła mnie służba wojskowa, spędziłem jeszcze rok na geologii. Wtedy właśnie czytałem sobie „Dziady” siedząc na schodach wydziału. Zrozumiałem, że nie ma wyjścia, muszę się dostać na tę polonistykę, bo tylko to mnie naprawdę interesuje.

Dostałeś się i było cudownie?

Tak, poznałem tam wspaniałych kolegów i wykładowców. Miejsce, gdzie był nasz wydział, czyli Krakowskie Przedmieście, też mi bardzo odpowiadało. Blisko było do parku z nieograniczonym dostępem do piwa, więc spędzaliśmy tam niezliczone godziny na rozmowach, czytaniu, pisaliśmy też pierwsze własne teksty. No i ogromną zaletą było to, że na jednego chłopaka na tym wydziale, przypadało sześć dziewczyn. To też dobrze wspominam.

Większość znanych mi ludzi, którzy zawodowo zajmują się rozśmieszaniem, prywatnie nie są takimi śmieszkami. Są raczej refleksyjni, często popadają w stany depresyjne. Ale mam wrażenie, że wokół ciebie ta aura wesołości jest wyraźniejsza.

Nie myślę codziennie o samobójstwie. Mniej więcej raz na pół roku. (śmiech) Wiesz, wydaje mi się, że jeśli zostałem obdarzony jakimś talentem, a chyba jest nim rozbawianie ludzi, uprzyjemnianie im życia, wnoszenie pewnej lekkości, to jakoś i ja się w tym mieszczę. Nie zmuszam się do śmiania, jestem raczej pogodnym człowiekiem.

Ale podobno często się wzruszasz. Czym na przykład?

Mnóstwem rzeczy. Trochę wzrusza mnie teraz to dziecko, które siedzi tu obok nas i sobie grzebie w tym kredensiku. Wzruszają mnie różne obrazy. Bardzo mnie wzrusza film Charliego Chaplina „Światła wielkiego miasta”. Tam jest idealna konstrukcja, gdzie śmiejesz się i płaczesz jednocześnie.

Piszesz też czasem poważne teksty dla różnych osób. Przemówienia, teksty reklamowe.

Zdarza się i tak.

Zawodowo jesteś spełniony?

Spełniłem swoje marzenie robiąc serial. I to na własnych warunkach. Poza tym zawsze marzyłem, by mieć kabaret i żeby móc się z tego utrzymać. To się udało. Chciałem, żeby to kabaret był moim głównym zajęciem, a nie rzeczą, do której muszę się wyrywać w wolnym czasie, biegnąc z pracy w agencji reklamowej. Chociaż w agencji reklamowej zarabiałem tuż po studiach naprawdę przyzwoite pieniądze i była to w sumie ciekawa praca. Ale nie było to spełnieniem moich marzeń. Zresztą to zajęcie raczej dla młodych ludzi.

Byłeś copywriterem?

Tak. Pamiętasz hasło „Bogdan mówi bankowy”? Hasło nie było moje, ale tworzyłem tę kampanię. To był mój największy zawodowy sukces w tamtym czasie.

Dużo twoich napisanych już scenariuszy czeka na realizację?

Filmowe trzy.

Komediowe?

No jasne.

Trudniej rozśmieszyć, niż wzruszyć. Masz na to jakiś patent?

To jest zawsze zagadka. Wolę grać w małych salach takich na 100 osób, wtedy widzisz twarze, reakcje ludzi. Ale często gramy w wielkich halach widowiskowych, bo całe miasteczko chce przyjść, lub ludzie z sąsiednich miejscowości. Wtedy to zawsze jest wypadkowa wielu rzeczy. Naszej formy, nastroju danego dnia, temperatury, lub tego kto przyjdzie i usiądzie na widowni po raz pierwszy… Która to godzina? Muszę już lecieć!

Kolejny wywiad?

Nie, mam wizytę u kręgarza. Dobrze jest czasem policzyć swoje wszystkie kręgi kręgosłupa.

Czyli jednak czas leci, co?

Jakoś jeszcze daję radę. Do zobaczenia!


Robert Górski (ur. 1971) – artysta kabaretowy, pisarz, scenarzysta. Współzałożyciel i lider Kabaretu Moralnego Niepokoju. Pisał scenariusze m.in. Mazurskiej Nocy Kabaretowej i kabaretonów podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Twórca internetowego serialu politycznego “Ucho prezesa”.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!