Sport

Jarosław Bieniuk

Łatwo się nie poddaję

„Pokaż mi osobę, która odpowie mi dlaczego to się musiało stać. Nie ma takiej. Musisz to po prostu przyjąć za fakt i próbować żyć dalej.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Lubisz dziś swoje życie?

JAROSŁAW BIENIUK: Lubię. Kiedy patrzę na nie z perspektywy tych 38 lat, widzę, że spotkało mnie w nim wiele naprawdę dobrych rzeczy. I to dowodzi, że w jakimś sensie jestem farciarzem. Ale spotkało mnie też nieszczęście i jako człowiek nie jestem w tym odosobniony. Wielu ludzi dotykają tragedie. Takie jest życie. Różnica może polega na tym, że u mnie ta amplituda między ekstremalnie dobrymi i złymi doświadczeniami jest nieco wyższa niż u większości. Ale cóż, takie mam życie i przyjmuję je jakim jest.

Po śmierci Ani nie obraziłeś się na los?

Nie. Już sport nauczył mnie, że nie zawsze jest się na górce. Ale na szczęście jestem typem, który walczy i nie poddaje się łatwo. Wiele razy musiałem pogodzić się z porażkami. Jako sportowiec doskonale wiedziałem, że jeśli poddam się po którymś z kryzysów zawodowych, to skończy się moja kariera. Po śmierci Ani było podobnie. Wiedziałem, że jeśli wtedy się poddam, to skończy się moje życie. A nie mogłem na to pozwolić. Przecież mam trójkę dzieci.

Nie było buntu?

Jeśli w ogóle mogę powiedzieć, że buntowałem się na los, to nie z perspektywy pytań w stylu: „dlaczego to spotkało mnie?”, tylko raczej „dlaczego to spotkało Anię?” Oczywiście jak każdy człowiek postawiony w takiej sytuacji, próbowałem znaleźć odpowiedź, szukać jakiegoś filozoficznego wyjaśnienia. Ale dziś wiem, że się nie da. Nie ma odpowiedzi na takie pytania. Pokaż mi osobę, która odpowie mi dlaczego to się musiało stać. Nie ma takiej. Musisz to po prostu przyjąć za fakt i próbować żyć dalej.

Ludzie w takich sytuacjach próbują też szukać odpowiedzi u księdza albo psychologa. Chcą sobie jakoś pomóc, znaleźć wytłumaczenie.

Korzystałem z pomocy psychologów. Nadal to robię. Ale to pomoc tylko na zasadzie rozmowy. Podczas spotkania nawet z najlepszym psychologiem na świecie też nie uzyskasz odpowiedzi na pytanie „dlaczego tak się stało?”. Na terapii możesz sobie pomóc poznając mechanizmy myślenia, które w traumatycznych sytuacjach zwykle się pojawiają. Kiedy jesteś ich świadom, wiesz jak się bronić, żeby nie wejść w ślepy zaułek. Tylko tyle możesz dla siebie zrobić.

Skąd wziąłeś siłę do życia w tym najtrudniejszym czasie?

Z dzieci. Musiałem dla nich żyć. To jest olbrzymia odpowiedzialność. One są małe, niewinne, bezbronne. Jesteś ich całym światem i ty to czujesz każdego dnia. Oczywiście, że miałem momenty słabości, ciężkie chwile, zresztą nadal je miewam. Ale wydaje mi się, że idę w dobrym kierunku. Dzieci dobrze się rozwijają, mam nadzieję, że wyrosną na fajnych ludzi.

A ty czujesz, że żyjesz?

Cały czas mam jakieś marzenia i nadal umiem się uśmiechać. Dla mnie to znak, że żyję.

Co ci daje praca w Akademii Lechii Gdańsk?

Stabilizację. Finansową i psychiczną. Mam po co wstać z łóżka, bo robię coś, co ma sens. Przyszedłem tu krótko po śmierci Ani, wtedy miałem taki okres ochronny, moi pracodawcy dali mi możliwość sprawdzenia w czym będę czuł się dobrze. Gdzieś intuicyjnie czułem, że praca z młodzieżą będzie dla mnie najlepszą drogą. I tak się stało. Teraz jestem dyrektorem Akademii, mamy tu 10 drużyn. Naszym celem jest piłkarskie wychowanie młodych chłopaków, juniorów, by w przyszłości mogli grać w pierwszej drużynie.

Jesteś teraz trochę nauczycielem, co zawsze oznacza też sporo papierkowej roboty. Nie brakuje ci piłki, kontaktu z murawą, do którego jesteś przyzwyczajony?

Pewnie, że brakuje. Mnie najbardziej ciągnie na boisko.

To mówiąc o marzeniach, pewnie chciałbyś być trenerem.

Tak, jeśli myślę o marzeniach zawodowych, to chciałbym trenować w ekstraklasie. Ale na razie to długa pieśń przyszłości. Praca trenera wiąże się z wyjazdami, zmianą miejsca zamieszkania. A dopóki moje dzieci są małe, na pewno nie wyjadę i ich nie zostawię.

Jakie jest życie piłkarza?

Fantastyczne. Teraz, z perspektywy czasu naprawdę je doceniam. Oczywiście były trudne chwile, bo to jest wyczerpujący zawód. Duża presja, stres, maksymalne wyżyłowanie organizmu, bo trenujesz codziennie, a w weekend dochodzi ogromny wysiłek w postaci meczu. Ale piłka nożna dawała mi mnóstwo adrenaliny i energii. Brakuje mi tego.

Zdarzają się spokojni domatorzy wśród piłkarzy?

W każdej drużynie ze dwóch takich się znajdzie. Ale pamiętaj, że drużyna ma 22 zawodników. Przecież mówimy o ludziach, którzy zdecydowali się uprawiać sport zespołowy, gdzie się dużo biega, gdzie dużo się dzieje. Tacy ludzie nie usiedzą w miejscu. Pamiętajmy też, że trenowanie piłki nożnej wiąże się z dużym stresem. Wymaga od ciebie trener, publiczność, dziennikarze, ty od siebie wymagasz, jesteś non stop oceniany. Trzeba to kiedyś odreagować. Może stąd te opowieści o imprezowym życiu piłkarzy. To jakoś wpisuje się w naturę tych ludzi.

Dlaczego piłkarze tyle zarabiają? To są jakieś chore stawki, a jeszcze często padają argumenty, że takie płace są normalne, bo praca piłkarza jest znacznie cięższa niż zajęcia większości ludzi.

Mnie to nie gorszy. To jest po prostu prawo rynku. Piłka nożna to najbardziej konkurencyjny sport. Uprawiają go ludzie na każdym zakątku świata. I żeby dostać się do takiego Realu Madryt, gdzie jest 22 zawodników, musisz wygrać wyścig z milionami osób, które też chcą się tam dostać. Dla porównania, kulą pcha kilkaset osób na świecie. Łatwo zrozumieć skalę zjawiska i różnicę. Dlatego kulomiot nie może zarabiać tyle, ile piłkarz w jednym z najlepszych klubów. Nikt nikomu nie zabrania stanąć w szranki z milionami osób, które marzą, by się tam znaleźć. Jeśli jesteś na tyle dobry, aby ich pokonać, to masz prawo zarabiać te bajońskie sumy.

A ty jesteś zadowolony ze swojej kariery piłkarskiej?

Tak. Jako mały chłopiec po prostu marzyłem o tym, żeby grać w piłkę. Później moim marzeniem była gra w Lechii Gdańsk, w juniorach. Jako 15-latek miałem już pierwsze osiągnięcia. Później dostałem się do seniorów, grałem w ekstraklasie, zagrałem też osiem meczów w reprezentacji Polski. Prawdą jest, że w reprezentacji kariery nie zrobiłem, ale grałem w silnej lidze w Europie, w lidze tureckiej. Zarabiałem godziwe pieniądze, które pozwoliły mi na życie, o którym kiedyś nawet nie marzyłem. Gdyby ktoś mi w dzieciństwie powiedział, że będę grał w ekstraklasie, to byłbym najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.

Teraz jesteś na piłkarskiej emeryturze, a grafik masz napięty jak u szczytu kariery.

Mam strasznie dużo obowiązków. Codziennie wstaję o 6:53. Wszyscy się śmieją dlaczego akurat o takiej godzinie, ale potrzebuję te 6-7 minut, żeby się podnieść z łóżka, a chcę być na nogach o 7. Od tego momentu zaczyna się kołowrót: robię śniadanie, odwożę dzieci do szkoły, jadę do pracy, później obiad, zajęcia dodatkowe dzieci. I tak do wieczora.

Oprócz pracy w Akademii masz jeszcze firmę. Czym się w niej zajmujesz? 

Praktycznie cały mój czas poświęcam Lechii Gdańsk i dzieciom. Żałuję, że mam tak mało czasu dla IQ Sport Advisory Group. W tej chwili mogę angażować się w firmie przede wszystkim w projekty charytatywne, które są dla nas tak samo ważne jak marketing, nowe technologie, kontrakty sportowe i kontrakty komercyjne, którymi na co dzień zajmuje się IQ Sport AG.

Jesteś sobie sterem i okrętem czy masz wspólnika, kogoś kto cię wspiera i do kogo masz zaufanie?

IQ Sport to 4 osoby i każdy odpowiada za część biznesu. I tak na przykład Rafał odpowiada za nowe technologie, Tomek za współpracę z zawodnikami, a wszystko spina w całość Marcin, który zajmuje się również kontaktami marketingowymi. Mamy do siebie zaufanie i możemy na siebie liczyć. To nasza wspólna firma, ale przede wszystkim jesteśmy przyjaciółmi.

 

Wracając do twoich domowych obowiązków, jesteś surowym ojcem?

Dopóki Ania żyła, w naszym domu byłem raczej tym dobrym policjantem. To Ania trzymała rygor. Ale teraz musiałem przejąć tę pałeczkę. Chyba nie jestem surowy, ale staram się być konsekwentny. Na przykład wprowadziłem zasadę, że o godzinie 21 wszystkie telewizory mają być wyłączone i dzieciaki idą spać. Bo inaczej na drugi dzień trudno je dobudzić.

Na gry komputerowe też zarządziłeś limit?

Oczywiście. W ogóle mam wrażenie, że moje dzieci w dużej mierze żyją w świecie wirtualnym. To mnie smuci, a nawet irytuje, bo chcę żeby żyli tu i teraz, a nie posługiwali się wyłącznie Facebookiem, Instagramem, emotikonami i grami komputerowymi. Gdybym zgodził się na to, żeby korzystali z tego tyle, ile chcą, to przez cały dzień nawet na chwilę nie wyszliby z domu. Po prostu nie potrzebują tego. Dla mnie to jest przerażające, ale też wiem, że nie mogę im tego zupełnie zabronić. Dlatego wprowadziłem zasadę, że smartfony i tablety dostają tylko na weekendy. Oczywiście były argumenty, że ich koledzy nie mają takiej reglamentacji, ale staram się im tłumaczyć dlaczego to robię.

Masz dobry kontakt z dziećmi?

Wydaje mi się, że coraz lepszy, ale z każdym inny. Oliwia ma 15 lat, mogę z nią już iść na koncert, spędzić czas trochę po dorosłemu. Z Szymonem mamy wspólne tematy związane ze sportem, a Jaś to jeszcze taki przytulak. Do każdego dziecka inny kod dostępu.

Oliwia wchodzi w trudny wiek. Boisz się jak sobie dasz radę jako samotny ojciec nastolatki?

Pewnie, że tak. Nie mam w tej materii żadnego doświadczenia, poza tym jako facet jakoś intuicyjnie pewniej czuję się z synami. Ale podpytuję znajomych, którzy mają nastoletnie córki, jak sobie radzą, jakie mają problemy, na co zwrócić uwagę. Wierzę, że sobie poradzę, zwłaszcza, że jestem rodzicem, który umie przyznać się do błędu, przeprosić dziecko, jeśli zrobię coś nie tak. Tak też buduje się bliskość.

Czy paparazzi nadal zamęczają waszą rodzinę?

Tak, ale przynajmniej już nie stoją pod naszym domem. Gdy Ania żyła cały czas wystawali, nękali nas. To oczywiście nie znaczy, że odpuścili. Ale raczej łapią nas podczas spaceru, powiedzmy przypadkowo. Ciekawe, że ja czasami ich nie zauważam, ale Oliwia ma taki zmysł, tak jest na nich wyczulona, że wypatrzy każdego, wszędzie ich rozpozna. Bywa, że idziemy, ja nikogo nie widzę, a ona zwraca mi uwagę: „tato, zobacz, to oni”.

Przestałeś z nimi walczyć?

Walka z nimi jest bezsensowna. Bo nawet jeżeli eliminuję któregoś sądownie, to zaraz na jego miejscu pojawia się kolejny. Oczywiście nie lubię tych sytuacji, to jest nieprzyjemne i krępujące. Ostatnio paparazzi złapali nas na spacerze, a później poszli za nami do w kawiarni i robili nam zdjęcia non stop. Podszedłem w końcu i powiedziałem im: „Macie już tyle zdjęć, dajcie nam chociaż zjeść w spokoju.”. Na szczęście odpuścili. Staram się nie denerwować tym wszystkim. Przyjmuję to jako naturalną schedę po popularności Ani.

Kto ci najbardziej pomaga w opiece nad dziećmi?

W codziennych obowiązkach przede wszystkim pomagają mi moi rodzice. Mama jest dla mnie ogromnym wsparciem w prowadzeniu domu. Robi dla nas zakupy i obiady (wspaniale gotuje!). Tata odciąża mnie w logistyce. Przy trójce dzieci mam tak dużo zajęć dodatkowych, że samemu nie dałbym rady tego ogarnąć. Fantastyczne jest to, że oprócz praktycznej pomocy od rodziców, mam też wsparcie emocjonalne. Dzieci są najbardziej zżyte właśnie z moją mamą, która praktycznie u nas mieszka.

Mimo tego, że jesteś jedynakiem, podobno rodzice nie trzymali cię krótko, miałeś sporo luzu. Jaką dziś masz relację z mamą? Jesteście kumplami?

Faktycznie, moi rodzice nie byli surowi, ale to nie znaczy, że mogłem robić co chciałem. Najważniejsza oczywiście była nauka, ale tata starał się też zaszczepić we mnie ducha sportu. Zabierał mnie często na mecze piłki nożnej, ręcznej czy siatkówki. Wybrałem piłkę nożną i chyba była to dobra decyzja. Bez mamy za to nie byłoby ciepłego domu dla dzieci, więc musimy być kumplami. Jestem wdzięczny za to, co dla nas robi.

Mówiłeś na początku o spokoju i pokorze wobec życia, jaką przyjąłeś trzy lata temu. Ale czy mimo próby akceptacji tego co się wydarzyło, nadal doskwiera ci samotność?

Raczej nie. Mam dużo osób wokół siebie, dużo zajęć. Przez jakiś czas spotykałem się z kimś, ale uznałem, że na razie to nie ma sensu. Trudno mi jest nawiązać bliską relację, bo mam trójkę dzieci, pracę i mało czasu na budowanie związku. Oczywiście w perspektywie całego życia nie chciałbym zostać sam w czterech ścianach. Kiedyś dzieci dorosną, pójdą w świat. Samotność to nie jest fajna opcja na starość. Ale staram się nie planować za bardzo do przodu. Życie mnie tego nauczyło. Do czasu choroby Ani żyłem głównie przyszłością. Cały czas myślałem o tym jak to będzie, gdy skończę karierę. Wyobrażałem sobie, że będziemy mieli z Anią tyle czasu dla siebie, że będziemy jeździć, zwiedzać. To mnie motywowało. Wyszło inaczej, dlatego przesterowałem myślenie i żyję tym, co teraz.

 

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!