Biznes

Emil Stępień

Taki sukces mnie zaskoczył

Producent “Pitbulla”, który wszedł na filmowy rynek w atmosferze dużego skandalu. Dziś jego filmy pobijają rekordy oglądalności. – Przy produkcji “Last Minute” zostałem potraktowany bardzo nieuczciwie. Ale dużo się dzięki temu nauczyłem. Zobaczyłem jak wielu ludzi ma słabe kręgosłupy moralne, no i zrobiłem audyt mojej książki telefonicznej – mówi nam Emil Stępień.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Anna Pleń

WEMEN: Zaskoczył cię sukces frekwencyjny najnowszego „Pitbulla”?
EMIL STĘPIEŃ: Tak. Oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że nie oczekiwałem sukcesu, ale skala tego wyniku mnie zaskoczyła. Aczkolwiek od strony producenckiej podejmowałem wszelkie działania służące właściwej ekspozycji filmu w przestrzeni publicznej. Służyć temu miała również wybrana data premiery kinowej.

Ile w sumie widzów już było?
Weekend otwarcia plus pokazy przedpremierowe, to w sumie ponad 843 tysiące osób. Pierwsze jedenaście dni to frekwencja ponad 1,6 mln widzów. Zatem w tym krótkim okresie film obejrzało więcej ludzi aniżeli poprzednią wersję mojej produkcji w ciągu kilku miesięcy.

To jesteś milionerem? (śmiech)
A co to znaczy być milionerem? Zdefiniuj mi milionera.

Czy masz miliony na koncie?
Realizacja produkcji filmowych wymaga budżetów liczony w milionach złotych. (śmiech)

Emil Stepien 1

Jakim jesteś typem producenta? Bardzo się rządzisz na planie?
Jestem w tej branży relatywnie krótko, bo od pięciu lat. Nigdy nie korzystałem z jakichkolwiek wzorców instytucji producenta. Raczej wdrażam w styl mojej pracy najlepsze standardy jakich uczyłem się w życiu zawodowym, czyli wyniesione z pracy w korporacji. Na co dzień bliższy jest mi wzorzec rynku amerykańskiego, gdzie do produkcji filmowych podchodzi się z pełnym profesjonalnym i biznesowym podejściem, w ramach którego producent odgrywa kluczową rolę. Styl europejski, w tym polski, promujący reżyserów czy artystów powoduje, że produkcja filmowa w naszym kraju nie jest postrzegana jako wiarygodny i profesjonalny biznes. Moje kompetencje producenta są również ograniczone. Moje zaangażowanie na etapie realizacji części artystycznej jest węższe. Nie ingeruję zbytnio na tym etapie.

Nigdy?
O ile jest ona spójna z tym, co wcześniej ustalimy z reżyserem. Nie mam kompetencji, żeby biegać z kamerą po planie czy ustawiać aktorów. Zawsze analizuję scenariusz i zawsze zastrzegam sobie prawo wpływu na jego kształt.

To kiedy ostatnio? (śmiech)
Przygotowujemy kolejną część „Pitbulla”. Po „Nowych porządkach” i „Niebezpiecznych kobietach” będzie jeszcze jeden. Ten projekt miał być realizowany jesienią, ale przeniosłem zdjęcia na wiosnę, właśnie na skutek tego, że zaingerowałem reżyserowi w scenariusz. Uważałem go za płytki i niespójny merytorycznie. W żaden sposób nie byłby w stanie sprostać dwóm poprzednim częściom. Uważałem, że w takiej formie ten film byłby bardzo skrytykowany przez widza i miałbym poczucie, że wpłynąłby negatywnie na moją markę.

Scenariusz pisał przecież Patryk Vega.
Tekst pisał Patryk, który jest bardzo doświadczony, ale w tym przypadku uznałem, że trochę spoczął na laurach. Może za szybko pracował, może za bardzo w siebie uwierzył? W każdym razie ten scenariusz wymagał poprawki. Moje uwagi dotyczyły trzech postaci, które były za mało rozbudowane, ale miałem też poczucie, że za szybko to jest robione i może się negatywnie odbić na jakości.

Macie teraz „szorstką przyjaźń” z Patrykiem?
Spotkały się dwie silnie osobowości, gdzie do pewnego momentu działał podział kompetencji na osobę zarządzającą biznesem i osobę od części artystycznej, ale ostatecznie podjęliśmy decyzję, że nasza współpraca nieco zmieni formę. Będziemy teraz współpracować na poziomie dwóch niezależnych podmiotów.

Czyli nie będziesz już producentem wyłącznie filmów Patryka Vegi?
Tak, chcę wyjść bardziej do świata. Interesuje mnie nie tylko rynek lokalny, ale i międzynarodowy. To, co robiliśmy do tej pory było wartościowe i ciekawe, ale patrząc w przyszłość chcę wejść też w inne gatunki filmowe. Widzowie mogą się już nasycić „Pitbullem” i tym gatunkiem, a ja dalej chcę robić filmy z sukcesem.

To co, teraz komedia?
Dokładnie (śmiech), ale na razie nie chcę zdradzać szczegółów. Oprócz tego przygotowuję się też do produkcji zagranicznej.

SONY DSC

Lubisz ingerować w obsadę filmu?
Zawsze to robię. Wyznaję prostą zasadę: producent nie może być tylko dawcą kapitału, zawsze chcę mieć możliwość dialogu na temat obsady.

Teraz jesteś „na górce”, stoi za tobą duży sukces, łatwiej ci pozyskiwać fundusze do filmu. Ale początki nie były proste.
Moje wejście na ten rynek w ogóle było huczne. Powiedziałbym filmowe. (śmiech)

Mówiono o tobie w kontekście afery. Czujesz się winny tego, co ci zarzucali?
Absolutnie nie. Zostałem potraktowany bardzo nieuczciwie. Ale dziś patrząc na to z perspektywy czasu, tamte doświadczenia uważam za wartościowe. Wiele się nauczyłem. Zobaczyłem jak wielu ludzi ma słabe kręgosłupy moralne, no i zrobiłem też audyt mojej książki telefonicznej. (śmiech)

Miałeś zarzuty, że zbierając kapitał do filmu „Last Minute” wykorzystujesz swoją zawodową pozycję szefa Giełdy Papierów Wartościowych „NewConnect”.
Żaden audyt, ani wewnętrzny, ani zewnętrzny tego nie potwierdził. To była sytuacja, w której pewna grupa ludzi „poczuła trochę krwi” i chciała załatwić swoje interesy doprowadzając do mojego odejścia. Wiązało się to też z bardzo dużą nagonką na ówczesnego szefa Giełdy Papierów Wartościowych, który był bardzo silną, niezależną osobowością i wielu ludzi to bolało. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że żadnych relacji służbowych nie nadużyłem i instytucji Giełdy nie wykorzystałem.

Ale pojawiłeś się dzięki temu na „Pudelku”.
Nie z własnej winy, ani potrzeby. Nie szukam tam przestrzeni dla siebie. Nie aspiruję do tego, by być osobą medialną, ani tym bardziej celebrytą. Jest mi dobrze z tym, że jestem nierozpoznawalny.

SONY DSC

O kogo uczyłeś się zawodu producenta?
Od nikogo. Szczerze mówiąc nie widzę na tym rynku osoby, która byłaby dla mnie autorytetem. Sam sobie wykreowałem instytucję producenta. Nie wiem czy ją realizuję dobrze, ale staram się dbać o ludzi, z którymi pracuję.

Nie zalegasz z płatnościami, o czym często słyszy się przy okazji różnych produkcji filmowych?
Nie. Nigdy nie rozpoczynam produkcji filmowej nie mając zamkniętego budżetu produkcyjnego. Wszyscy moi współpracownicy, ekipa, aktorzy czy podwykonawcy zawsze są opłacani na czas.

A co z ryzykiem?
Ryzyko zawsze wpisane jest w biznes. To nieodłączna część każdego biznesu i każdego otoczenia rynkowego. Zadaniem producenta jest nie tylko przygotowanie dobrego projektu, ale też odpowiednie jego przygotowanie do wprowadzenia na rynek i zarządzanie strategią jego rozwoju. Uważam, że wychodzi mi to bardzo poprawnie, a interesariusze moich produkcji nie mają powodów do narzekań.

Ale wiesz też jak smakuje porażka. Co nie zagrało w „Last Minute”?
Kilka rzeczy. Słaby scenariusz, zły dobór reżysera, bo Patryk Vega nie jest reżyserem dobrze czującym się w komediach. Na to wszystko nałożyła się też cała ta nagonka na moją osobę. Ale to była cenna lekcja.

Nie mogłeś spać przed premierą „Służb specjalnych”? Po „Last Minute”, to chyba było twoje „być albo nie być” w tym biznesie.
Spać mogłem. A jeśli miałem jakiś stres, to raczej motywujący, nie paraliżujący. Napięcie mnie stymuluje. Pozwala mi lepiej i kreatywniej działać.

Podobno na filmach nie da się w Polsce zarobić. Jak tobie to się udało?
Od kilku lat interesuję się branżą filmową, tak jak w ogóle interesuję się metodami finansowania innowacyjnych czy nietypowych przedsięwzięć. Uważam, że to, co robię od kilku lat i co teraz powstaje jest nowatorskie przez swoją przejrzystość i pionierskie, zarówno w sferze artystycznej, jak i modelu finansowania. Mam niestety poczucie, że takie podejście w sektorze rynku filmowego jest rzadkością. Rynek filmowy w Polsce jest niestety w dużej mierze uzależniony od quasi administracyjnych instytucji, które dysponując potężnymi budżetami państwowych pieniędzy, dystrybuują je w sposób nieodpowiedzialny i nierynkowy. Ja w pewien sposób produkuję zmianę. Mówię językiem biznesu, buduję siłę moich propozycji biznesowych. A to się inwestorom podoba.

A co ci się nie podoba w przydzielaniu filmowcom państwowych pieniędzy?
Do samego faktu dystrybuowania takiego kapitału nic nie mam. Sam bym się też na niego nie obraził. Tylko chodzi o to w jaki sposób to się robi. Jeśli się nie mylę, roczny budżet PISF- u to około 200 milionów złotych. On się składa z naszych pieniędzy: podatków, abonamentu radiowo-telewizyjnego, 1,5% z każdego kupionego biletu do kina. Więc jest to pieniądz publiczny, a jego strumień niestety ukierunkowany jest do wąskiego grona ludzi. Wielu producentom się go odmawia. A druga patologia jest taka, że ten kapitał nie jest później rozliczany. Uważam, że jeżeli pieniądz jest po prostu rozdawany, to nikt go nie szanuje, często źle go inwestując. Urynkowiłbym takie instytucje jak PISF.

Na czym tak naprawdę zarabiają producenci filmowi w Polsce?
W większości przypadków na budżecie produkcyjnym, a nie na wyniku finansowym. Pełna patologia.

Co to znaczy?
Szereg budżetów filmowych, które są w Polsce realizowane, są zawyżane. To wszystko psuje rynek i buduje awersje do rynku filmowego. Bardzo niekorzystne zjawisko.

Producenci zawyżają budżety filmowe?
Znam szereg takich przykładów. Sztuczne pompowanie budżetów przy jednak relatywnie płytkim rynku jakim jest rynek polskiego kina, powoduje, że większość produkcji filmowych nie odnosi sukcesów komercyjnych.

A ostatni „Pitbull” jaki miał budżet?
To tajemnica handlowa (śmiech), ale mogę powiedzieć, że już się zwrócił. Wszyscy, którzy zainwestowali w niego swoje pieniądze, już zarabiają.

Czyli pewnie ostro go ścinałeś… (śmiech)
Już pisząc scenariusz trzeba mieć świadomość, gdzie film będzie kręcony, jakie będą plenery, ile osób będzie w nim grać. Dobry reżyser powinien umieć to szacować, ale zwykle zależy mu na tym, żeby mieć jak największe środki, bo chce się spełnić artystycznie. A ja po prostu patrzę i liczę. Liczbę dni zdjęciowych, ekipę, przestrzenie, które trzeba wynająć, sprzęt. I w całej tej sytuacji niezbędna jest „chemia” między producentem i reżyserem. Ten duet musi współpracować perfekcyjnie.

Twoje filmy gromadzą wielomilionową widownię, ale nie zdobywają nagród na festiwalach. Dlaczego?
Po „Służbach specjalnych”, które nie zostały przyjęte na Festiwal w Gdyni, a na pytanie dlaczego, usłyszałem, „bo nie”, zraziłem się do tego typu wydarzeń. Uważam, że większość tych wszystkich festiwali, konkursów to sytuacje, w których gromadzą się wielbiciele i klientela decydentów. Pełno tam okrągłych słówek, dusery i utwierdzanie rozmówców w przekonaniu o ich nieomylności. Mnie po prostu zawsze zależało, aby docenić aktorów i twórców, z którymi współpracuję. Nie aspiruję osobiście, by na te „salony” wchodzić, ale moi artyści mają prawo zebrać należny im szacunek w ramach krajowych wydarzeń dedykowanych filmowi.

Emil Stepien 3

 

Jak jesteś postrzegany w branży filmowej?
Nie mam jakiegoś konkretnego feedbacku z rynku. Bo ja z tym światem nie żyję na co dzień. Nie należę do ich związków i stowarzyszeń. Nie chodzę po ściankach i festiwalach. Z tym światem spotykam się w pracy.

Dlaczego?
Raz, że nikt mnie specjalnie nie zaprasza, a dwa, że nie szukam tam relacji. Ja buduję przede wszystkim relacje biznesowe, a te wszystkie festiwale są zawsze w gronie tych samych ludzi, wokół tych samych tematów, gdzie ja nie czułbym się dobrze.

Masz jakieś marzenie filmowe?
Chciałbym produkować filmy czy seriale na poziomie „House of Cards”, albo „Breaking Bad”. I nie chodzi mi tu tylko o wymiar komercyjny, ale satysfakcję ze współtworzenia tak genialnych produkcji. I pewnego dnia chciałbym wyprodukować film, w którym zagrałby u mnie Tom Hanks. Mam nadzieję, że będzie mnie kiedyś na niego stać. (śmiech)


Emil Stępień (ur. 1977) – producent filmowy, były szef Giełdy Papierów Wartościowych NewConnect. Wyprodukował filmy: “Last Minute”, “Służby specjalne”, “Pitbull. Nowe porządki”, “Pitbull. Niebezpieczne kobiety”. Ten ostatni już pobił rekord oglądalności w historii polskiego kina.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!