Kultura

Mariusz Bonaszewski

Trzeba się z nieuniknionym pogodzić

„Nie wszystko musi być wykonane, nie wszystkie pieniądze muszą być zarobione, a dziecku czasem można pozwolić na pełen chaos w domu. I to, że siedzi dziś przy Pokemonach cały dzień, to też wcale nie jest źle.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: fotosy z filmu “Ederly”

WEMEN: Widział Pan już „Ederly?”
MARIUSZ BONASZEWSKI: Tak, ale dopiero teraz. Zdjęcia skończyliśmy równo dwa lata temu. Film był już na festiwalach, ale dopiero niedawno widziałem go w całości. Oglądałem z widownią, z którą później rozmawiałem przez dwie i pół godziny. Oni snuli własne teorie na temat tego filmu. Poczułem się w jakimś sensie spełniony.

Podobał się Panu ostateczny efekt?
Mam w sobie taki odruch, że nie lubię na siebie patrzeć, słuchać swojego głosu nie mogę, to jest wszystko takie wkurwiające. (śmiech) Poza tym pierwsze oglądanie jest straszne, bo zawsze jest w nim coś narcystycznego. Oczywiście po jakimś czasie człowiek się z tego wyzwala.

To film w jakimś sensie pociągający, ale też pozostawiający duże pole do „knucia”…
To zobrazowanie snu reżysera. Widz szybko zorientuje się, że jako wydarzenie, to nie dzieje się naprawdę. Ale kiedy czytałem scenariusz pomyślałem, że jest w nim sytuacja, która mnie interesuje prywatnie. I nie chodzi tu o bajdurzenie, że to taka historia o nieprzystosowaniu społecznym, o ucieczce od samego siebie, chęci bycia kimś innym. Chodzi o wspomnienia. To mnie intryguje od jakiegoś czasu.

Bonaszewski 2 male

Lubimy uciekać we wspomnienia, zamiast konfrontować się z tym, co teraz?
Chodzi mi raczej o to, co robią z nami wspomnienia. Co wspominamy? Czy coś, co się naprawdę wydarzyło, czy sami to wymyślamy? Niesamowite jak dzięki wspomnieniom o sobie, jesteśmy w stanie się przepoczwarzyć, wejść w inne historie, niż te, które dzieją się w chwili obecnej. Wspomnienia nas zmieniają. Pomijając już fakt, że często mylimy je ze snami. Ja sam zaczynam coraz bardziej odkrywać, że za rzeczywistość brałem swoje sny. Nie do końca jestem w stanie wszystkie uchwycić, ale to ile razy przyłapałem się na tym, jest porażające.

Zmyślamy swoją przeszłość, żeby wmówić sobie, że jesteśmy lepsi niż naprawdę jesteśmy?
Myślę, że często wspominamy nierzeczywistość, żeby na moment się pocieszyć. Oczywiście klątwa neurotyczna polega na tym, że czasami jest się już w tym tak głęboko, że pocieszenie jest rzeczywistością. To nakłada nam pancerz, zbroję, pomaga ukryć wewnętrzny lęk, jakąś niepewność. Nie żyjemy przecież codziennie „w kompocie miłości”. Te wszystkie deficyty dobrych odczuć, które mamy na co dzień, sprawiają, że się pocieszamy wspominając.

Pan to robi?
Oczywiście. Przez lata nałożyło się na te wspomnienia tyle warstw, że już nie jestem pewien co jest wspomnieniem czegoś prawdziwego, a co sobie wymyśliłem. Odkrywam też to, że sny były moimi wspomnieniami. Czasami to konfrontuję. Pytam matkę o te wydarzenia. Czy rzeczywiście, to co wspominam z dzieciństwa miało miejsce. Ona często nie pamięta tych zdarzeń. Więc może ich nie było? Może naprawdę to mi się przyśniło? Na przykład nie jestem pewien czy widziałem różową skórę topielca, którego mi dziadek pokazał. Nie jestem pewien czy milicjanci, którzy stali obok, mu na to pozwolili i kto w ogóle wyciągnął tego topielca. Bo że był, to wiem na pewno.

Bonaszewski 3male

Dużo Pan myśli o przeszłości?
Chyba wyłącznie o niej myślę. Trafiłem do teatru tylko przez pamięć przeszłości. Poza tym mam mnóstwo takich zdarzeń, do których często wracam. Przestrzegano mnie kiedyś przed tym. Pamiętam jak grałem Hamleta, to towarzyszący mi na scenie aktor Michał Pawlicki, który wtedy miał już jakieś 70 lat, ostrzegł mnie, że będę miał problem z tym wspominaniem. Już w czasie prób oglądał mnie uważnie, chyba drażniłem go trochę, bo zachowywałem się jakbym wszystko wiedział, ustawiałem wszystkich i on powiedział do mnie: „Jak to się wszystko skończy, będziesz nadal grał tego Hamleta, będziesz o tym myślał, ciągle wspomniał, śnił i wracał do tego, jak do czegoś najważniejszego”. Wtedy zareagowałem na to lekko, pomyślałem, że to taka opowieść aktorska. Tylko wie pani, później się zaczęło… Sny, nieustanne powracanie do tego, poprawianie siebie, myślenie o tej roli. W tym wspominaniu widziałem siebie, jakiego mnie nie było. Zacząłem w końcu zdawać sobie sprawę, że wspominam coś, co sam wymyślam, czego bym pragnął, żeby się wydarzyło.

A jakie ma Pan wspomnienia z dzieciństwa?
Nie byłem grzecznym chłopcem. Miałem dość szalone podwórko. Robiliśmy absurdalne rzeczy. Na przykład: w piwnicy stoi naprzeciwko siebie dwóch chłopaków, mają w rękach miedziane grube rurki, na trzy cztery gasimy światło i każdy dmucha dużą kulką plasteliny przez tę rurkę na wysokości twarzy. Oczywiście nikt nie był kretynem i każdy pochylał głowę, ale to było niebezpieczne. Kilka mocnych uderzeń się zdarzyło.

Natura „bad boya”. (śmiech) Może stąd do zamiłowanie reżyserów do obsadzania Pana w rolach czarnych charakterów?
To się zaczęło dopiero od „Gliny” Pasikowskiego. Wcześniej byłem obsadzany w rolach dobrych, pięknych bohaterów. Bo chyba jeszcze wtedy taki byłem. (śmiech) Zaczynałem od grania samych sprawiedliwych. W „Bigda idzie! ” Andrzeja Wajdy byłem jedyną pozytywną postacią. Nadal czasem dostaję role „dobrych”. Ale faktem jest, że moja fizyczność się zmienia, zmienia się zaplecze, czyli to jacy są inni aktorzy w moim pokoleniu.

No i też sporo „czyta” Pan mrocznych bohaterów.
Tak i ma to swoje konsekwencje.

Jakie?
Zacząłem mówić inaczej, inaczej pracować mięśniami twarzy, żeby obniżyć głos. Zwichrowałem sobie przez to stawy w żuchwie. Jeśli codziennie czytasz przez kilka godzin w określony sposób, to kiedy kończysz po pięciuset stronach, inaczej mówisz. Zacząłem wysuwać żuchwę, żeby złapać tę niską tonację. Miałem później kłopot przy pracy nad innymi rolami.

Kobiety piszą na forach, że jest Pan bardzo męski, ale się Pana boją.
To nie są o mnie opowieści. To o postaciach.

Czyta Pan o sobie?
Jak ukazują się recenzje, mam taki jeden dzień, że chyba z powodu jakiejś niepewności siebie, czytam to wszystko. W sensie nie fora, ale recenzje. Nie jestem aktorem medialnym, ale i tak jak chcą, to mi pewnie przypierdalają. Nawet nie wiem gdzie, bo tak głęboko nie sięgam.

Bonaszewski 4 male

Ale widzowie bardzo zapamiętują Pańskie role.
Pamiętam taką sytuację. Przyjeżdżamy z żoną nocą na stację benzynową. Parkuję, obok stoi luksusowe czarne BMW, z ciemnymi szybami. Ja wysiadam ze swojej Skody, idę na stację, moja żona zostaje w samochodzie. Wracam i widzę, że o to BMW oparty jest facet, trzy razy szerszy ode mnie w barach i patrzy się na mnie jak bokser przed walką. I ja już wiem, że to chodzi o mnie, że to nie przypadek. Ale idę do swojego samochodu, otwieram drzwi i wtedy on szybko podchodzi, łapie mnie za ramię i mówi: „E, za „Krew z krwi”… Dzięki.” I poszedł. (śmiech) A z nienormalnych sytuacji, to pamiętam jak kiedyś zaprosili mnie lekarze na jakieś spotkanie medyczne tylko dlatego, że grałem lekarza w „Glinie”.

I odmówił Pan?
Nie poszedłem. Ale nie wiem czy z tego powodu, że to było kuriozalne. Może dlatego, że nie chcieli mi zapłacić. (śmiech)

Czuje Pan popularność na sobie?
Czasami tak. Wystarczy pojawić się w trzech odcinkach „M jak miłość”. Ja sobie nie zdawałem z tego sprawy. Myślałem, że tak się przemknę, ale to jest niemożliwe. W Ustce, gdzie mamy z żoną mieszkanie, zawsze spokojnie sobie wychodziłem na plażę. Ale to się zmieniło po „M jak miłość” właśnie. Poczułem, że to idzie za daleko, kiedy doszło do tego, że kobiety prosiły mnie, żebym im się podpisywał na plecach flamastrem. Kiedyś też jedna pani prosiła mnie o wspólne zdjęcie. Powiedziałem, że ok, ale miałem na ręku małe dziecko. I ona na to: „czy mógłby pan odłożyć to dziecko, bo nie chcę zdjęcia z dzieckiem”. Patrzę na nią, niby gdzie mam odłożyć to dziecko, na piasek je rzucić? Naprawdę chciałem zapytać „czy pani jest pierdolnięta?”.

Ale popularność bywa czasem miła.
Oczywiście. Też tego doświadczam. Ostatnio często jestem zapraszany na spotkania z widownią. Mocno się w tym eksploatuję, bo to czasem trwa po trzy godziny. Wyciągnąć mnie z tego nie można. I widzę, że ta tak zwana prowincja nie zna mnie tylko z seriali. Ale do teatru do Warszawy nie mogą przyjechać, bo ich zwyczajnie na to nie stać. Objechałem całą Polskę dwukrotnie w ramach cyklu Teatr Polska i najniezwyklejsze jest to, że gramy Dostojewskiego dla 500 osób i później jest spotkanie z nami i zostaje 400. I oni nie rozmawiają z nami o tym w jakim serialu gramy, ani nie strzelają sobie z nami selfika, tylko pytają nas o spektakl albo o aktorstwo teatralne.

Pytają dlaczego został Pan aktorem?
Czasem tak.

To dlaczego?
Zdawałem do szkoły, żeby pokazać tym, którzy śmiali się ze mnie za plecami, że mogą mi skoczyć. Nikt nie wierzył w to, że będę aktorem, bo byłem chuderlawy, a do tego miałem wadę wymowy. Ale wykonałem ogromną pracę z logopedą i to była taka robota, że nawet moja matka nie mogła w to uwierzyć.

Na koniec pytanie ogólne: jak się ma Pan teraz w życiu?
Szczerze mówiąc mam teraz trudny moment przejścia. Facet po pięćdziesiątce. Taka smuga cienia. Wiedziałem, że to się zacznie, ale jako człowiekowi bardzo aktywnemu fizycznie trudno jest przez to przejść. Zaczęło się w czasie spektaklu w Niemczech, pękła mi łękotka. Lekarz mi powiedział, że nie mogę już biegać. Później skakałem z dwumetrowego podestu podczas spektaklu i złapał mnie potworny ból. Lekarz powiedział mi, że chyba oszalałem, że jeśli będę dalej tak robił, to w końcu nie wstanę. Z pewnymi rzeczami trudno się pogodzić. Człowiek cały czas widzi się inaczej, jako młody. Parafrazując słowa Zofii Czerwińskiej: „patrzę w lustro i pytam do kogo pan przyszedł?” (śmiech) Teraz jestem w momencie przepoczwarzania się w człowieka jeszcze nie starego, ale bardzo dojrzałego. Oczywiście można pewne maski nakładać, ale trzeba się z nieuniknionym pogodzić. I nic na siłę. Nie wszystko musi być wykonane, nie wszystkie pieniądze muszą być zarobione, a dziecku czasem można pozwolić na pełen chaos w domu. I to, że siedzi dziś przy „Pokemonach” cały dzień, to też wcale nie jest źle. Często wydaje się nam, że życie jest gdzie indziej, ale ono przecież jest tu.

 

Mariusz Bonaszewski (ur. 1964) – wielokrotnie nagradzany aktor teatralny, filmowy, telewizyjny, radiowy i dubbingowy. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Związany był m.in. z Teatrem Dramatycznym w Warszawie i Teatrem Polskim we Wrocławiu. Od 1997 roku jest aktorem Teatru Narodowego w Warszawie. Zagrał w ponad 50 filmach i serialach i w ponad 100 spektaklach teatralnych. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi i Brązowym Medalem “Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Żonaty z aktorką Dorotą Landowską. Mają dwójkę dzieci.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!