Kultura

Leski

Mierzę się z życiem, z którego już opadł lukier

Napisałem o tym co dzieje się między ludźmi, kiedy kończy się etap chemii, a zaczyna inny, bardziej wymagający, często weryfikujący prawdziwość uczucia. To trochę tak jak z kasą i znajomymi. Jak się ma dużo pieniędzy, ludzi wokół jest mnóstwo. Gorzej kiedy forsa się kończy…

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Powiodło ci się w życiu?

LESKI: Od razu sierp? (śmiech) Myślę, że mam się z czego cieszyć. Obiecałem sobie, że do 33. roku życia muzyka będzie moim zawodem, że opuszczę ciepły etat i zacznę nowy rozdział. Udało się. Oczywiście nie bez ryzyka, bo miałem już wtedy rodzinę, córeczkę, kredyt. Na szczęście dostałem ogromne wsparcie od żony. Epkę „Zaczyn” wydałem własnym sumptem, jeszcze pracując w biurze, ale kiedy zabrałem się za debiutancki „Splot”, wiedziałem, że nie dam rady zajmować się profesjonalnie muzyką i chodzić codziennie do pracy. Stałem w rozkroku i miałem wrażenie, że żadnej z tych rzeczy nie robię dobrze. Ostatecznie postawiłem na przemeblowanie, pożegnałem się z etatem i zostałem muzykiem.

Co to znaczy, że epkę wydałeś sam? Jak udało ci się przebić do rozgłośni radiowych, nie mając menadżera ani profesjonalnego PR-u?

Pracą u podstaw, mały krokami i odrobiną szczęścia, które w sumie chyba mogę określić mianem „American Dream”. Pisałem własnoręcznie listy do redaktorów muzycznych w całej Polsce i wysyłałem je wraz z płytą oraz prośbą o jej przesłuchanie. Żmudna praca, która niczego ci nie gwarantuje, bo przecież takich płyt radia dostają setki. Wyobraź więc sobie jaka była moja radość, gdy usłyszałem swoją piosenkę w audycji Piotra Metza i Wojtka Waglewskiego w „Maglu Wagli”. Niedługo potem zadzwonili do mnie producenci serialu „Prawo Agaty” z propozycją wykorzystania jednej z moich piosenek. Później była trasa z Edytą Bartosiewicz w roli supportu oraz kontrakt z Warner Music Poland. Wszystko to działo się bez żadnego wsparcia menadżera czy agencji PR. No przyznaj, to trochę „American dream”. (śmiech)

Skąd miałeś pieniądze na wydanie tej pierwszej płyty? Zwłaszcza, że była niezwykle dopracowana też w warstwie estetycznej. To kosztuje…

Przygotowywałem się do tego już trzy lata przed pożegnaniem się z pracą na etacie. Jeździłem z gitarą po różnych konkursach muzycznych i zbierałem forsę. Znalazłem też sponsora.

Nie łatwiej było pójść do talent show?

Nigdy o tym nie myślałem. Nie uważam, że takie programy gwarantują sukces. Są artyści, którym one pomogły, ale jak prześledzimy wszystkie programy z ostatnich piętnastu lat to zobaczymy, że takich przypadków jest jak na lekarstwo. Za to bardzo wielu ludzi o nieprzeciętnym talencie przepadło bez wieści. Oczywiście występ w takim miejscu sprawia, że dajesz się poznać bardzo dużej grupie ludzi i właściwe natychmiast zdobywasz publiczność. Postanowiłem jednak iść własną drogą.

Brałeś pod uwagę to, że jednak nie utrzymasz się z grania?

Oczywiście. Uznałem, że jeśli coś pójdzie nie tak wrócę na etat. Tak ustaliłem z drugą połową zarządu naszego gospodarstwa domowego. Na szczęście póki co jakimś cudem to wszystko działa!

Mija już trzy lata odkąd postawiłeś tylko na muzykę. Czy kiedykolwiek przez te trzy lata żałowałeś tej decyzji?

Nie żałowałem, ale był taki moment, że zastanawiałem się czy to był dobry ruch. Nie dlatego, że gram i zajmuję się muzyką ale dlatego, że nie mam stałych dochodów. Frustracje są zawsze. Albo masz bezpieczną posadkę i pensje co miesiąc, ale nie robisz tego co chcesz, a życie przecieka ci przez palce, albo właśnie robisz to co kochasz, ale ciągle stresujesz się brakiem stabilizacji finansowej. Naturalne życiowe dylematy…

Jaką ty masz publiczność?

Świadomą, w bardzo różnym wieku. Na koncertach spotykam ludzi, którzy mają 18-20 lat, ale też tych po czterdziestce. Niezależnie jednak od daty urodzenia myślę, że wśród publiczności dominują kobiety.

Teraz wydałeś nową płytę „Miłość. Strona B”. Rozumiem, że nawiązujesz do tego, że właśnie w twoim życiu nadeszła ta „strona B”, gdzie trzeba się mierzyć z jego prozą.

No tak, jestem już po hurraoptymistycznym etapie, w którym pożegnałem się z pracą na etacie myśląc, że od tej chwili będzie już tylko pięknie. Dopiero dziś w pełni mogę ocenić konsekwencje tej decyzji. Pewnie, gdybym mógł cofnąć czas zrobiłbym to samo, ponieważ muzyka jest moim nałogiem i nie wyobrażam sobie żeby w takiej, czy innej formie nie mieć z nią kontaktu. Piszę piosenki, gram koncerty i czuję się spełniony, ale jednocześnie mierzę się z życiem, z którego już opadł lukier. Nie tylko w sferze zawodowej.

No właśnie, bo przecież to płyta o miłości.

Kiedy wymyśliłem tytuł albumu, zastanawiałem się czy nie pakuję się na minę, bo jak pojawia się słowo miłość, to zazwyczaj wieje banałem albo patosem. Z drugiej strony jeśli piosenki są o miłości, a konkretnie o jej cieniach, to po co na siłę wymyślać? Postanowiłem zaryzykować i zostałem przy tytule „Miłość. Strona B”. Napisałem o tym co dzieje się między ludźmi, kiedy kończy się etap chemii, fascynacji, zakochania, a zaczyna inny, wcale nie gorszy, ale bardziej wymagający, często weryfikujący prawdziwość uczucia. To trochę tak jak z kasą i znajomymi. Jak się ma dużo pieniędzy, ludzi wokół jest mnóstwo. Gorzej kiedy forsa się kończy, tak jak chemia i motyle w brzuchu. A gdy endorfiny już tak nie skaczą, czy dalej macie o czym gadać? Czy nadal się lubicie? Czy coś was łączy? Myślę, że „lubić się” znaczy o wiele więcej niż wszystkie euforyczne wyznania. O tym jest ten album.

Z czego czerpałeś?

Z doświadczeń i obserwacji. Mam szczęśliwy związek, ale to nie oznacza, że nie przeżywaliśmy żadnych kryzysów. Najczęściej rozbijało się o brak dialogu. Nauczyliśmy się, że warto rozmawiać. Nie jest to proste, gdy masz dwójkę dzieci, mnóstwo obowiązków, nienormowany czas pracy, własne sprawy. Mamy jednak to szczęście, że się właśnie lubimy.

Jesteście już razem 10 lat. To imponujący staż w artystycznym środowisku.

Wiesz, mimo tego, że funkcjonuję, nazwijmy to w obiegu artystycznym, estradowym, nie przyszedłem tutaj dla rozrywki. Lubię tworzyć muzykę i chcę nią mówić o ważnych, z mojego punktu widzenia, sprawach. Już się w życiu wyszumiałem, poza tym szanuję swoje życie rodzinne.

Jak wygląda teraz twoje życie?

Nieprzewidywalnie i prawdę mówiąc trochę mnie to irytuje, bo jestem typem zadaniowca. Lubię wiedzieć co się wydarzy, a niestety w muzyce wiele rzeczy dzieje się spontanicznie. Oczywiście, teraz mam szczególnie zwariowany czas w związku z promocją drugiego albumu. Często mnie nie ma, a młyn domowy trzeba jakoś ogarniać. Staram się łączyć wszystkie swoje życiowe funkcje, ale łatwo nie jest. Poza tym lubię spędzać czas ze swoimi dziećmi, i nie robić z nich beneficjentów tego chaosu.

Jesteś typem rodzinnym?

Mam fajną żonę i dzieci, rodziców, z którymi łączą mnie przyjacielskie relacje, ale nie jestem zwolennikiem budowania relacji z kimś, z kim łączy mnie tylko fakt bycia rodziną. Albo coś działa albo nie. Albo się lubimy i chcemy mieć ze sobą kontakt, albo niech każdy idzie w swoją stronę. Można mieć przyjaciół, którzy dadzą ci więcej wsparcia niż rodzina, dlatego zawsze starannie dobierałem sobie grono bliskich.

Rodzina zabrała ci młodzieńczą wolność?

Nie powiedziałbym, że zabrała, ale zmieniła jej kolor. Musiałem ustawić inaczej priorytety – wcześniej byłem raczej wolnym duchem. Kiedy nie mieliśmy jeszcze dzieci, prowadziliśmy beztroskie życie pełne wolności, podróży, spontanicznych zwrotów akcji. Nie było nam łatwo zrezygnować z tego i zdecydować się na powiększenie rodziny, ale kiedy podjęliśmy taką decyzję, uznaliśmy, że chcemy aby nasz nowy świat był równie kolorowy i jednocześnie uwzględniał te kluczowe zmiany. Nie byłem typem lgnącym do dzieci. Stronię od hałasu, a jak wiadomo jest on integralną ich częścią. Nie miałem też podejścia do cudzych pociech, które jakoś mnie onieśmielały. Myślałem, że z własnymi będzie podobnie. Okazało się, że dzięki moim dzieciakom polubiłem też inne. Spojrzałem na nie zupełnie z innej perspektywy. Nigdy wcześniej nie czułem takiej pełni. Bycie tatą to wielki dar. Dzieciaki dają niesamowitą energię. Są wehikułem czasu, który pozwala ci na nowo odkrywać świat. Jestem jednak zwolennikiem filozofii umiarkowanego egoizmu rodziców. Uważam, że kompletne zatracenie się w rodzicielstwie w dłuższej perspektywie może być również ze szkodą dla dzieci. Rodzice powinni czasem pomyśleć o sobie. Wyskoczyć do kina. Móc zatęsknić. Mam cudowne dzieciaki ale uważam, że ich szczęście jest wprost proporcjonalne do szczęścia ich rodziców.

Czujesz się kochany?

Tak, ale też jako człowiek wyposażony w jakąś inteligencję emocjonalną, zadaję sobie mnóstwo pytań. To utrudnia życie, ale też je ubogaca.

Pozycjonujesz się na artystę idącego swoją drogą, trochę offowego. A co myślisz o współczesnej muzyce komercyjnej? Wziąłbyś udział w projekcie z mainstreamowym twórcą?

Czemu nie? Wszystko zależy od tego jaki byłby to projekt. Lubię posłuchać dobrej komercyjnej muzyki. Bruno Mars czy Kygo tworzą na szeroką skalę i udowadniają, że można dobrze wykonywać muzykę dla mas. Zestawianie artystów z różnych światów i wyciąganie z nich kontrastów jest bardzo ciekawe i daje niekiedy zaskakującą jakość. Póki co nie dostałem takiej propozycji, ale z pewnością gdyby takowa przyszła na pewno ją rozważę.


Leski, czyli Paweł Leszoski (ur. 1981) – muzyk, z wykształcenia ekonomista i lingwista. Zadebiutował albumem SPLOT w czerwcu 2015 roku. Napisał wszystkie teksty i skomponował do nich muzykę. Jest również współproducentem krążka. Laureat nagrody MATEUSZ TRÓJKI w kategorii muzyka rozrywkowa – Debiut roku. W 2016 r. nominowany do Fryderyków w kategorii Fonograficzny Debiut Roku. 8 marca ukazał się jego drugi, autorski album “MIŁOŚĆ. STRONA B”. Żonaty, ma dwójkę dzieci.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!