Kultura

Marcin Bosak

Jestem na dobrej drodze

Niektóre z tekstów, które padły w tym wywiadzie, noszę zapisane przy sobie.
I czytam je za każdym razem, gdy życie robi się nieznośne. Wy też będziecie.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Mateusz Nasternak

WEMEN: Na co Pan czeka w życiu?
MARCIN BOSAK: Nie czekam na nic. Mnie jest bardzo dobrze tak, jak jest.

Aż tak dobra forma?
Coraz lepsza.

To znaczy, że nie było tak dobrze…
No nie było. Ale to są przestrzenie, które nie bardzo chcę poruszać w wywiadach. Ale rzeczywiście jest coraz lepiej. Jestem coraz bardziej zdyscyplinowany do tego, by o siebie dbać. Tego też wymaga mój zawód.

I co Pan robi?
Chodzę na basen, jeżdżę na rowerze. I staram się jakoś porządkować swoje myśli. Spisuję je.

W czym to pomaga?
W myśleniu długimi falami. Bo jest mnóstwo rzeczy, które nas rozpraszają. Takie spisywanie porządkuje chaos w głowie.

Pod koniec dnia siada Pan i spisuje swoje myśli?
Tak. Lub na początku.

Pokaże mi Pan jakąś jedną stronę?
Nie. (śmiech)

To niech mi Pan da jakiś przykład.
Można spisywać rzeczy, które mamy do zrobienia, ale też swobodne myśli niezwiązane z niczym. Właśnie one prowokują do przeprowadzenia procesu porządkowania w sobie potrzeb czy lęków.

A czego Pan się boi?
Jestem rodzicem, chcę dla swoich dzieci jak najlepiej, więc podstawowy lęk wynika z troski o nie. Boję, że ich życie nie będzie lepsze niż moje.

Cały czas to Panu towarzyszy?
Bez przesady. Ale odczuwam to. Ratunkiem przed tym jest praca, by być tu i teraz. Niby to proste, jak się o tym mówi, ale trudne do zrealizowania. Bo my ciągle jesteśmy gdzieś indziej. Albo coś planujemy, co nam nie wychodzi, albo rozpamiętujemy przeszłość. I to też budzi frustrację. Dlatego to wspomniane porządkowanie myśli prowokuje nas, by być tu i teraz. Przeszłość już była, nic jej nie zmieni. Na przyszłość nie mamy wpływu. Realnie możemy coś zrobić tylko z tym, co jest obecnie.

Marcin Bosak, zdj. Mateusz Nasternak

Bez przesady. W jakimś stopniu mamy wpływ na przyszłość.
Jaki? Dam pani przykład: umówiła się pani ze mną na godzinę 10:00. I się pani spóźniła…

Tylko pięć minut. (śmiech)
Nieważne. Jaki miała pani na to wpływ?

Był korek.
Nie miała pani na niego wpływu.

Miałam wpływ na to, żeby wyjść wcześniej z domu.
I tak mogła się pani spóźnić z innego powodu. Podobnie z pracą.

Mam wpływ na swoją pracę.
Jaki?

Mogę ją zmienić.
…albo praca może zmienić panią. Moim zdaniem jedyne, na co ma pani wpływ w kontekście pracy to to, żeby ją rzetelnie wykonywać.

I Pan czuje taką sprawczość w swoim życiu albo totalny jej brak?
Bardzo często okazuje się, że nasze plany zupełnie nie wychodzą, albo nie wychodzą w tym momencie, w którym to sobie zaplanowaliśmy. Więc chodzi o to, by być w czasie teraźniejszym i tylko nim się zajmować, bo na to mamy wpływ. Na tę chwilę, która jest teraz.

Chodzi Pan na warsztaty z mindfulness?
Nie. Uważam, że wszelkie poradniki zabijają intuicję.

Intuicja jest ważna?
Najważniejsza. Wszystkie decyzje podejmuję intuicyjnie.

I nigdy się Pan nie „przejechał” na tym?
Nigdy. Ja mam dużo szczęścia w życiu.

Ale intuicja to jest cienka nitka…
My to nazywamy intuicją, ale to jest kwestia energii. Plus do tego dochodzi jeszcze wiara, że coś się uda. Albo wiara, że coś jest słuszne.

Jest Pan katolikiem?
Nie wiem. Ale wiara w jakimś sensie mnie określa. Skoro w każdej kulturze ludzie odwołują się do jakiejś wyższej wartości, która wpływa na to jakimi są, to znaczy, że jest w nas potrzeba wiary. Ja wierzę w energię. Nie ma pani tak, że jak w coś pani tak naprawdę silnie wierzy, to to się udaje?

 

Marcin Bosak, zdj. Mateusz Nasternak

Czasami…
To jest jak z rzucaniem piłką do kosza. Ma pani piłkę, patrzy na ten kosz, mówi: trafię. I trafia pani. Pod warunkiem, że się pani nie zawaha. Nie zwątpi, nie powie sobie w myśli „nie wiem czy trafię”. Mam takiego przyjaciela, który jest biznesmenem dużego kalibru i kiedyś go zapytałem, jak to jest, że osiąga takie sukcesy. Powiedział, że trzeba bardzo precyzyjnie określać cele. I on te cele określa z detalami. Opisuje to w czasie, jak to będzie wyglądało, jakie będzie miało kolory. Im bardziej nasze wyobrażenie celu będzie precyzyjne, tym większa jest szansa na powodzenie.

Z kim Pan jest w najsilniejszym związku?
Z Moniką i z dziećmi.

Potrzebuje Pan dużo ludzi do życia?
Chyba pani wie, że nie. To można łatwo sprawdzić.

Nieprawda. Ludzie się kreują. Dużo Pan czerpie energii z obecności ludzi?
Trudno mi to ocenić. Nie wiem, czy dzięki publiczności funduję sobie jakąś terapię. Staram się uczciwie wykonywać swój zawód i tyle.

Przyjaźni się Pan z aktorami?
Tak, jasne.

A z kim?
Zawsze wychodzi głupio, że kogoś nie wymienię i jest problem. (śmiech)

Wielu znanych mi aktorów mówi, że trudno się przyjaźnić z ludźmi z showbiznesu.
To zawsze jest kwestia energii. Czasem spotykamy kogoś, z kim po kilku godzinach rozmawiamy jak ze starym przyjacielem. I tego się nie da wyjaśnić. Na tej zasadzie też intuicyjnie dobieramy sobie bliskie osoby. Sposób w jaki oddziałujemy na siebie energetycznie sprawia, że z kimś jest nam po drodze a z kimś nie. To się odbywa bez naszego udziału. I bez znaczenia jest to, czym się kto zajmuje. Czy jest aktorem, czy nauczycielem.

Ale w przestrzeni teatru czy pracy na planie granica bliskości się łatwo przesuwa…
To prawda, bo spędzamy ze sobą czas o różnych porach dnia, mamy próby w nocy, nieustannie się nawzajem inspirujemy. Nie jest tak, że zamykamy laptopa o 17:00 i się rozstajemy. W takich okolicznościach faktycznie jest więc może większa szansa na przyjaźń, ale też na coś przeciwnego.

Ma Pan szczęście do ludzi?
Totalne. I teraz mam taką ambicję, że będę tych fajnych ludzi poznawać ze sobą. Bo z tego zawsze wychodzi coś dobrego.

Awanturuje się pan czasem?
Rzadko, ale wtedy to już tak do spodu. Staram się pracować nad sobą. Mam temperament z miejsca, gdzie się wychowałem. Czyli z Bałut, z Łodzi. Mam więc skłonności do wybuchania, do dużych amplitud. Ale najpierw trzeba zdać sobie sprawę, z czego to wynika, a później próbować jakoś ze sobą pracować, żeby się rozwijać.

Co by Pan powiedział sobie młodszemu?
Dawno temu, jako bardzo młody człowiek, w dniu swoich urodzin zapisywałem w kalendarzu pytania: „Gdzie teraz jesteś?, „Czy jesteś szczęśliwy?”. I to mi bardzo porządkowało głowę. Piszę takie rzeczy od kiedy skończyłem 16 lat. Później, po latach, gdy sobie to odczytywałem, bardzo często w odpowiedzi padało to samo zdanie: „Jesteś na dobrej drodze”. Moje szczęście, jeśli stać mnie w ogóle na tę analizę, polega więc chyba na tym, że dość szybko dostałem w prezencie rodzaj pewności, że idę drogą, która sprawi, że będę szczęśliwy. Może to brzmi niewiarygodnie, albo jakoś pretensjonalnie, ale gdybym dziś miał coś powiedzieć sobie młodszemu, powiedziałbym to samo – „jesteś na dobrej drodze”.

Marcin Bosak, zdj. Mateusz Nasternak

To też jest pytanie o to, czego się żałuje. To szansa, żeby się przed czymś ostrzec.
Ale po co się ostrzegać? Gdyby się pani ostrzegła te dziesięć lat temu przed czymś, przed jakąś decyzją, dziś byłaby pani kimś zupełnie innym. I to wcale mogłoby nie być dobre. Po co się ostrzegać przed trudnymi doświadczeniami? Żeby nie nastąpiły? Nie uważa pani, że ból też nas buduje, że po coś jest?

Łatwo to sobie powiedzieć, jak już nie boli.
Żałuję, że nie możemy sobie tak otwarcie porozmawiać o pewnych rzeczach. Bez dyktafonu. Ale z całą pewnością mogę pani powiedzieć, że ból jest niezbędny.

A jak Pan odreagowuje, na przykład stres? Gra pan na konsoli?
Nie mam konsoli. Gram na gitarze. Unikam rzeczy, które nas rozpraszają. Dlatego też robię sobie czasem przerwę od Facebooka, na przykład na dwa tygodnie.

To nie boli?
W ogóle. Zwłaszcza jak się wyjedzie z miasta. Za każdym razem gdy kusi mnie, żeby wejść na tego Fejsa, zadaję sobie pytanie: „co tam się ważnego wydarzyło, żeby tam zaglądać?” Przecież tam nic nie ma. Poza tym co to jest to „tam”? Tak samo jak ktoś mi mówi, że mam coś „w chmurze”. Kurwa, w jakiej chmurze, gdzie? O co tu chodzi? (śmiech) Nie wierzę w takie rzeczy. Ktoś nas robi w balona.

Ja się daję w niego robić.
No każdy się daje. Bo my ciągle chcemy być gdzie indziej. Ta ciągła potrzeba alternatywnego życia. Co by było, gdybym był tam, a nie tu? Nigdy się tego nie dowiesz, człowieku. A to sprawia, że nigdy nie przeżyjesz dobrze tego, co faktycznie ci się przytrafia.

Czuje się Pan popularny?
Na całe szczęście to się teraz zmieniło. Bo kiedyś rzeczywiście ta popularność wiązała się mocno z utożsamianiem mnie z jedną konkretnym serialem. Mówię o „M jak miłość”. To było momentami uciążliwe, bo ludzie traktowali mnie, jak nie mnie. Ale z drugiej strony, gdy sobie uświadomisz, że są to ludzie, którzy nie mają wpływu na twoje życie, to czym się w sumie denerwować? To była moja kolejna zdobycz, kolejny etap. Teraz to utożsamianie nie jest już tak wyraźne. Po pierwsze, żyję w dużym mieście, gdzie mieszka wiele osób, które są rozpoznawalne, po drugie, pojawia się też dużo, nazwijmy to, nowych gwiazd, które przyciągają mocniej uwagę ludzi. I ja sobie to cenię. Bo bardzo lubię, że jestem Marcinem, który sobie tu siedzi z panią i swobodnie rozmawia. Mnie zależy na tym, żeby być aktorem i uprawiać ten zawód, a nie żeby być gwiazdą.

Marcin Bosak, zdj. Mateusz Nasternak

Irytują Pana zaczepki na ulicy, prośby o autograf?
Kiedyś mnie irytowały, ale to tylko dlatego, że często ktoś podchodził, ale tak naprawdę nie wiedział kim jestem. To znaczy podchodził do Kamila z „M jak miłość”, a nie do mnie. To się do tej pory zdarza. Ale jeżeli ktoś ma filtr na rzeczywistość w postaci telewizora i wydaje mu się, że ta rzeczywistość tak wygląda, no to ok, ja ani nie mam specjalnego wpływu, ani ambicji, żeby to zmieniać. Wtedy trzeba się zatrzymać, cyknąć sobie to zdjęcie i życzyć człowiekowi dobrego dnia.

Był Pan kiedyś bezrobotny?
Oczywiście. Było tak, że przez dziewięć miesięcy nic nie robiłem. Nie było łatwo. Pamiętam ten ból egzystencjalny, który odczuwałem rano, zaraz po przebudzeniu. Ale właśnie wtedy pisałem sobie na kartce wszystkie swoje myśli. Tym sposobem racjonalizowałem przykre stany. Mam w sobie wielką wiarę w to, że wszystko jest po coś i że nie ma przypadków. Wszystkie, nawet złe doświadczenia nas budują i trzeba z nich wyciągać wnioski.

Pieniądze kiedykolwiek Pana zepsuły?
Władza i pieniądze kreują iluzję, że dzięki nim będziemy szczęśliwi. Ale jest to właśnie iluzja. Warunkiem szczęścia jest coś, co jest w nas, a nie coś zdobyte z zewnątrz. Faktycznie można powiedzieć, że miałem kiedyś dość duży skok finansowy. Wie pani, ja nie jestem z bogatego domu. Jestem z robotniczej rodziny z Łodzi i był taki moment, kiedy zacząłem pracować w serialu, że tych pieniędzy zacząłem zarabiać sporo. Robiłem wtedy jakieś głupie popisy, w stylu: kupowałem niebotycznie drogie wino, kompletnie się na tym nie znając. Dziś jak o tym myślę, dochodzę do wniosku, że może to było słabe. Ale z drugiej strony, to też rodzaj prawa do odreagowania, które można sobie czasem dać.

Nie chciałby Pan fortuny? Nie stoi w kolejce do kolektury, gdy jest kumulacja?
Wszyscy chcą wygrać w totolotka. Ale ludzie kompletnie nie zdają sobie sprawy z zagrożeń, jakie wynikają z takiej nagłej wygranej. Bo to zupełnie inna sytuacja, niż gdybyś stopniowo miał dorobić się takich pieniędzy. Nagle dostajesz kilkadziesiąt milionów. I co z tym? Tak sobie myślę, że to jest nie do ogarnięcia. Chyba trzeba by było od razu z połowę oddać na jakiś sensowny cel…

No to może jednak powinien Pan zagrać? (śmiech)
Może. Czasami ulegam tej fali. Nawet ostatnio wysłałem dwa zakłady. Bo pojawia się pokusa sprawdzenia. Ale z drugiej strony, co mi jest więcej potrzeba? Mam gdzie mieszkać, mamy samochód, którym możemy pojechać na wakacje…

Ale moglibyście mieć lepszy…
Tylko po co? Czy tym samochodem nie dojedzie się nad morze? Dojedzie. Czy ja będę szczęśliwszy z tą kasą? Życie ma sens dopóki czujemy się komuś potrzebni, możemy coś dla kogoś zrobić, do czegoś dążyć. A jeśli wszystko byłoby nam dane, to w sumie po co żyć?


Marcin Bosak (ur. 1979) – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Zawodowo związany
z Teatrem Studio w Warszawie. Zagrał w kilkudziesięciu filmach i serialach, m.in. u Agnieszki Holland. Masową popularność przyniosła mu rola Kamila w serialu “M jak miłość”. Jego monodram “Rachatłukum” na podstawie powieści Jana Wolkersa, grany w Teatrze Studio, od trzech lat cieszy się ogromną popularnością. Prywatnie związany jest z aktorką Moniką Pikułą, mają dwóch synów. 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!