Kultura

Piotr Cyrwus

Mam się spowiadać czy chwalić?

„Kiedyś miałem taki pomysł, że stworzę sobie życie alternatywne, specjalnie dla prasy. Będę udawał, że mam wiele kobiet, że zdradzam, że piję. Żeby mieli czym się żywić i mnie samego zostawili w spokoju.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Szymon Szcześniak

WEMEN: Tęskni Pan za telewizją?
PIOTR CYRWUS: To telewidzowie tęsknią za mną. (śmiech) Czasem na ulicach pytają kiedy wrócę. To miłe. I wracam na trochę. Przyjąłem rolę w „Na Wspólnej”, bo jest charakterystyczna, krwista. Trochę się bałem, że to podobny gatunek serialowy do „Klanu”, ale ten bohater ciekawie się rozwija, jest w tym materiał do pracy.

Jest Pan teraz wybredny w wybieraniu ról?
Dochodzę do takiego momentu, że chciałbym pracować mniej, ale skupić się na tym, na czym mi naprawdę zależy. Szczęśliwie zacząłem teraz grać role, które mnie zawsze najbardziej interesowały w teatrze. Ale marzy mi się też ciekawa postać w filmie. W tym czuję niedosyt.

Piotr Cyrwus, fot. Sz. Szcześniak

Miał Pan to szczęście, że telewizja Pana pokochała…
A zawsze chciałem grać w teatrze! To było moje marzenie od szkoły. I wtedy, gdy w krakowskiej PWST pani profesor Ewa Lasek powiedziała mi, że jak zrobię dyplom, to nie będę wychodził z telewizji, byłem strasznie oburzony. Jako studenci byliśmy przekonani w swoim zadufaniu, że tylko teatrowi należy się poświęcić. Z drugiej strony zawsze czułem, że szklany ekran mnie przyciąga. Miałem dobre notowania w telewizji krakowskiej. Robiłem programy satyryczne, teatry telewizji. Ale cały czas patrzyliśmy z kolegami z roku na seriale czy reklamy, jak na zdradę.

Przecież tyko tam naprawdę można zarobić.
Powiem pani dziwną rzecz. Ja wtedy nie wiedziałem ile aktor zarabia. I przeżyłem szok, kiedy podpisałem swój pierwszy kontrakt z teatrem. To było w Teatrze Polskim za czasów pana Kazimierza Dejmka. Zaraz po podpisaniu umowy pojechaliśmy z żoną małym fiatem do Poznania, żeby się pochwalić jej rodzicom nowym kontraktem. W Łowiczu przekroczyłem prędkość i złapała nas policja. Próbowałem tłumaczyć policjantowi, że nie mam z czego zapłacić mandatu, ale był niewzruszony. No i w końcu pokazałem mu ten kontrakt z teatru. Opiewał wtedy na 7 dolarów miesięcznie! I ten policjant odwrócił się do drugiego i mówi: „Józek, puśćmy go, bo to naprawdę bidok”. (śmiech)

Nie bał się Pan, że po prostu nie utrzyma się z tego zawodu?
Taki strach się pojawił, ale później. To już było w Narodowym Teatrze Starym w Krakowie. Wspaniały teatr, duży prestiż, grałem po kilkanaście spektakli, a śniło mi się, że nie będę miał za co kupić dzieciom butów. Takie były realia. Zawsze mówię kolegom, że jeżeli im się wydaje, że z teatru da się wyżyć, to żeby szybko zmienili zawód. To nie znaczy, że z aktorstwa nie da się utrzymać. Z zawodu da, ale nie z samego teatru. Aktorzy muszą pracować gdzie indziej, żeby móc grać w teatrze. Może jest kilku takich, którym pensja z teatru wystarcza, ale to są naprawdę nieliczne wyjątki.
Piotr Cyrwus, zdj. Szymon Szcześniak

A może to kwestia potrzeb?
Ja akurat nie mam zbyt dużych. Gadżetów nie potrzebuję. Ewentualnie jakieś sportowe, bo gram w tenisa. Coraz bardziej widzę ulotność rzeczy materialnych. Wolę wydać pieniądze na książkę czy kurs angielskiego, niż na jakąś błyskotkę. Kiedyś mnie one kusiły, może dlatego, że nigdy ich nie miałem. Ale teraz już o tym nie myślę. Chyba się starzeję. (śmiech)

Wracając do powodzenia zawodowego, świetnie odnalazł się Pan w tzw. nowych mediach. Mówię o filmie viralowym „Mafia dla psa”.
Ja zupełnie nie jestem internetowy, ale ten projekt był aktorsko ciekawy i realizowany w szczytnym celu. Nie miałem pojęcia, że zdobył aż taką popularność. To syn do mnie zadzwonił i powiedział: „Tato, wiesz co się dzieje w internecie? To jest hit!” . Może z tego powodu, że tak mało się poruszam w wirtualnym świecie, coś mnie omija. Ale z drugiej strony, dzięki temu nie czuję się obrzucany błotem, nie czytam nieprzyjemnych rzeczy o sobie. Być może bym tego nie wytrzymał…

Łatwo wszedł Pan w świat showbiznesu?
Trochę pociągało mnie to niby szalone życie aktorów, o którym się mówi. Ja byłem ze wsi, taki „kościółkowy”, chciałem się zmierzyć z tym światem. Może czasem z tego skorzystałem, czasem dostałem po głowie. Ale to, co myślimy o życiu znanych osób, jest w dużej mierze kłamstwem wykreowanym przez kolorowe pisma. Bo jakoś żadna gazeta nigdy nie była chętna, żeby zrobić mi zdjęcia w kościele, a mogli wielokrotnie. Za to z kieliszkiem wódki zawsze chętnie zrobią. Media plotkarskie nie pokazują naszej pracy, tego co naprawdę robimy, ile poświęcamy. Wyliczają tylko nasze upadki albo celebryckie wzloty. Aktorów pokazuje się tylko, albo jak idą po czerwonym dywanie, albo jak się na nim przewracają.

Piotr Cyrwus, fot. Sz.Szcześniak

Ma Pan problemy z mediami, z tym jak Pana pokazują?
Odkąd zaczęto publikować moje zdjęcia w prasie kolorowej, pisano nieprawdziwe, szkalujące mnie rzeczy, to poczułem, że naprawdę jestem w Warszawie. W Krakowie mnie to nie dotyczyło. Kiedyś nawet miałem taki pomysł, gdy jeszcze grałem w „Klanie”, że stworzę sobie życie alternatywne, specjalnie dla prasy. Będę udawał, że mam wiele kobiet, że zdradzam, że piję. Żeby mieli czym się żywić i mnie samego zostawili w spokoju. Ale nie miałem na to odwagi, bo mam rodzinę i obok siebie ludzi, którzy mogliby w to uwierzyć. To było zbyt ryzykowne. (śmiech)

Widzowie „Klanu” bardzo przeżywali Pana rolę…
O tak dużej popularności Ryszarda dowiedziałem się dopiero, gdy umarł. (śmiech). Zaproszono mnie nawet z tej okazji do “Wiadomości” w TVP. Pamiętam też jak kilka lat wcześniej pewna pani zagadała do mnie w pociągu, z jakimś rodzajem pretensji czy rozczarowania. Oczywiście zaczęła od tego, że ona absolutnie nie ogląda „Klanu”, bo przecież wszyscy wiemy, że nikt seriali nie ogląda (chociaż „Klan” miał w pewnym momencie oglądalność na poziomie 11 milionów widzów). Ale zaraz po tym dodała: „Wie pan, niby fajny ten pana wątek, ale czasem trochę nudny… Może by pan normalnie żonę zdradził, to by się w końcu coś zadziało.” Popatrzyłem na tę kobietę i powiedziałem: „To ja też mam dla pani radę. Niech pani powie wieczorem mężowi, żeby poszedł do sąsiadki i panią normalnie zdradził. Coś się zacznie u was dziać.” (śmiech)

Od czterech lat nie gra Pan już w „Klanie”. Rozpoznawalność spadła?
Są takie okresy, że jest bardzo duża. Aż sam się dziwię. Ale też już mam inne konotacje, nie tylko przez serial. Już coś innego robiłem w telewizji, w internecie. Nigdy nie dążyłem do popularności, bo mnie ona krępuje. Nie umiem reagować na jej objawy, chociaż ludzie zwykle są bardzo mili.

Ma Pan teraz dobry czas w życiu?
Mam się spowiadać czy chwalić? (śmiech)

W spowiedzi jest czasem sporo chwalenia.
Myślę, że w końcu jestem w takiej formie, w której zawsze chciałem być. Spotykam się ze świetnymi reżyserami, nie tylko polskimi. Daje to niesamowitą przestrzeń myślową. Mogę też sam reżyserować, co umożliwia mi Teatr Polski. Mam wspaniałych kolegów, z którymi mi się dobrze pracuje. Choć nie wyobrażajmy sobie, że żyję w bezkresnym szczęściu. Codziennie zmagam się z różnymi materiami.

Ile razy żałował Pan, że został aktorem?
Mnóstwo. Przed każdą premierą. Czasem po prostu przed wyjściem na scenę człowiek żałuje, że musi się pokazywać, walczyć za każdym razem. U wszystkich znanych mi aktorów, których ten zawód coś kosztuje, ta myśl pojawia się często. Kiedy przyszedłem tu, do Teatru Polskiego, zapytałem pana Wiesława Gołasa, czy ma jeszcze tremę. I on mnie objął ramieniem i powiedział: „Piotruś, im dalej w las, tym więcej drzew”. Później ten strach przed wystąpieniem zmienia się w rodzaj stresu o to, czy się uda, czy wszystko co sobie założyłem gdzieś z tą publicznością będzie rezonować.

Piotr Cyrwus, fot. Sz. Szcześniak

Pracując tyle lat w serialu, poświęcił Pan dla niego teatr?
Dziennikarze często myślą, że jak aktor gra w serialu, to nic innego nie robi. Albo, że jak nie gra już w serialu, to naprawdę przepadł. A ja zawsze, i przed „Klanem”, i w czasie gdy w nim grałem, i gdy przestałem, pracowałem w najlepszych teatrach w Polsce. Z najlepszymi reżyserami teatralnymi: Jerzym Jarockim, Krystianem Lupą, Grzegorzem Jarzyną, Krzysztofem Warlikowskim. To się oczywiście odbija na aktorze, bo jest zmęczony, ciągle jeździ między teatrami a planem. Ja w pociągach uczyłem się ról. Teraz robię to w teatrze, w mieszkaniu zbyt wiele rzeczy mnie rozprasza.

Tacy wybitni reżyserzy teatralni nie robią problemu, gdy aktor w tym samym czasie chce grać i u nich, i w popularnym serialu, który zabiera mu mnóstwo czasu i energii?
Przecież dyrektorzy teatrów czy reżyserzy wiedzą, że aktor musi gdzieś dorobić i jak mamy propozycje filmowe czy serialowe, to w miarę swoich możliwości puszczają nas do tych prac. Zdarzają się dyrektorzy złośliwi, ale to też jest jakiś paradoks naszych czasów. Przychodzą do mnie czasem młodzi aktorzy, którzy się skarżą, że dyrektor teatru nie chce ich przyjąć, bo grają w serialu, a później jak przyjdą i mówią mu, że już nie grają, to ten mówi, że też ich nie przyjmie, właśnie dlatego, że nie grają, a powinni, bo dzięki temu ludzie chcą ich oglądać na żywo w teatrze. (śmiech) Ale myślę, że jest to wybieg socjotechniczny dyrekcji, która po prostu nie chce kogoś zatrudnić.

Co Pana denerwuje w tym zawodzie?
Niepewność. Tu ciągle trzeba być czujnym. Nigdy nie miałem poczucia, że w jakimś teatrze mam już ciepłe kapcie i spokój. Może też z drugiej strony bym się wtedy zanudził. Nauczyłem się tego, że lubię być zajęty. Teraz od paru lat, to co spełniło moje marzenia, co dało mi drugi dom, to właśnie Teatr Polski. Żona czasem wypomina mi, że to jest już mój pierwszy dom. (śmiech) Siedzę tu od rana do nocy, bo zawsze mam coś do roboty.

Praca jest nałogiem?
Mam nadzieję, że nie, ale chyba coś w tym jest, bo ciągle jestem w tych moich rolach, myślę o nich. Kiedyś słyszałem wypowiedzi ludzi, którzy pracują w hospicjach. Przekazywali o czym najczęściej mówią osoby, które odchodzą. I podobno nikt nie wspomina o pracy. Ludzie raczej myślą o tym, że nie dali swoim bliskim wystarczająco dużo ciepła, uwagi, myślą też o Bogu. Jest jeden wyjątek – aktorzy. (śmiech) Oni podobno ciągle myślą o rolach.

Piotr Cyrwus, fot. Sz. Szcześniak

Żałuje Pan, że się za bardzo poświęcił pracy?
Jestem już w takim wieku, że mam większe poczucie upływającego czasu. Wiem, że w młodości nie poświęciłem tyle czasu swoim dzieciom, ile chciałbym poświęcić, ale praca mnie bardzo absorbowała. A teraz oni już mają mnie troszkę w nosie. (śmiech)

Wypomnieli to Panu?
Może raczej coś wspomnieli, ale awantur mi nie robili. Bardziej to ja mam poczucie, że było mnie za mało. I może to już moment, żeby trochę zwolnić. Wolałbym z nimi spędzić więcej czasu, a nie tylko pracować. Jest taki wiersz Miłosza, który noszę zawsze ze sobą i w nim jest tak: „Śmierć jest ogromna i niezrozumiała (… ) Czuję w sobie tyle niewyjawionego zła, że nie wykluczam swojego pójścia do Piekła./ Byłoby to zapewne piekło artystów,/ To znaczy ludzi, którzy doskonałość dzieła stawiali wyżej niż swoje obowiązki małżonków, ojców, braci i współobywateli”. Czasem mnie to chwyta, bo zatracam się w pracy, a chcę się dostać jednak do tego nieba… I wtedy myślę sobie tak jak Miłosz, o tym piekle dla artystów.

Piotr Cyrwus, fot. Sz. Szcześniak

Czego Pan żałuje z młodości?
Chyba tego, że byłem za mało cierpliwy. Byłem w gorącej wodzie kąpany, podejmowałem decyzje, którym bardziej powinienem się przyjrzeć. Chyba też żałuję, że byłem za mało uważny. A to jest bardzo istotne. Żeby być uważnym na ludzi, by ich nie skrzywdzić. Wyborów zawodowych nie żałuję. Może przez niektóre jest mi ciężej. Ale to, co robiłem, doprowadziło mnie do tego, gdzie jestem. A jestem teraz szczęśliwy.


Piotr Cyrwus (ur. 1961) – aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, reżyser teatralny. Absolwent PWST w Krakowie. Związany był Narodowym Teatrem Starym i Teatrem STU w Krakowie, Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi i Teatrem Polskim w Warszawie, gdzie pracuje obecnie. Zagrał kilkadziesiąt ról filmowych i telewizyjnych. Największą popularność przyniosła mu rola Ryszarda Lubicza w telenoweli “Klan”, w której grał przez 15 lat. Z pochodzenia góral, żonaty z aktorką Mają Barełkowską, mają troje dzieci.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!