Kultura

Maciej Buchwald i Błażej Staryszak z grupy Klancyk

Bez improwizacji można zwariować

Tworzą spektakle bez scenariusza. Ale improwizują tak, że oglądają ich tłumy i chętnie grają z nimi Gajos, Peszek czy Twardoch. Dlaczego teatr improwizowany to teraz taki hit i czy tych ośmiu facetów po 12 latach wygłupów to prywatnie tacy śmieszkowie?

Rozmawia: Magdalena Kuydowicz
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Dlaczego stworzyliście tę szaloną grupę?

Maciej Buchwald: Najkrócej rzecz ujmując, Klancyk powstał po to, żeby trochę zmieniać świat. Jesteśmy grupą znajomych, która z wygłupów i chęci zabawy przeistoczyła się w formację teatralną. Mam taką osobowość, że lubię jak się dużo dzieje wokół mnie. Teatr improwizacyjny mi to zapewnia.

O co chodzi w tej całej improwizacji?

MB: Improwizacja polega na akceptacji osoby, z którą grasz. Bo to jej reakcja nakręca scenę. W spektaklach improwizacyjnych nie ma sztywnego scenariusza. Wszystko może się wydarzyć, ale obowiązuje niepisana umowa: wszystko jest dozwolone, nie ma granic, ale trzeba się wzajemnie akceptować i iść za pomysłem partnera. Nawet jeśli w kontrze, to zawsze z nim, nie przeciwko niemu. Dlatego czujemy się ze sobą bezpiecznie. Choć bywa, że się nakręcamy i gotujemy na scenie.


Na zdjęciu: Maciej Buchwald

Chodzi wam też o wolność wypowiedzi?

Błażej Staryszak: Oczywiście. Nie mówimy o polityce, jesteśmy ponad podziałami. Uważamy, że każdy, niezależnie od tego na kogo głosował, tak samo kłóci się, tęskni, jest zły, ma problemy w pracy…

I ludzie się z tego śmieją, bo jak mawiał klasyk, z samych siebie się śmieją?

BS: Byłaś na naszych spektaklach, to pewnie słyszałaś, że śmieją się z życiowych sytuacji właśnie.

Słyszałam, byłam nie raz. Część waszej publiczności jest stała. Z niektórymi już się rozpoznajemy. Da się z tej improwizacji żyć?

MB: Da się. Część z nas utrzymuje się tylko z teatru. Ja zajmuję się też filmem – jestem właśnie przed debiutem fabularnym, a Błażej spełnił swoje dziecięce marzenie i pracuje dla Disneya. Improwizujemy zresztą w różnych formacjach poza Klancykiem. Mamy Szkołę Impro i swoich uczniów, jest Klub Komediowy, Resort Komedii…

Prawdziwy biznes rozkręciliście.

BS: Aż dziw bierze, że udało się to właśnie nam, bo jesteśmy bardzo niesubordynowani. Gdyby nie nasz menadżer i jednocześnie improwizator Krzysiek Wiśniewski, który jest i czuje się za nas odpowiedzialny (odbiera telefony, wysyła maile, na które zwykle nie odpowiadamy), to nie wiem co by było.


Na zdjęciu: Błażej Staryszak

Ale jednak Błażej, ty jako jedyny z grupy postanowiłeś iść do tak zwanej normalnej pracy, ze stałą pensją i godzinami urzędowania…

BS: Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy mieli jakieś „normalne” prace i stopniowo rzucali je, żeby zająć się czymś wokół impro. A ja wciąż pracuję w polskim oddziale Disneya. Zajmuję się Myszką Miki, Kaczorem Donaldem, Księżniczkami i Krainą lodu. To tak w skrócie. Mam fajną atmosferę w pracy, bardzo ją lubię.

Z samej improwizacji byś nie wyżył?

BS: Pewnie bym wyżył, ale mam taki charakter, że ciągle się zamartwiam. Nie jestem typem ryzykanta. A poza tym mam pięcioletnią córkę i jako rodzic chcę być odpowiedzialny. Lubię mieć regularnie przelewaną pensję na konto. Stała praca daje mi poczucie bezpieczeństwa.

A czym się martwisz?

BS: Tym co wszyscy. Terminami, rodziną, chorobą bliskich. Trochę też sobie wymyślam problemy, szczerze mówiąc. A filmy Disneya to jest temat, który mnie kręci, jak to się mówi, od dziecka.

Poza improwizacją i Disneyem robisz jeszcze kilka innych rzeczy…

BS: Tak. Prowadzimy z Krzyśkiem bloga o ojcostwie, jestem w zarządzie wspólnoty mieszkaniowej, pisuję spektakle dla Klubu Komediowego. A do tego staram się regularnie ćwiczyć, mieć czas dla rodziny i przyjaciół. Więc czasu ciągle brak…

A Ty Maciek jesteś reżyserem, komikiem i…

MB: Jestem reżyserem i komikiem, ale w tym drugim pojęciu zawiera się improwizacja w wielu odsłonach, a także stand-up, który również uprawiam, oraz scenariopisarstwo i różnego rodzaju performance. Okazjonalnie zdarza mi się funkcjonować jako aktor. I co ciekawe grałem kiedyś nawet w tradycyjnym teatrze. Dokładnie w warszawskim Teatrze Powszechnym w spektaklu „Nieznośnie długie objęcia” w reżyserii Iwana Wyrypajewa.

I jak się tam czułeś na scenie?

MB: Dziwnie. Była to wspaniała przygoda i duże wyróżnienie, jednak brak możliwości improwizacji ogranicza mnie. Kiedy graliśmy spektakl piąty dzień pod rząd, męczyło mnie to, że wiem od początku do końca co się wydarzy na scenie. Korciło mnie, żeby zmienić swoją kwestię. Ale było to oczywiście niemożliwe. Położyłbym wtedy cały, precyzyjnie rozpisany spektakl.

Wracając do waszej grupy, lubicie się jeszcze po tylu latach razem?

MB: A wiesz, że tak! Co więcej, uważamy, że nasz skład jest idealny, kompletny. Jak mawia Błażej, od pięciu lat żyjemy w nieustającym twórczym kryzysie i wypaleniu, ale dajemy radę.

Może męski skład jest tego przyczyną. Znam takie kobiece grupy artystyczne, które rozpadały się na przykład z powodu konfliktu o… bluzki. Czyli o pomysł na sceniczne stroje.

BS: To nam raczej nie grozi. Strojami sobie głowy nie zawracamy. A przed wypaleniem ratuje nas każdy kolejny spektakl. Poza tym trenujemy dwa razy w tygodniu, choć uczciwie musimy przyznać, że nie w pełnym składzie. Mamy rodziny, mnóstwo innych projektów artystycznych.

Mogę trochę pomarudzić?

MB: Śmiało!

Postaci kobiet, które gracie są bardzo do siebie podobne. Mało je niuansujecie. Lecicie stereotypami: a to marudna żona zazdrosna o kota, a to sklerotyczna babcia i obieranie ziemniaków godzinami, albo słodka idiotka na ulicy…

BS: No cóż, mało jest w nas kobiecości zapewne. Choć na naszą obronę powiem, że gramy równie dużo facetów głupoli, gburów, despotów albo niedorajdów. Ale z tymi kobietami to faktycznie możesz mieć rację…

Może więc jakaś kobieta w zespole by coś zmieniła?

MB: Tak myślisz? Rzeczywiście, odkąd z zespołu odeszła Magda Staroszczyk, dołączali do nas tylko faceci. Ale to nie był wybór podyktowany płcią, tylko okolicznościami, intuicją, przeczuciem, że z tymi konkretnymi osobami jesteśmy w stanie się porozumieć. Nowa fala improwizacji w Polsce na pewno należy do dziewczyn. W Szkole Impro są one w zdecydowanej większości. Są świetne grupy złożone z samych dziewczyn, jak na przykład nasze koleżanki z Hurtu Luster. My teraz czujemy się kompletni jako zespół, ale niczego nie wykluczamy.

Czasem zapraszacie też gości. I to jakich! Janusz Gajos, Szczepan Twardoch, ostatnio demiurgiczny Jan Peszek, który improwizację ma w małym palcu… Kto wpadł na taki odważny pomysł, żeby się z nim zmierzyć na scenie?

MB: Ale przecież w tym spotkaniu nie było w ogóle rywalizacji. Jan Peszek był bardzo otwarty, życzliwy, uważny. Po spektaklu powiedział, że dostał od nas sporo dobrej energii.

Co się bardziej sprawdza, spektakle z ciekawym tematem w tle, czy te ze znaną osobą?

BS: Spektakle z gośćmi to zawsze rodzaj święta, urozmaicenie, ale nawet najfajniejszy gość nie daje nam gwarancji, że my zagramy udany spektakl na bazie jego inspiracji. A bywa i tak, że publiczność bawi się świetnie, a my czujemy, że zupełnie położyliśmy przedstawienie, bo nie o takie impro nam chodzi.

Zdarzają się za długie solówki na scenie?

MB: Bardzo z tym walczymy, ale każdy z nas ma wybujałe ego i tendencję do popisywania się. Wiemy, że to wbrew podstawowym zasadom impro. Ale nieudane spektakle to czasem po prostu gorsza energia. Coś się nie klei, nie słuchamy się, nie ratujemy nawzajem.

A po co wam w ogóle ta improwizacja w życiu?

BS: W jakimś sensie to rodzaj ucieczki, odreagowania i wyładowania emocji. To dla nas bardzo ważne. Improwizacja na scenie daje mi też możliwość śmiania się pełną gębą. To jest bardzo oczyszczające i relaksujące. Ja wciąż dodaję sobie zajęć i wzrasta u mnie liczba napięć w związku z tym. Na scenie się resetuję.

MB: Z kolei ja, gdy nie gram, od razu popadam w czarnowidztwo. Zaczyna się myślenie: po co mam wstawać, dokąd ten świat zmierza, i tak wszyscy umrzemy…

Te twoje lęki to taka cecha nadwrażliwca?

MB: Mam skłonności do ciągłego analizowania tego, co wokół mnie. Moja głowa jest w wiecznym napięciu i bardzo jest mi trudno skupić się na tym co „tu i teraz”. Dlatego czuję, że improwizacja jest mi niezbędna do zachowania psychicznej równowagi. Ona wymaga skupienia i obecności w teraźniejszości. A egzystencjalny niepokój czułem od dziecka i to chyba już nie minie.

Masz na swoim koncie sporo nagród, napisanych scenariuszy  i wyreżyserowanych na ich podstawie filmów. Grasz w kilku formacjach artystycznych… Tak szybko się nudzisz i wciąż musisz próbować nowych rzeczy?

MB: Czasami myślę, że ta nad produktywność twórcza jest niezdrowa i wtedy okazuje się, że… właśnie zaangażowałem się w kolejny projekt. Zawsze chciałem coś tworzyć, szukałem różnych form ekspresji. Wydaje mi się, że już je znalazłem, bo właśnie film i improwizacja są moimi językami. Ale nie zamykam się na nic. Dzięki temu mam tak ciekawe doświadczenia jak rola w teatrze, czy zarapowanie zwrotki na płycie zespołu Jerz Igor. Natomiast na co dzień, jeśli tylko mogę, to marzę o tym, żeby posiedzieć chwilę w miejscu. Mam deficyt wolnego czasu, więc staram się go w pełni wykorzystać. To może paradoksalne, ale przy całej tej rozbudowanej działalności, jestem z natury leniwy. 

Obserwujecie trochę stand-uperów? Oni mają swojego trenera, coacha od spraw życiowych. To często ludzie z nizin społecznych, takie naturalne perły. Czy u was jest podobnie? Słyszałam o szkoleniu, które przeszliście  w USA…

BS: Nie mamy coacha. Często myli się nasze występy ze stand-upem. Dobrze, że widzisz tę różnicę. My trenujemy dwa razy w tygodniu, a z improwizacją jest tak, że trzeba chyba po prostu dużo grać, by potem zachować rytm. Stand-up sięga do polityki, seksu, żywi się łamaniem tabu, kontrowersją, bywa przaśny. My jesteśmy albo staramy się być bliżej codziennego życia, obyczajowości.

A co robią panowie Klancyk gdy jest im smutno?

MB: Czekają aż przejdzie.

To jest pomysł na życie, czy w perspektywie myślicie o czymś większym, typu opera, film? Bo granice waszej wyobraźni chyba nie istnieją.

MB: Bardzo byśmy chcieli zrobić razem coś dużego, może nawet nie improwizowanego. Tak jak wcześniej mówiliśmy, uważamy, że nasz skład jest wyjątkowy, ale jakoś nie możemy się przekonać do dużego projektu. Może nie mamy odpowiedniej motywacji, może jesteśmy zbyt leniwi, a może boimy się, że byśmy się rozczarowali. Trudno powiedzieć, ale marzenie pozostaje.

BS: Ja mam inną wizję. Chciałbym zachować status quo. Trochę nie wierzę w to, żebyśmy mogli wygenerować z siebie coś większego, poważniejszego. Nagraliśmy ostatnio filmik o tym, co byśmy chcieli robić za 10 lat i na szczęście wszyscy koledzy oprócz mnie wyrazili wiarę w to, że za te 10 lat Klancyk wciąż będzie. Teraz, jako facet po 30-tce, mam fajną pracę, rodzinę i improwizację, która daje mi dużo frajdy. Na razie to wystarcza.

Czyli mimo, że się ciągle zamartwiasz, jesteś szczęśliwym facetem?

BS: A wiesz, że tak. Rzeczywiście… Może w tej walce z samym sobą jest dla mnie metoda.

Moje ulubione pytanie na koniec. Czy to jest męskie waszym zdaniem – takie wygłupy na scenie?

BS: Na pewno sami sobie go nie zadajemy. Jak na osoby, które obawiają się tylu rzeczy, to jakoś ten temat jest daleko na liście priorytetów. To chyba nie są czasy, w których etykiety męskie/kobiece mają jakiekolwiek znaczenie.

MB: Powiedziałaś wcześniej, że gramy płaskie i powtarzalne role kobiece – to według mnie dużo większy problem niż zachowanie naszej męskości na scenie.

 


Klancyk  – grupa teatralna zajmująca się twórczą improwizacją (gra spektakle komediowe, które powstają na żywo i każdy jest niepowtarzalny). To jedna z najstarszych i najpopularniejszych tego typu grup w Polsce. Tworzą ją: Maciej Buchwald, Błażej Staryszak, Krzysztof Dziubak, Bartosz Młynarski, Paweł Najgebauer, Piotr Sikora, Michał Sufin i Krzysztof Wiśniewski. Grupa istnieje od 12 lat. A wszystko zaczęło się od przypadkowo przeczytanego artykułu o improwizacji, który panowie dostali w swoje ręce studiując Wiedzę o Teatrze w Akademii Teatralnej. Dziś najczęściej można ich oglądać w Klubie Komediowym na Placu Zbawiciela w Warszawie.

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!