Kultura

Przemysław Bluszcz

Postanowiłem nie walczyć z twarzą

Spotykamy się tuż przed premierą filmu “Konwój”, w którym Przemysław Bluszcz znów nie dostał roli świętego. Ale świętości w jego życiu jest sporo. Na przykład żona, o której żartobliwie mówi “Holy” i prawda, dzięki której są razem już od ponad dwudziestu lat.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Tomasz Słupski – zdjęcia ze spektaklu “Triatlon” w Teatrze Ochoty; fotos z filmu “Konwój” 

Dostajesz nowy scenariusz. Rola dla ciebie. Otwierasz, a tam znów czarny charakter. Co myślisz?
Kurwa mać? (śmiech) Nie, tak naprawdę myślę nad potencjałem tej roli. Nie mam nic przeciwko graniu czarnych charakterów. Z jednej strony tych ról jest u mnie więcej, ale też postanowiłem nie walczyć ze swoją twarzą. Mógłbym coś przyciąć, przemodelować, wybotoksować. Może dostałbym więcej ról poczciwych ludzi…

W filmie „Konwój” Macieja Żaka, który za chwilę wchodzi do kin, też pokazujesz ciemną stronę ludzkiej natury. Jak odreagowujesz takie role?
Takie kiedy gram mendę? (śmiech) Chyba po większym napięciu po prostu dłużej śpię. I potrzebuję słońca.

Myślisz, że „Konwój” otworzy społeczną dyskusję o tym jak postępować z brutalnym mordercą i czy zbrodnia może usprawiedliwiać zbrodnię?
Ten film jest ważny przede wszystkim dlatego, że dotyka bardzo aktualnego problemu naszego społeczeństwa. Czyli co zrobić z frustracją, złością, niepogodzeniem się z tym, co się wydarzyło. Mścić się, odpuścić, wziąć pod uwagę konsekwencje?  „Konwój” może uruchomić dyskusję o sensie zemsty. Czy społeczeństwo wobec jednostki ma do tego prawo? Nie ma tu prostej odpowiedzi. Ale nie wierzę, żeby zemsta przyniosła cokolwiek dobrego. Przynosi ulgę na chwilę. To są krótkoterminowe spłaty, a energia zawsze powraca. To, co się teraz niedobrego dzieje w Polsce też do autorów powróci.

Obecna sytuacja w kraju wpływa jakoś na twoje życiowe plany?
Czasy są dziwne. To, co się dzieje w polityce, na zasadzie osmozy zaczyna też przenikać do artystycznego środowiska. I robi się kwaśno. Ale też uważam, dbając o swoje przekonania wewnętrzne, że trzeba spokojnie do tego wszystkiego podchodzić i trzeźwo oceniać co przynosi rzeczywistość. Przyszedł czas dokonywania trudnych wyborów…

triatlon-2

Masz w sobie lęk o przyszłość?
Aktorstwo to w dużej mierze oswajanie strachu. I im dłużej jesteś w tym zawodzie, tym bardziej nad tym strachem panujesz. Teraz, gdy po dwudziestu latach na scenie patrzę w przeszłość,  widzę, że czasem szedłem jak koń z klapkami, żeby tylko dojechać do końca spektaklu. Teraz to się zmieniło.

Graniem załatwiasz sobie jakieś problemy?
To jest złożona sprawa, ale nie jestem gotów, by powiedzieć o tym otwarcie w wywiadzie. Wielu aktorów załatwia sobie swoje osobiste sprawy na scenie czy wokół niej. Mogę powiedzieć, że ja chyba też. Taka autoterapia.

Czego dowiedziałeś się o sobie dzięki pracy?
Przez to, że dużo takich postaci gram, mam na pewno sporo przemyśleń dotyczących przemocy. Myślę, że największym problemem naszej kultury, naszych czasów jest przemoc. Przemoc, która tkwi u podstawy całego naszego sytemu politycznego, religijnego i edukacyjnego. Przemoc narodów wobec narodów, przemoc płci. Szeroko otworzyłem oczy po lekturze książki Jacksona Katza „Paradoks macho”- szczerze polecam. I wpuszczenie w siebie świadomości, że tak nie musi być, jest odkryciem. Jednym z ważnych narzędzi, z których korzystam w pracy, jest świadome, „bezpieczne” używanie przemocy.

Z czego to wyciągasz?
Z siebie. A jest z czego brać. Każdy ma z czego. I nie chodzi o to, że byłem nauczony przemocy, bo biłem się kiedyś z kolegami na podwórku. To jest w nas zasadzone dużo głębiej i poważniej. Taka trochę zatruta studnia, z której ciągle czerpiemy. Ja sam niby nigdy nie doświadczyłem drastycznej formy przemocy, ale jedno jest pewne, każdy z nas jakiejś doświadcza. Mnie zdarzały się sytuacje, gdy nagle czułem, że coś złego się we mnie uruchamia. W momencie, kiedy zacząłem sobie to uświadamiać, pracować nad tym, stało się to w jakimś sensie oswojone. To mi bardzo posłużyło, zwłaszcza że temperament miałem raczej z tych gwałtowniejszych. Ale to się zmieniło.

Zasługa kobiety?
Tak. Moja żona oprócz tego, że jest znakomitym reżyserem, ma też niesamowity talent psychologiczny. To kim dziś jestem, to też efekt wielu lat rozmów z nią, na temat ludzi i świata. Teraz podchodzę do wielu rzeczy o wiele spokojniej. Wiem, że to dzięki niej.

Jesteście razem już ponad dwadzieścia lat. Jak wam się udało stworzyć dobry, trwały związek?
Powiem ci szczerze, że mało w tym mojej zasługi. Moja żona jest… Nie wiem jakich użyć słów, ale ona jest trochę… Holy. (śmiech) Miałem w życiu niebywałe szczęście, że się spotkaliśmy, zakochaliśmy, że udało nam się stworzyć związek. Ja nie byłem wcale za fajny w tym związku na początku. Ale później zacząłem pracować nad sobą i naszą relacją, oboje zaczęliśmy o nią dbać. I to ma sens. Po tylu latach razem nie męczy nas to, że spędzamy ze sobą dużo czasu, pracujemy wspólnie, a jeśli nie pracujemy, to po pracy dużo rozmawiamy. Nigdy nie znudziliśmy się sobą. Może dlatego, że nawzajem coś w sobie uzupełniamy.

Jest jakaś recepta na udane love story?
Chyba nie, ale jeśli miałbym powiedzieć co u nas zadziałało, to byłyby to: praca nad związkiem, szacunek i prawda.

Prawda za wszelką cenę?
Kiedy jest prawda, nie ma miejsca na kombinacje, które prędzej czy później zniszczą każdy związek. Wszystko jest klarowne. Myślę też, że jeśli w związku jest prawda, to najtrudniejsze sytuacje, nie wiadomo nawet jak bolesne, trzeba szczerze i z szacunkiem omówić. Gdy się naprawdę szczerze pogada, jest większa szansa na uniknięcie głupiego błędu.

Wracając do aktorstwa, trochę czekałeś na to, by twoja gwiazda rozbłysła. Miałeś takie momenty, że nie było z czego żyć? Pomyślałeś kiedyś, że trzeba zacząć robić coś innego?
Aż tak, żeby myśleć o zmianie zawodu, to nie. Ale na przykład zdarzało się wstawić coś do lombardu. To były czasy kiedy po szkole teatralnej przyjechałem do Legnicy, grałem tam w teatrze. Mieliśmy już z Anią rodzinę, czasem ciężko było wiązać koniec z końcem. Dlatego trochę bawią mnie ci dzisiejsi młodzi studenci aktorstwa, którzy są już tak uroczo pewni tego jak potoczy się ich kariera: tu będą robić taki serial, z tym będą grać, a z tym nie. Życie bardzo weryfikuje takie plany.

Lubisz popularność, na którą ciężko sobie zapracowałeś?
W zasadzie tak, ale nigdy nie wiesz czy akurat nie wpadniesz przez nią w „oku cyklonu”. Pojawiasz się w kilku odcinkach serialu i nagle w środku obiadu, pomiędzy kęsami podchodzą ludzie i…

„Mogę zdjęcie?”
A ja z pełnymi ustami odpowiadam: „Ale… ja teraz przełykam”. „W porządku, to ja zaczekam”, mówi człowiek pochylając się nad stołem. I po trzech sekundach dopytuje: „To co? Już można?” (śmiech)

Rewelacyjnie zagrana postać Uwe Rappke z „Czasu honoru” chyba cię tak umocniła u publiki.
Rola Rappke ciągnie się za mną, zwłaszcza w PKP i miejskiej komunikacji. Raz nawet taksówkarz patrząc na mnie w lusterku powiedział: „Jak ja pana, kurwa, nienawidzę”. (śmiech)

Masz teraz dobry czas w życiu?
Czuję, że jestem w miejscu, które mi odpowiada. Akceptuję je, ale też zdaję sobie sprawę z tego, że niełatwo było się w nim znaleźć.

Ale chyba zasłużenie?
Nie mnie to oceniać, ale chyba tak. Coś tam w końcu umiem.

Przebierasz teraz w rolach?
W naszym kraju kręci się tak niewiele filmów, że jak już ci proponują jakąś rolę, to raczej się nie wygłupiasz, tylko bierzesz. Ja dopiero teraz, po dwudziestu latach pracy jestem w sytuacji, w której powiedzmy, mogę się zastanowić, czy dana rola jest mi potrzebna i czy na pewno chcę ją grać.

W Polsce osiągnąłeś sukces. Jesteś aktorem charakterystycznym. Wiele razy słyszałam, że „gdyby taki Bluszcz urodził się w USA, toby dopiero zrobił karierę.”
Słyszałem takie opinie i chyba coś w tym jest. (śmiech) Myślę, że gdybym z dziesięć lat temu znalazł na zachodzie dobrego agenta, świetnie znał język, a przede wszystkim wewnętrznie tego pragnął, to mogłoby się udać. Ale zwyczajnie nie byłem gotowy. Pewnie zawsze byłbym „tym z akcentem”, ale może bym zagrał (oczywiście tego złego) w Skyfall albo w Spectre…

triatlon-3

I więcej byś zarobił. Lubisz luksus?
Raczej umiarkowanie.

Właśnie się rozglądam czy przypadkiem nie zaparkowałeś Mercedesem…
Nie, przyjechałem starym Volvo 940. Zamieniłem się z żoną na dużo mniejsze auto. Czuję się bezpieczniej w tym Volvo, bo dopiero od roku mam prawo jazdy. A wracając do pieniędzy, potrzebuję po prostu zdrowego minimum. Niemniej przyznaję, jestem też estetą, lubię ładne rzeczy. Ale jak mnie na nie nie stać, to sobie patrzę. Otwieram przeglądarkę i oglądam to, czego nie mogę kupić. Też przyjemne. (śmiech)

To dlaczego nie pozujesz z butem na otwarciu sklepu? Więcej byś zarobił.
Z butem to bym za bardzo nie chciał. Poza tym dobrze się czuję z tym, że mogę się utrzymać z grania na scenie i w filmie.

Jesteś towarzyski?
Byłem bardziej towarzyski, kiedy więcej piłem. (śmiech) Ale lubię ludzi. Kiedyś po prostu byłem trochę bardziej rockandrollowy, zwłaszcza na studiach i zaraz po.

Imprezowanie masz trochę wypisane na twarzy…
W dobrym momencie studiowałem. Początek lat 90. To był polski „Trainspotting”. Wrocławskie kluby, transowa muza, tłumy freaków i dilerów. Jak sobie przypominam rzeczy, które się działy…

No daj mi jakiś smaczek.
Nie, bo musiałbym wchodzić w fizjologię, a tego nie chcę. (śmiech) Jestem już gdzie indziej.

Żona Cię zmieniła?
Rodzina mnie zmieniła. Ten rockandrollowy okres wygasł, bo zmieniły mi się priorytety.

Łatwo wszedłeś w rolę ojca?
Starałem się cały czas w niej być. Nie miałem problemu w stylu: „ja teraz muszę pocierpieć, bo mam ważną rolę do zagrania i zabierz ode mnie te dzieci”. Nigdy nie miałem takich jazd. Z drugiej strony, gdybym miał szansę wrócić do pierwszych lat życia moich synów, na pewno wiele rzeczy zrobiłbym inaczej. Głębiej wchodziłbym w ten pierwszy okres ich życia. W polskim społeczeństwie rolę ojca przez wiele pokoleń kształtowało się tak, że tata jest potrzebny, ale raczej tak na później. Gdybyśmy teraz mieli dziecko, na pewno zachowywałbym się inaczej. Ale teraz to raczej nasze dzieci będą miały dzieci. (śmiech)


Przemysław Bluszcz (ur. 1970) – aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy. Zagrał w ponad siedemdziesięciu filmach i serialach. Najchętniej obsadzany w rolach czarnych charakterów. Ogromną popularność przyniosła mu rola gestapowca Uwe Rappke w serialu “Czas Honoru”. Odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi. Żonaty z reżyserką Anną Wieczur-Bluszcz, mają dwóch synów. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!