Kultura

Michał Czernecki i Monika Sobień

Wybrałem życie

Obudziłem się w szpitalu. Zobaczyłem nad sobą twarze milczących krewnych. W końcu któraś z sióstr mojej mamy powiedziała, że fajnie, że wszystko się dobrze skończyło. Po czym pochyliła się i na ucho wycedziła: „Coś ty nam zrobił?”. Poczułem w każdej komórce mojego ciała, że bardzo źle się stało, że się obudziłem, że nie udało mi się umrzeć.

Wywiad jest fragmentem książki Michała Czerneckiego i Moniki Sobień „Wybrałem życie”

Fot. Bartosz Kowal/Latającykowal.pl

MONIKA SOBIEŃ: Pamiętasz ten moment, kiedy dowiedziałeś się, że twój ojciec nie żyje?

MICHAŁ CZERNECKI: Przed szóstą rano zadzwonił telefon. Wiedzieliśmy z mamą, że to ze szpitala, bo kto inny miał dzwonić o tej porze? Telefon był w przedpokoju. Taki czerwony, z tarczą. Głośno dzwonił. Nikt nie chciał wstać, oboje zdawaliśmy sobie sprawę, co usłyszy w słuchawce ten, kto ją podniesie. Ale telefon dzwonił i dzwonił i w końcu odebrała go mama. Leżałem w swoim łóżku i z całych sił zaciskałem powieki wmawiając sobie, że jeszcze śpię, że nie ma mnie w tym domu, w tej sytuacji. Najlepiej jak bym w ogóle zniknął. Po chwili mama weszła do pokoju, a ja nadal leżałem odwrócony do ściany i zaciskałem powieki. Ale wyraźnie usłyszałem głos matki: „Michał wstań, tata nie żyje.”

Jak wyglądało wasze ostatnie spotkanie?

Ojciec był wtedy w domu. Miał wprawdzie wodę w płucu, ale wypisali go na kilka dni ze szpitala. Trudno się do tego przyznać, ale wolałem, żeby mnie w tych dniach nie było w mieszkaniu, bo nie potrafiłem się odnaleźć w tej sytuacji. Nie mogłem patrzeć na to, jak ta choroba wypłukuje z niego życie. Nie zgadzałem się na postępującą dewastację ciała i błyskawiczne zanikanie woli życia. Jakby robił się przezroczysty. Ale nie zawsze dało się uniknąć konfrontacji. Któregoś wieczora znalazłem się z nim w jednym pokoju. Późno przyszedłem z podwórka, mama chyba już spała, a ojciec półleżał w ciemności oświetlanej jedynie światłem kineskopu telewizora. Chyba ze względu na tę wodę w płucach oddychał bardzo szybko i płytko. Chciałem chyba coś obejrzeć w telewizji, bo przecież życie pozornie szło zwykłym trybem. Z boku wyglądało to tak, że niby oglądamy razem. I on po jakimś czasie zapytał mnie: „Co tam w szkole?”. Padły słowa zupełnie normalne, ale wyduszenie z siebie tego krótkiego pytania trwało dobre kilkanaście sekund, bo ojciec fizycznie nie był w stanie ich wypowiedzieć. Próbował złapać oddech prawie po każdej sylabie. To było przerażające. Przyjąłem to na plecy, nawet się nie odwróciłem, bo nie byłem w stanie. Powiedziałem tylko: „Dobrze”, żeby go zbyć. To była, o ile pamiętam, nasza ostatnia rozmowa. Następnego dnia, kiedy poszedłem do szkoły, ojciec poczuł się gorzej, zabrano go do szpitala. I tam nad ranem zmarł. Ta końcówka jego życia była dla mnie bardzo wyczerpującym, trudnym momentem. Zdawałem sobie sprawę, że tuż za ścianą on umiera, że coś bardzo ważnego się bezpowrotnie kończy, a ja równolegle usiłuję prowadzić normalne życie. Mam jakieś tam obowiązki, chodzę do szkoły, piszę bezsensowne klasówki, które nie mają żadnego znaczenia. Życie twojego ojca się kończy, a ty zajmujesz się jakimiś bzdetami…

Kiedy dowiedziałeś się, że jest chory na raka, że umiera? Sam ci to powiedział?

Nie, ale czułem, że ojciec jest chory na długo wcześniej, zanim został zdiagnozowany. Najpierw chorował na serce, później miał wszczepiane bajpasy i po jakimś czasie okazało się że ma nowotwór. I wszystko potoczyło się szybko, w jakieś pół roku. Znów nie mówiono mi ani siostrze wprost, co się dzieje. Później mama tłumaczyła, że to dlatego, że chcieli mnie chronić. Że wydawałem się im za mały, by to dźwignąć. Ale przecież miałem już wtedy piętnaście lat, byłem młodym, lecz emocjonalnie i umysłowo ukształtowanym, człowiekiem. Wiem to i widzę na przykładzie mojego starszego syna.

Ojciec też cię traktował jak dziecko?

Niestety tak. I to mnie bolało. Pamiętam takie urywki, flesze jak chory już ojciec leżał w szpitalu onkologicznym w Gliwicach. Gdy odwiedzaliśmy go z siostrą, zaczynał płakać. Prosił wtedy, żeby ktoś nas wyprowadził, żebyśmy wyszli. Chciał być sam albo tylko z mamą. To powiększało dystans między nami.

Nie uważasz, że w ten sposób chciał cię chronić albo że nie potrafił sam udźwignąć ciężaru tej sytuacji?

To oczywiste. Ale dla mnie, jako dorastającego mężczyzny, to było okrutne. Pytam sam siebie, przed czym niby chciał mnie chronić? To jest odwracanie kota ogonem. Uznano, że nie jestem gotowy na kontakt z umierającym ojcem, ale na jego śmierć już tak. Przed tym mnie ojciec nie umiał ochronić. Bo przecież to było niemożliwe. Przez to cała odpowiedzialność, pustka i bezdenna rozpacz spadły na moje ramiona. To jest właśnie nie fair, o to mam żal. I to nie jest tak, że ojciec nie umiał mówić o emocjach, o tym co się z nim dzieje. Po prostu nie chciał ze mną rozmawiać. Dlaczego wiedząc o tym, że umrze w najbliższym czasie, chciał chronić najbliższych mu ludzi przed emocjami, które przeżywał? Z perspektywy dorosłego wiem, że on wtedy nie miał narzędzi do tego, żeby z tymi emocjami sam sobie poradzić, ale jako dziecko nie miałem prawa tego wiedzieć. Zostałem w tym wszystkim sam, w dodatku z poczuciem odrzucenia. Jego postawa była dla mnie jednoznacznym sygnałem, że ojciec mnie nie chce, że nie ma do mnie zaufania, nie chce żebym w jakikolwiek sposób dzielił z nim jego życie i śmierć. W głowie takiego nastolatka rodzi się jedna myśl: „A chuj, co mnie obchodzi ta cała twoja choroba, chcę żeby to się już skończyło, już umrzyj i daj mi żyć”. Jednocześnie z drugiej strony myślisz: „Jezus Maria, nie umieraj, zostań, przecież ja cię jeszcze tak bardzo potrzebuję…”.

A czy on z kimkolwiek potrafił rozmawiać o swojej chorobie? Dla niektórych pacjentów onkologicznych to jest ponad siły.

Przez chwilę tak myślałem, ale później, już po jego śmierci, dowiedziałem się, że w czasie choroby często i w sumie intymnie rozmawiał z moim szwagrem Mariuszem, który jest tylko o kilka lat starszy ode mnie. On potem nam opowiadał, co ojciec myślał, co czuł. Poczułem się tak jakbym od niego jeszcze zza grobu dostał z liścia, albo lepiej – strzała w tył głowy. Moja siostra, która była dorosłą kobietą, kiedy ojciec umierał, nie usłyszała nic osobistego od niego, ja tego nie usłyszałem, a usłyszał to wtedy jeszcze obcy facet.

Może dlatego, że wcześniej nie zbudowaliście bliskiej relacji.

Pamiętam do dziś, kiedy ojciec po pijaku na jakiejś imprezie rodzinnej mówił o mężu mojej siostry: „Ja bym się z nim nie ożenił”. Cała familia na to gruchnęła śmiechem, jakby to rzeczywiście było zabawne. Obraził wtedy jego i moją siostrę za jednym zamachem. Tak ja to odczułem. Poza tym w pale mi się nie mieści, że gościa którego raczej nie traktujesz poważnie, raptem wybierasz sobie na powiernika przedśmiertnych refleksji. Już nie chcę się domyślać, gdzie w takim razie jest miejsce syna, bo mi wychodzi, że gdzieś na korytarzu, pod kiblem.

Czy kiedykolwiek przeprowadziliście ze sobą bliską rozmowę?

Nie. Dlatego właśnie tak sakramencko długo to w sobie mielę – tę relację albo jej brak. To siedzi we mnie cały czas. Ale były momenty, kiedy czułem ogromny żal i złość. Pamiętam jak kiedyś przed premierą w teatrze siedziałem z kolegą, reżyserem, i on zadzwonił do swojego ojca. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak: „No… ale będziesz kurwa na tej premierze czy nie? Co? Dobra, weź i nie pierdol. Powiedz mi czy będziesz czy nie… Powiedz po prostu jak człowiek czy przyjedziesz.”. Wyszedłem na korytarz i strasznie się rozpłakałem. Pomyślałem sobie wtedy, że jakkolwiek skrótowa i wulgarna była to rozmowa, to jednak była. Była gorąca, pełna emocji i w sumie ważna, bo temu chłopakowi zależało na tym, żeby stary jednak się pojawił. Ja z moim ojcem nigdy nie miałem takiej normalnej relacji, w której mogłem z nim rozmawiać jak młodszy facet ze starszym. Dla mnie on stał i stoi na jakimś piedestale, pomniku, który nie tylko ja mu budowałem. Coś tam sobie wyobrażam na jego temat, ale wciąż jest dla mnie kimś nieodgadnionym. A jednocześnie większość swojego życia żyłem jego życiem, a nie swoim. Właśnie dlatego, że zabrakło tej relacji.

Powiedział ci kiedyś jakieś miłe słowo?

Raz odgadłem wyraz do krzyżówki, które on pasjami rozwiązywał, jarając przy tym po dwie paczki fajek dziennie. Ojciec był kompletnie zaskoczony, że znam to słowo i jego znaczenie w wieku dziesięciu lat (choć niewykluczone, że to było wcześniej). Jako dziecko miałem takie hobby, że przeglądałem z ciekawością i nie bez przyjemności „Słownik wyrazów obcych” Kopalińskiego, który stał u rodziców na półce. Ojciec spojrzał na mnie wtedy z uznaniem. Nic nie powiedział, ale widziałem, że mu zaimponowałem. To było słowo „erozja”. Minęło trzydzieści lat, a ja wciąż pamiętam. Byłem w szoku, że wiedziałem coś, czego on nie wiedział. Ale z kolei kiedy sam chciałem mu zaimponować, to nie szło już tak łatwo. Na przykład kiedy dostałem się do technikum, do którego nie chciałem, a nawet chyba nie powinienem chodzić, z uwagi na moje zainteresowania. Ale zdawałem, bo było trudno się dostać i w tym upatrywałem szansy na zyskanie jego podziwu czy choćby zainteresowania. Podświadomie czułem, że nie zrobię wrażenia ogólniakiem, bo to była kompletnie nie jego bajka. I kiedy po trudach, korepetycjach i mecyjach przeróżnych w końcu się dostałem, przyszedłem do domu i postanowiłem go uroczyście poinformować. Wypadło nie aż tak uroczyście, bo siedział wtedy w kuchni i obierał ziemniaki. Ale niezrażony z dumą poinformowałem, że jestem oto uczniem technikum elektronicznego. Spojrzał na mnie znad obierek i powiedział bez żadnych emocji: „To był twój obowiązek”. I tyle. Obierał sobie dalej.

Przeżyłeś po jego śmierci żałobę?

Najpierw czułem ulgę i zaraz potem coś w rodzaju zdziwienia i buntu. Pamiętam, że tego dnia, a to był pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis, szedłem do siostry. To na mnie spadł obowiązek, by powiedzieć jej, że ojciec nie żyje. Mieszkała niedaleko z mężem i małą córką Magdą. Był to wyjątkowo piękny i słoneczny dzień. Miałem pretensje do świata, że się nic a nic nie zmienił. Że w ogóle nie zareagował na tę śmierć. Mój wewnętrzy świat runął jak stary dach, a ten wielki zewnętrzny wygląda nawet lepiej niż wczoraj. Niemniej jednak – nauczony przykładem właśnie zmarłego mistrza – dałem radę odciąć się od swoich emocji. Nie płakałem, nie krzyczałem, nie przeżywałem tego wszystkiego, co bezsprzecznie we mnie wtedy było. Przyszedł na to czas dopiero po kilkunastu latach. Z tego dnia pamiętam właśnie tę pretensję  do świata, to że się nie odniósł, nie uszanował. Tym bardziej, że był to właśnie pierwszy kwietnia, a w moim odczuciu to jest dzień, w którym ludzie emanują specyficzną energią. Nawet jeśli nie robią sobie psikusów, to w powietrzu wisi coś na kształt przymrużenia oka i wyczekiwania jakiejś hecy. A ja czułem się tak poważnie, że bardziej się nie dało. Z jednej strony doświadczyłem ulgi, że to najgorsze się w końcu stało, coś się ostatecznie, że tak powiem, wyjaśniło, że ojciec umarł i już przynajmniej to jest wiadome na sto procent. A jednocześnie czułem, że coś definitywnie się skończyło. Zaczął się wtedy dla mnie rozciągnięty w czasie okres chaosu i mroku. Jakbym nieświadomie chciał dołączyć do ojca. Pchało mnie w stronę śmierci. Ciągnąłem za sobą cały ciężar niewyrażonego żalu, rozpaczy, poczucia winy za śmierć taty i za to jak wyglądała nasza relacja przed samą śmiercią. Wziąłem na siebie całą odpowiedzialność, bo nikt mnie z niej nie zwolnił. W dniu śmierci ojca przypuszczałem, że już nic nie będzie takie samo, ale jako szesnastolatek nie wiedziałem jeszcze, co to właściwie będzie oznaczać: że nie zadam mu bardzo ważnych dla mężczyzny pytań, nie będę wiedział wielu podstawowych rzeczy o relacjach, o kobietach, o tym jak być mężczyzną. Mimo to wtedy czułem ulgę, stałem się w jakiś sposób wolny, cieszyłem się, że w końcu to się jakoś rozstrzygnęło. (…)

A jednak rok później, gdy miałeś szesnaście lat próbowałeś popełnić samobójstwo. Cudem cię odratowano. Dlaczego zdecydowałeś się na tak desperacki krok?

Byłem już u kresu sił. Dobiło mnie osamotnienie, poczucie winy za śmierć ojca, narastająca beznadzieja i nawracające czarne myśli. O świecie myślałem nie najlepiej, ale najgorzej zawsze o sobie samym. Byłem też zmęczony brakiem jakichkolwiek relacji emocjonalnych z kimkolwiek. (…)

Co pamiętasz z tamtego dnia?

Wszystko. Rano wyszedłem z domu, normalnie jak do szkoły. Poszedłem na cmentarz, na grób mojego ojca. To była pierwsza rocznica jego śmierci. Było dość pogodnie. Zauważyłem, że obok grabarze kopią nowy grób. Zrobiło to na mnie wrażenie, ale myślę, że gdybym miał możliwość zobaczyć swoją twarz z tego momentu, to byłaby pustą, martwą maską. Doprowadziłem się do takiego stanu, że wszystko we mnie krzyczało, ale byłem od tego odłączony. Nie byłem w stanie przeżywać już żadnych emocji. Teraz przypomniało mi się, że widziałem tam też kosa. Ten ciekawski ptak skakał sobie po nagrobkach i popatrywał z ukosa. Był dość blisko. Wspominam o nim dlatego, że w jakiś niewytłumaczalny sposób kojarzył mi się z moim ojcem… Nie podejmuję się wyjaśnienia dlaczego. Po prostu tak było i dalej jest. Po wizycie na cmentarzu wróciłem do domu. Wszystko zaplanowałem krok po kroku. Napisałem list do mamy, gdzie wyjaśniłem jej co zrobię i dlaczego. Pamiętam, że napisałem go w zeszycie, który miał okładkę z rysunkiem tandetnego, uśmiechniętego od ucha do ucha hamburgera. Żałuję, że ten list gdzieś przepadł, bo treści niestety nie pamiętam. Nie pamiętam nawet czy był długi, czy krótki. Za to wiem, że po powrocie do domu żołądek miałem ściśnięty ze strachu, ale silniejsza była myśl, że w końcu będę miał z tym całym burdelem święty spokój, że nareszcie się to wszystko skończy. Skupiłem się na wykonaniu zadania. Do dziś widzę tego szesnastolatka, który chodzi po mieszkaniu i kolejno, metodycznie wyłącza bezpieczniki, żeby w razie czego nie obudził go dzwonek do drzwi, zamyka drzwi od środka na wszystkie zamki, przygotowuje łóżko do spania, wyciąga z szafki nad zlewem leki. Do żaroodpornego dzbanka do zaparzania herbaty wrzuciłem wszystkie lekarstwa, które znalazłem w domu. Dzbanek miał czerwoną plastikową rączkę i dekielek. Każdy wtedy miał taki w domu. I jak w każdej tragicznej historii, tu też musiał pojawić się wątek komediowy. Bądź, co bądź był pierwszy kwietnia. W trakcie łykania tabletek, zacząłem się denerwować tak, że powoli przestawałem nad sobą panować. Ze strachu miałem tak suche i zaciśnięte gardło, że leki przestały przez nie przechodzić. Trzeba było działać. Potrzebowałem się jakoś uspokoić i z ulgą znalazłem w szafce krople walerianowe. Były ohydne w smaku. Zazwyczaj podaje się zwykle tylko kilka kropel i to na łyżeczce cukru. Ja po prostu duszkiem opróżniłem buteleczkę. To spowodowało natychmiastową reakcję wymiotną. Walcząc z torsjami przez dobrą chwilę, myślałem o tym, że jak wyrzygam te leki, które już zdołałem połknąć, to tych, które zostały w dzbanku, może nie wystarczyć na skuteczną egzekucję, że to wszystko się nie uda i będę musiał jakoś wytłumaczyć się mamie z tej pustej apteczki. Powaga tej sytuacji nagle stała się więcej niż wątpliwa. Ostatecznie udało mi się zapanować nad wymiotami. Wziąłem pozostałe tabletki, położyłem się do łóżka, zakładając wcześniej piżamę, w której nota bene wyglądałem dość żałośnie. Leżałem, miałem otwarte oczy i w sumie nic takiego się ze mną nie działo. Po jakimś czasie koktajl z leków zaczął działać. Straciłem przytomność. Z tego, co było później, pamiętam już tylko urywki.

Pamiętam, jak obudziłem się w szpitalu. Czułem się wtedy, jakbym wyłonił się z ciemności. Nie widziałem twarzy ludzi, którzy pochylali się nade mną, a jedynie czarne kontury. Coś do mnie mówili. Zdałem sobie sprawę, że jestem przywiązany do łóżka. Ręce miałem przypięte profesjonalnymi, podbitymi od spodu filcem, skórzanymi pasami (jakich używa się na izbie wytrzeźwień albo w psychiatryku). Dzięki temu nie wrzynały mi się w nadgarstki, gdy się ruszałem. Na nogi już widocznie takich zabrakło. Przywiązano je bandażami, a te z każdym ruchem zaciskały się i blokowały krążenie. Chciałem powiedzieć, żeby mi je zdjęli, bo bardzo mnie boli, ale z jakiegoś powodu nie byłem w stanie wydawać z siebie artykułowanych dźwięków. Wydaje mi się, że krzyczałem i próbowałem się gwałtownie wyswobodzić. Ktoś się nade mną nachylił zbyt nisko i uderzyłem go mocno z główki. Nie wiem, kto to był, może lekarz, może ktoś z rodziny. A przecież nigdy wcześniej nie przejawiałem agresywnych zachowań. Nigdy nikogo nie pobiłem, nie zaczepiłem, zbierałem raczej baty albo uciekałem. W tym półświadomym stanie byłem uosobieniem nieposkromionej złości, gniewu i agresji. Później urwał mi się film. Gdy ponownie odzyskałem świadomość, zobaczyłem nad sobą twarze milczących krewnych. W końcu któraś z sióstr mojej mamy powiedziała, że fajnie, że się już lepiej czuję i że wszystko się dobrze skończyło. Po czym pochyliła się i na ucho wycedziła mi: „Coś ty nam zrobił?”. Nie jestem w stanie precyzyjnie określić, co wtedy poczułem. Wiem jedno – w tamtym momencie postanowiłem, że na pewno spróbuję to zrobić jeszcze raz. Poczułem w każdej komórce mojego ciała, że bardzo źle się stało, że się obudziłem, że nie udało mi się umrzeć.


Michał Czernecki (ur. 1978) – aktor, absolwent krakowskiej PWST. Grał m.in. u Krystiana Lupy, Andrzeja Wajdy, Przemysława Wojcieszka, Mai Kleczewskiej i Xawerego Żuławskiego zachwycając rolą Lewego w Wojnie polsko-ruskiej”. Obecnie gra w najpopularniejszych polskich produkcjach – Diagnoza, Leśniczówka,Wojenne dziewczyny, Ucho Prezesa.

Monika Sobień (ur. 1985) – dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Stworzyła portal WeMen.pl, w którym najciekawsi mężczyźni w Polsce opowiadają jej swoje historie.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!