Kultura

Igor Herbut

Ogólnie nie szaleję

Odkąd poszedłem zawodowo do góry, życie negatywnie zweryfikowało kilka moich przyjaźni. Rozczarowałem się ludźmi, o których myślałem, że są mi bliscy. Ale trzeba iść dalej.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Ty chyba jesteś nieśmiały.

IGOR HERBUT: To aż tak widać? (śmiech) Rzeczywiście jestem. Sporo mnie kosztuje, by swobodnie móc rozmawiać z ludźmi przy pierwszym kontakcie. Chyba, żchodzi o rozmowę na scenie. Tam nieśmiałość mnie nie paraliżuje. Chociaż, jak może zauważyłaś, często zamykam oczy, gdy śpiewam. Z jednej strony to pomaga mi bardziej wczuć się w tekst i w muzykę, ale z drugiej to czasem taki fortel, żeby się skryć. Widzisz morze ludzi, żywe twarze, reakcje. Chwilami kontakt wzrokowy z publicznością pomaga, ale bywa też, że ten odbiór mnie rozprasza. Czyli ta moja nieśmiałość znów się odzywa…

Blokuje cię ona w kontaktach z fanami?

Wydaje mi się, że coraz mniej. Na szczęście doświadczam w ogromnej większości sytuacji, gdy ludzie podchodzą na ulicy i mówią mi, że robię dobrą rzecz. Chwalą moją muzykę. To mnie buduje i otwiera.

Jesteś artystą, którego muzyka skierowana jest do szerokiego grona, ale nie dzielisz się z fanami tym co jesz na śniadanie. 

To jest świadoma decyzja, choć wpuszczam ludzi do swojego świataMam stronę na Facebooku, konto na Instagramie. W dzisiejszych czasach twórca i w takiej formie komunikuje się z publicznością. Poddaję się temu trendowi. Daje to szansę lepiej wyczuć odbiorców, ale też pokazać, że artysta nie jest kimś z księżyca. Z drugiej strony Instagram czy Facebook daje ludziom poczucie, że ten ich ulubiony muzyk czy aktor jest na wyciągnięcie ręki. To zaciera dystans, który jeszcze kilkanaście lat temu istniał. Teraz Instagram sprawia, że twój idol jest bardzo bliskokomentujesz jego życie online, więc traktujesz go jak kumpla. W efekcie ludzie żądają od nas wielu rzeczy, czasem czują się naszymi właścicielami.

Kiedy to odczuwasz?

Na przykład po koncertach. Zawsze staram się wychodzić do ludzi, rozmawiać z nimi, podpisywać płyty. Koncert jest dla mnie formą rozmowy z publicznością, więc spotkanie po nim jest jej ciekawą kontynuacją. Ale zdarza się, że na skutek tego kompletnie zatartego dystansu, nagle podchodzi człowiek i ma pretensje, że nie robię tego, czego on akurat chce. Czasem krzyknie, że jestem chamem, bo nie zrobiłem sobie z nim zdjęcia czy się nie uśmiechnąłem. 

Reagujesz na to?

Raczej ignoruję. Ale przyznaję, że uważnie czytam komentarze w mediach społecznościowych o sobie. Chociażby dziś wrzuciłem zdjęcie na Instagram. I zobacz, ktoś mi pisze, żebym się uczesał, bo w takiej fryzurze pokazuję, że nie mam szacunku do fanów. (śmiech)

Nie boisz się, że publiczność przykleiła ci łatkę „ładnego chłopca od lekkich piosenek”?

Nie. Po pierwsze dlatego, że się zmieniam, zmienia się mój zespół i publiczność to widzi. Wydaliśmy niedawno płytę, która została dobrze przyjęta. Być może mniej osób o niej wie, bo nie jest bardzo komercyjna. Mainstreamowe stacje radiowe jej nie grają, ale nie o to tu chodziło. Ta płyta jest bardzo moja. Po drugie, pintensywnym sezonie plenerowym robimy trasę siedzącą: 10 sal koncertowych, gdzie w repertuarze nie będzie „Scarlett” czy „Napraw”. Tylko utwory z „Etiudy zimowej” i „TU”. 

I jak publiczność na to reaguje? Nie odchodzi od was?

Na pierwszych dwóch koncertach z trasy promującej nowy album ,,TU”  zdarzało się, że ludzie krzyczeli: „Scarlett”. Ale spokojnie powiedziałem ze sceny, że na tej trasie nie będzie utworów ze ,,Scarlett” i jeśli ktoś przyszedł specjalnie po to, aby je usłyszeć, może iść do baru. Nie o to chodzi, że odcinam się od swojej poprzedniej twórczości, ale akurat na tej trasie staramy się stworzyć bardzo spójny klimat intymności i konsekwencji. Chcemy dać coś konkretnego i przemyślanego od siebie. Udaje się to. Jakaś bliskość rozlewa się na słuchaczy. Jak byśmy byli rodziną na koncercie. 

Nie boisz się takich eksperymentów?

Nie, dlatego że ciągle szukam swojego stylu. Może to wynika z tego, że mój dom był łemkowski, a Łemkowie są tacy… Jak by to ująć? Zagubieni. Wiec choć zaczynałem od folku i jazzu (bo ten rodzaj muzyki studiowałem) i przeszedłem przez pop, rock, klasykę, to nadal się rozwijam. Myślę, że słychać ewolucję w naszej muzyce. Ludzie dostrzegają, że się zmieniamy. Graliśmy dwa razy na Przystanku Woodstock i poczułem, że publiczność inaczej nas odbiera. Pierwszym razem zagraliśmy w namiocie. Pękał w szwach. Publiczność znała teksty, była bardzo zaangażowana. Teraz zagraliśmy na małej scenie. Też była bardzo liczna publiczność. Myślę, że wielu z nich przyszło właśnie po to, żeby sprawdzić jak teraz gramy. Bo w radiu słychać jakąś propozycję, na koncertach jest inaczej, na płycie jeszcze inaczej. Więc nas testują. I na szczęście zostają. Oczywiście proponując fanom inne brzmienia mam w sobie jakąś niepewność. Bo przecież część z nich nadal oczekuje od nas „Scarlett”, albo…

Życie jest małą ściemniarą

Właśnie. (śmiech) Nie wstydzę się tego, wiem dlaczego ta piosenka powstała, zdaję sobie też sprawę jakie to jest, jak brzmiUtwór został zamówiony do filmu, komedii. Jest bardzo z przymrużeniem oka. Później okazało się, że stacje radiowe chętnie chcą go grać, zrobił się z tego hit. Z jednej strony mnie to smuci, z drugiej bawi, a jeszcze z trzeciej cieszy. Inną sprawą jest, że ja wcale nie odżegnuję się od popu, nie mam zamiaru robić z siebie offowego artysty, który tworzy dla kilku osób. Uważam, że jeżeli robisz muzykę i jest to twoją największą pasją w życiu, to zależy ci, żeby dotarła ona do jak największej grupy odbiorców. Nie wierzę w zapewnienia artystów o tym, że gardzą masową publicznością, że liczy się tylko ta nisza słuchaczy, którzy naprawdę ich rozumieją. Każdy artysta chce być doceniany i rozumiany przez jak największą liczbę odbiorców. Tylko chodzi o to, żeby było to prawdziwe. Żeby ludzie sami chcieli po to sięgnąć i żeby była to muzyka na wysokim poziomie, z jakiej jesteśmy dumni. Tak jak ja jestem dumny z naszego dorobku, a szczególnie z ostatniej płyty. Dziś niektórzy artyści są tak offowi, że sami się zastanawiają czy iść na swój koncert. (śmiech) A pięknie jest patrzeć na morze ludzi przed sceną. Oczywiście świadomych ludzi.

Czyli takich, którzy rozumieją, że nazwa twojego zespołu to nie cytryna.

Tak. „Lem oznacza w języku łemkowskim tylko, słowo „ON” to włącz. Więc to jest zachęta, prośba do słuchaczy: „tylko włącz, sprawdź nas. Ale wiem, że dla wielu osób nadal nasza nazwa to owocWiem też, że jako artysta popełniałem dużo błędów i niekonsekwencji. Ale staram się wyciągać z tego wnioski. Nasza ostatnia płyta chyba pokazuje, że weszliśmy na inny poziom, że jesteśmy dojrzalsi. 

Jak bardzo zmieniło się twoje życie odkąd stałeś się popularny?

W niektórych aspektach zmiana była gigantyczna. Przeprowadziłem się do Warszawy, żyję w zasadzie ciągle w busie koncertowym, spędzam czas głównie z zespołem. Smutną konsekwencją było to, że kilka przyjaźni zostało negatywnie zweryfikowanych przez życie odkąd poszedłem zawodowo do góry. Rozczarowałem się ludźmi, o których myślałem, że są moimi przyjaciółmi. Ale trzeba iść dalej. To była nauczka, po której w jakimś sensie przestawiłem swoje myślenie. Zrobiłem coś, co dziś bardzo mi pomaga w życiu. Od pewnego momentu przestałem mieć oczekiwania wobec ludzi. Oczywiście wymagam zawodowo od siebie i od zespołu, ale prywatnie niczego nie oczekuję. Dzięki temu nie rozczarowu się, a kiedy coś dobrego otrzymam, cieszę się podwójnie. 

Udaje ci się też utrzymać wieloletni związek, o co w tej branży nie jest łatwo. 

Jestem z Gosią pięć lat, a czuję jak byśmy byli ze dwadzieścia pięćTo niezwykle mądra kobieta. Wie jak mną zarządzić. Zresztą chyba jak każda partnerka, która stoi za mężczyzną mającym jakiś sukces. To w dużej mierze jest praca kobiety. Jesteście muzami. Bez was dawno byśmy zbłądzili. Przynajmniej ja bym zbłądziłPewnie ,,warszawskie tango” by mnie zassało. (śmiech)

Miałeś takie zapędy?

Trochę to poczułem, gdy mieszkałem w internacie, jeszcze jako uczeń. Lubiłem zabawę, rock and roll. Gdyby Gosi nie było, to pewnie bym popłynął… 

Przebalowałbyś wszystkie pieniądze?

Myślę, że nie, bo mam do nich szacunekKiedy studiowałem jazz i mieszkałem w akademiku, grałem na weselach i sprzedawałem dekodery telewizji kablowej, żeby odciążyć finansowo dom. Pracowałem intensywnie, ale też wiem jak to jest, gdy brakuje pieniędzy, kiedy trzeba pożyczać. Dziś cieszę się, że doszedłem do momentu, w którym robię toco naprawdę kocham i mogę się z tego utrzymać, a jednocześnie pomóc rodzinie. 

I nie pozwalasz sobie na żadne kosztowne słabości?

Oczywiście mam jakieś materialne potrzeby. Dużo inwestuję w siebie, w wiedzę, uczę się produkcji, chodzę na zajęcia z realizacji dźwięku, kupuję książki, inwestuję w instrumenty, podróżuję i szukam inspiracji kiedy tylko jest na to czas. Są rzeczy, którymi sprawiam sobie przyjemność. Chyba jedną z takich stricte materialnych zachcianek jest moje auto. Ale ogólnie nie szaleję. 

Czujesz, że już czas na ustatkowanie?

Chciałbym mieć kiedyś rodzinę, ale prawdą jest, że chyba nie da się mieć normalnej rodziny będąc piosenkarzem, grając w bandzie. Po pierwsze jest się często w trasie, rzadko w domu. Poza tym ja inspiruję się smutkiem i problemami, więc taka osoba jako ojciec rodziny też jest problematyczną sprawą. Czasem sam sobie stwarzam niewygodne sytuacje, żeby łatwiej było mi tworzyć. Jestem wtedy irytujący, trudno ze mną wytrzymać. Więc to wszystko w kontekście planów rodzinnych nie buduje łatwej perspektywy. W tej chwili trudno jest mi wyobrazić sobie siebie jako ojca. Ale chciałbym. A co przyniesie życie, zobaczymy.


Igor Herbut (ur. 1990) – piosenkarz, autor tekstów i kompozytor pochodzenia łemkowskiego. Założyciel i wokalista zespołu LemON, z którym wygrał 3. edycję programu Must Be the Music, nagrał cztery płyty (dwie z nich już mają status platynowych) i dwukrotnie dostał nagrodę dla wokalisty roku. Ukończył jazz i muzykę estradową na Uniwersytecie Zielonogórskim. Mieszka z dziewczyną w Warszawie.

 

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!