Sport

Paweł Fajdek

Bywa ze mną niełatwo

Prawda jest taka i nie ma co tego ukrywać, że trudno jest mieć rodzinę, będąc aktywnym zawodowo sportowcem. Ale da się to zrobić. Kluczową sprawą jest to, z kim się zwiążesz. To musi być osoba niezwykle silna psychicznie.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

Nie jest łatwo wbić się w twój kalendarz. Złapałam cię w końcu na obozie treningowym. Ile dni w ciągu roku jesteś poza domem?

Średnio może wyjść jakieś 280. Obozy treningowe, starty w zawodach, a do tego poza sezonem obowiązują mnie różne dodatkowe wyjazdy i spotkania.

Jak twoja partnerka to znosi?

Zadowolona nie jest. (śmiech) Pierwszy rok po przyjściu na świat naszej córki był logistycznie trochę łatwiejszy, w tym sensie, że Sandra nie pracowała, była w domu z dzieckiem. Łatwiej było im do mnie dołączyć. Teraz jest trudniej. Ale nadal staramy się tak to organizować, żeby pobyć ze sobą na ile to możliwe. Nawet tu, gdzie teraz jesteśmy – w ośrodku sportowym w Spale, mamy taką tradycję, że rodzina jest przez jakiś czas ze mną.

To popularny model u sportowców, którzy ciągle są w rozjazdach?

Nie, jestem jednym z niewielu, który zgadza się na taki układ. Większość kolegów kategorycznie jest przeciwko. Nie odnajdują się sytuacji, w której trzeba skupić na treningach, być poddanym reżimowi sportowemu i jednocześnie mieć w pokoju małe dziecko, co przecież często łączy się z nieprzespanymi nocami. Ja jakoś daję sobie z tym radę. Traktuję to w pewnym sensie jako obowiązek ojcowski. Bardzo często wylatuję za granicę, przez co nasz kontakt jest ograniczony, mimo ułatwień w postaci komunikatorów internetowych. Moja córka ma dwa i pół roku, to jest czas kiedy dziecko naprawdę bardzo szybko się zmienia, rozwija, dlatego chcę spędzać z nią tyle czasu, ile to możliwe w ramach mojej pracy.

Jesteś trudnym partnerem?

Trzeba o to zapytać tę drugą stronę, ale wydaje mi się, że bywa ze mną niełatwo. Jestem sportowcem od 15 lat, moje życie jest podporządkowane pracy. Oczywiście nie jestem robotem, ani stuprocentowym podwładnym trenera i są sytuacje, w których na pewno nie podporządkowałbym rodziny karierze. Są rzeczy ważniejsze niż sport i trzeba umieć je w porę rozróżnić i wybrać. Ale nie zmienia to faktu, że jeśli nie dzieją się rzeczy nadzwyczajne, to w tych najważniejszych sportowych momentach potrafię się kompletnie odciąć od rodziny i czasami przez parę dni w ogóle się nie odzywać. To są momenty, gdzie w mojej głowie odbywają się walki, pierwsze wizualizacje tych najważniejszych startów, więc wtedy naprawdę potrzebuję mieć spokój.

 

Znacie się z Sandrą od czasów gimnazjum. Czyli ona zdawała sobie sprawę z tego, że wiąże się ze sportowcem i może mieć cię rzadko obok siebie?

Niby tak, ale wyobrażenie sobie jakiejś sytuacji i nawet świadomość, że życie może wyglądać w określony sposób, jest czymś zupełnie innym, niż znalezienie się w tej sytuacji. Poza tym kiedy jest się parą na początkowej, jeszcze mało zobowiązującej stopie i trzeba przez jakiś czas pożyć w rozłące, to jest to nawet przyjemne. Po takim wyjeździe, kiedy w końcu następuje spotkanie jest się stęsknionym i szczęśliwym, że widzi się tę osobę. Sytuacja się komplikuje, gdy związek jest już na etapie wspólnych obowiązków rodzinnych, w których ja często nie mogę uczestniczyć. Wtedy zamiast radości, pojawiają się frustracje. A do tego też tęsknota za rodziną. Wydaje mi się, że u mnie rośnie ona wprost proporcjonalnie do wieku dziecka. Im córka jest starsza, tym trudniej mi nie mieć z nią kontaktu przez dłuższy czas. Prawda jest taka i nie ma co tego ukrywać, że nie jest łatwo mieć rodzinę będąc aktywnym zawodowo sportowcem, ale da się to zrobić. Kluczową sprawą jest to z kim się zwiążesz. To musi być osoba niezwykle silna psychicznie, która da sobie radę wtedy, kiedy partnera przy niej nie ma. Bo wyobraź sobie sytuację: zostajesz w domu z dzieckiem, masz obowiązki na głowie i wiesz, że nie jesteś samotną matką, wiesz, że twój partner jest, chciałabyś od niego pomocy, kontaktu i zainteresowania, ale on teraz przebywa na drugim końcu świata i sobie trenuje. A kiedy wróci, to jest zmęczony i nie zawsze ma siłę do adorowania. Trzeba ogromnej dojrzałości i wyrozumiałości, żeby się w takiej sytuacji odnaleźć i utrzymać rodzinę.

Twoja córka jest podobna do ciebie?

Tak. Fizycznie na pewno.

A charakter?

Czasami kiedy na nią patrzę, to boję się co to będzie dalej. (śmiech) W tym wieku dziecko się non stop zmienia. Gdy widzę ją po kilku tygodniach nieobecności jestem w szoku jak bardzo się rozwija. Ma pierwsze przemyślenia, przynosi nowe słowa. I ta mimika twarzy… To mnie zachwyca. W takim wieku dziecko nie jest w stanie udawać. Rozwalają mnie sytuacje, gdy widzę, że specjalnie próbuje mnie ignorować. Mówisz do niej, ona stoi z boku, śmieje się z ciebie pod nosem, ale udaje, że nie słyszy co do niej mówię. Wtedy zastanawiam się czy ja też tak robię, tylko myślę, że ona tego nie widzi, a ona właśnie to podpatruje, czy to jest takie tylko jej.

Jesteś rozpieszczającym ojcem?

To zależy. Jeśli chodzi o prezenty związane z aktywnością fizyczną, to nie mam oporów, żeby je kupować. Wiem, że to jest z korzyścią dla dziecka. Jeśli córka będzie chciała lepszy rower, to jej kupię. Ale jeśli przyjdzie i powie, że chce lepszy telefon, bo koleżanki mają modniejszy, droższy i z lepszymi bajerami, to jej powiem, żeby oddała ten, który ma, skoro jej się nie podoba. To są fanaberie, które nie przynoszą żadnego pożytku dziecku. Ja swój pierwszy telefon dostałem dopiero w gimnazjum i to dlatego, że jeździłem na obozy, więc rodzice musieli mieć jakoś ze mną kontakt.

Byłeś krótko trzymany?

Do pewnego czasu tak. Zwłaszcza, że nie byłem najgrzeczniejszym dzieckiem. Chociaż później się poprawiłem. Zostałem nawet ministrantem. (śmiech) Wprawdzie głównie po to, żeby móc wyrwać się z domu. Miałem tam kolegów, chodziliśmy na zbiórki, graliśmy w piłkarzyki, ping-ponga, organizowaliśmy sobie fajnie czas. Pamiętam, że kiedy zaczynałem trenować rzut młotem, to na ośmiu rzucających, sześciu było ministrantami. My po prostu chodziliśmy w te same miejsca. Do szkoły, do kościoła i na treningi. Później to się rozpadło, bo zmienił się ksiądz, który opiekował się nami. Ten nowy nie lubił sportu, no i większość zrezygnowała.

Coś ci zostało w głowie z tego okresu?

Dużo katolickich modlitw. Swego czasu robiliśmy sobie z kolegami wyzwania w stylu: kto powie z pamięci więcej kwestii z mszału liturgicznego. Takie widzisz rozrywki były.

Nadal jesteś religijny?

Religijny raczej nie, ale jestem wierzący. Uważam, że łatwiej się żyje, łatwiej jest rano wstać ze świadomością, że jest Bóg, który czuwa i wynagrodzi nasze starania. Zawsze jest też na kogo zwalić własne niepowodzenia. (śmiech) Natomiast nie podobają mi się pewne rzeczy, które dzieją się w teraz Kościele, ale to są od wielu lat bardzo trudne tematy do rozmów. Bo dzieje się dużo, jeszcze więcej wychodzi po czasie, a pewnie dwa razy tyle nigdy nie ujrzy światła dziennego.

A czego ty byś chciał nauczyć swoją córkę?

Cieszyć się życiem. Robić to, co się lubi  i czerpać z tego jak najwięcej przyjemności. Mnie przez większość życia ciągle ktoś wmawiał, że głupoty opowiadam twierdząc, że będę kiedyś najlepszy na świecie. Śmiali się ze mnie. A ja w to wierzyłem i dlatego się udało.

Umiesz dziś przegrywać?

Nie. I mam nadzieję, że nigdy się tego nie nauczę. Nienawidzę przegrywać. Chyba mam taką konstrukcję osobowości, że możemy się wygłupiać, brać udział w niezobowiązujących grach, a we mnie jest zawsze wola zwycięstwa. Inną sprawą jest umiejętność odcięcia się od porażek, które są naturalną częścią naszego życia. To trzeba sobie wypracować, bo inaczej nie ruszysz z miejsca i nie osiągniesz swojego celu. Mam też świadomość, że są rzeczy na tym świecie, których niestety choć by nie wiem co, nie jesteśmy w stanie zrobić, ale to nie ma nic wspólnego z umiejętnością przegrywania.

To jakie cele sobie stawiasz?

Dla mnie najważniejszy był ten, który postawiłem sobie na samym początku kariery. Po pierwszych treningach, kiedy wyraźnie poczułem, że naprawdę podoba mi się rzut młotem, usłyszałem od trenera, że żeby dojść do dobrych wyników i coś wartościowego osiągnąć, będę musiał poświęcić na to 10 lat pracy. Pomyślałem wtedy: „no dobra, mamy teraz 2002 rok, czyli za 10 lat jadę na igrzyska olimpijskie”. Powiedziałem sobie, że tak będzie i koniec. I tak się stało. Wiedziałem, że dekada to czas na to, żeby powoli robić postępy, nie cisnąć od razu na najlepsze wyniki, ale stopniowo osiągać rezultaty, które pozwolą mi wznieść się na światowy poziom. Ta strategia się udała.

Wszystko zawdzięczasz ciężkiej pracy?

Nie wiem czy to jest szczęście, czy talent, czy ciężka praca, a może ludzie, którzy się dookoła mnie pojawili. Takie rzeczy zostawię sobie na koniec, kiedy spojrzę na swoją karierę z perspektywy całości. Ale to dopiero za 11 lat, bo jeszcze tyle chciałbym trenować. Wtedy będę mógł powiedzieć co tak naprawdę w moim życiu miało siłę decydującą.

Właśnie zaczynasz okres treningowy. Skąd bierzesz siłę do tak ciężkiej pracy?

Największą czerpię z tęsknoty za sportem, która pojawia się właśnie wtedy, gdy od dłuższego czasu nie mam treningów. Taka systematyczność, reżim sportowy to jest coś, czego brakuje po sezonie. Dlatego ta tęsknota najsilniej  mnie motywuje, żebym wstał i poszedł na trening. Mimo tego, że boli. Oczywiście mam też dużo momentów kiedy mi się nie chce. Doskonale wiem ile trzeba pracy, żeby się przygotować, żeby dojść do wysokiego poziomu. Z roku na rok jestem też coraz starszy i wiem, że nie będzie łatwiej.

Jesteś surowy dla siebie?

Kiedy trzeba owszem. Są momenty, gdy naprawdę biorę się twardo za siebie i nie odpuszczam. Na szczęście mam coś w rodzaju dodatkowego zmysłu, który pozwala mi dysponować i zarządzać treningiem. Dzięki temu zawsze dostosowuję trening do siebie, a nie siebie do treningu. Kiedyś tak było, że trenowało się z kartek, robiło się od deski do deski, to co się założyło. Ale na tym najwyższym poziomie nauczono mnie, żeby robić to, na co mój organizm jest gotowy, a nie to, co jest napisane na kartce. Bo kartka przyjmie wszystko. Ja niekoniecznie. Jeżeli budzę się rano i wiem, że coś nie gra, to nie będę na siłę robił wszystkiego, co było wczoraj założone.

Z podobnym spokojem znosisz krytykę kibiców?

Zgadzam się z tym, co powiedział kiedyś Jurek Janowicz, że kibice są fajni, ale jeżeli ktokolwiek może wydać pierwszą krytyczną ocenę, to tylko sam zawodnik w stosunku do siebie. Następny jest trener, później cała reszta. Wielu kibiców angażuje się emocjonalnie w naszą pracę, mają swoje zdanie, mądrość i są przekonani jakie to wszystko jest proste. Mnie też łatwo strzela się gole jak gram z kolegami w FIFĘ.

A kiedy nie udał ci się start na ostatnich igrzyskach olimpijskich, czytałeś komentarze o sobie?

Częściowo tak. Na pewno nie wszystkie, bo było tego naprawdę dużo. Trochę koledzy mi czytali, śmialiśmy się z tego później. Odczułem na sobie tę krytykę. Po tych igrzyskach cierpiałem przez kilka dni, ale jakoś się uporałem. Takie jest życie, taki jest sport, czasami jest w nim większa loteria niż w Lotto. Wszyscy myśleli, że będzie łatwo, że moja wygrana jest pewna. A ja mówiłem, że różnie może być. Każdy myślał już o finale, o tym jak będzie wyglądać walka o medale, a ja nie przeszedłem eliminacji. Oczywiście to mnie strasznie zabolało. Bo po raz drugi na najważniejszej na świecie imprezie pojawiło się u mnie coś, co w jakimś sensie jest niewytłumaczalne.

To dlaczego ci wtedy nie poszło?

Miałem słabszy dzień i tyle. To jest to, na co nie ma się wpływu. Bo gdybym uderzył pięścią w szybę, skoczył skądś i skręcił kostkę, zrobił coś, co tę formę by obniżyło, to by była moja wina. Ponosiłbym za to pełną odpowiedzialność i mogliby mówić o mnie najgorsze rzeczy. Ale nic takiego nie zrobiłem. Myślę, że na ten słaby start przełożyło się zbyt długie oczekiwanie na miejscu. Bo jak się siedzi w domu, to zawsze sobie znajdziesz jakieś zajęcie, głowa inaczej pracuję. A tu siedzisz w tej wiosce olimpijskiej, sam w pokoju i nabijasz sobie głowę tym startem, ciągle myślisz o rywalizacji. Dziś wiem, że jeśli zakwalifikuję  się na igrzyska to Tokio, to nie polecę już na tak długo, czyli na półtora tygodnia. Cztery dni wystarczą. Dwa na aklimatyzację, trzeci dzień na rozruch i czwartego dnia się walczy.

Jakie myśli towarzyszą ci tuż przed rzutem?

Staram się, żeby w ogóle ich nie było. Ale czasami tak się nie da, bo one dobijają mi się do głowy mimo próby zapanowania nad tym. Najgorsza myśl to taka: „co będzie jeśli…” Czyli co jak uderzę w siatkę, albo spalę. Jeżeli coś takiego pojawi się w głowie, to najlepiej od razu wyjść z koła, nawet nie oddawać tego rzutu.  Bo to jest bez sensu. Wtedy najczęściej właśnie walę w tę siatkę. Dlatego podejście do startu jest kluczowe. Biorę udział na przykład w zawodach typu „Memoriał Kamili Skolimowskiej”, gdzie startujemy z uśmiechem, bez napinania się. Rywalizacja oczywiście jest, ale każdy jest już po swoim głównym starcie w sezonie i uzyskujemy naprawdę świetne wyniki. Jeżeli ktoś potrafi przenieść taki stan psychiczny na inne zawody, to wtedy jest mistrzem.

Jesteś potężnym facetem. Do tego znanym publicznie ze swojej siły. Odczułeś, że ludzie boją się ciebie, czują respekt?

Czy się boją, nie wiem, ale od jakichś dwóch lat mam spokój z prowokacjami czy zaczepkami. Kiedyś zdarzały się sytuacje, że ktoś chciał się ze mną mierzyć. Myślę, że albo mnie nie poznał, albo kolega mu nie zdążył powiedzieć, że ja to ja. Bywało, że ktoś startował z pięściami do mnie. Ale ja nie jestem bandytą, nie biję ludzi. Zawsze staram się pięć razy przemówić komuś do rozsądku, zanim użyję siły. Zdarzało się też tak, że gdy moja argumentacja nie przekonywała zaczepiającego, a akurat szedłem z kolegą, który fizycznie nie miał takiej siły jak ja, to jego prosiłem, żeby się zajął tym delikwentem. Zdawałem sobie sprawę z tego jak może się skończyć sprowokowanie mnie do bójki. Nawet jeśli agresor był pijany czy głupi, nie chciałem nigdy skrzywdzić człowieka.


Paweł Fajdek (ur. 1989) – lekkoatleta specjalizujący się w rzucie młotem. Pierwszy w historii, który zdobył trzy razy z rzędu mistrzostwo świata w tej kategorii, a przy tym najmłodszy w historii złoty medalista w rzucie młotem. Zdobył też mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy. Chce trenować jeszcze przez 11 lat. Marzy o złocie olimpijskim. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!