Nauka i pasja

Chris Niedenthal

Już nie muszę być neutralny

„Mam pecha, że należę do dwóch krajów, gdzie jeden zupełnie zwariował, a drugi wprawdzie jest w silniejszej pozycji, ale też coś mu odbiło. Przez wiele lat byłem szczęśliwy mając do dyspozycji paszport brytyjski i polski. Teraz nie jest już różowo.”

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Michał Buddabar

WeMen: Pamiętam jak mniej więcej trzy lata temu powiedział pan, że cieszy się, że Polska staje się w końcu normalnym krajem.
CHRIS NIEDENTHAL: To niesamowite, że w tak krótkim czasie tak wiele się zmieniło. Rzeczywiście przed ostatnimi wyborami mówiłem, że Polska coraz lepiej się rozwija, że jest coraz fajniejszym miejscem do życia. Dziś już tego nie powiem. I naprawdę nie jestem bezkrytyczny wobec PO. Wiele rzeczy robili źle, ale przynajmniej nie byli nawiedzeni, niebezpieczni, nie skłócali nas z sąsiadami. Teraz jestem załamany, bo Polska znów przestaje być normalnym krajem. Dziwi mnie jak łatwo nasze społeczeństwo uwierzyło i wierzy w brednie, którymi karmi nas władza. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: kilka dni temu pani premier mówiła, że te ostatnie protesty antyrządowe były wyreżyserowane i opłacone, w dodatku przez obcy kapitał. Jakim to trzeba być człowiekiem żeby siać takie teorie – a co dopiero żeby w nie wierzyć.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież nie można wszystkiego tłumaczyć tym, że Polacy zostali przekupieni 500 złotymi.
500+ swoje zrobiło, ale nieocenioną rolę w praniu mózgów pełnią tak zwane narodowe media. Zadziwiająco dużo osób nadal je ogląda, słucha tej propagandy rodem z PRL-u. Przecież ten styl konstruowania przekazów informacyjnych, styl mówienia, myślenia i tłumaczenia jest wypisz wymaluj z czasów komuny. I wciąż to działa na ludzi.

Jakie ma pan prognozy?
Pesymistyczne. Tym bardziej jest mi przykro, że PiS przytrafił się nam właśnie w momencie, gdy ciężka, mozolna praca Polaków w stronę integracji z Zachodem zaczęła przynosić efekty. Mieliśmy jakąś pozycję w Europie wbrew temu, co mówi władza. Nie byliśmy na kolanach przed Unią Europejską. Za to teraz jesteśmy, bo nikt nas nie słucha, straciliśmy wiarygodność. Za chwilę nikt nie będzie chciał z nami rozmawiać. Putin zaciera ręce, bo od dawna chce zdestabilizować Unię Europejską, a teraz może to robić również naszymi rękami. Tak się teraz niefortunnie ustawiamy, że za chwilę będziemy skłóceni ze wszystkimi. I z Zachodem, i z Rosją.

Dziś nadal chce pan mieszkać w Polsce? Może jednak ta Anglia?
Anglia też już nie jest w tej chwili normalnym krajem. Mam pecha, że należę do dwóch krajów, gdzie jeden zupełnie zwariował, a drugi wprawdzie jest w silniejszej pozycji, ale też coś mu odbiło. Przez wiele lat byłem szczęśliwy mając do dyspozycji paszport brytyjski i polski. Teraz nie jest już różowo.

Robił pan zdjęcia podczas niedawnych masowych protestów przeciwko reformie sądownictwa. To było dla pana interesujące zawodowo?
To były wydarzenia, które mnie osobiście poruszyły i jednocześnie były jakąś kontynuacją wszystkiego, co robiłem przez lata. Ale teraz nie pracuję już dla żadnej agencji czy czasopisma, więc nie muszę być neutralny.

A kiedykolwiek było to dla pana trudne?
Dawniej po prostu było jasne po której stronie się stoi. Mówię oczywiście o czasach PRL-u. Ale wtedy publicznie nigdy się nie wypowiadałem. Teraz zacząłem. Być może są ludzie, którzy uważają, że niepotrzebnie, ale chcę powiedzieć co myślę i czuję. Uważam, że nikt z nas nie powinien teraz siedzieć cicho.

Co pan widział w ludziach protestujących pod sejmem i na Krakowskim Przedmieściu?
Podchodziłem bardzo blisko, robiłem zdjęcia w bliskich planach. Patrzyłem na te twarze i dostrzegałem w nich troskę o kraj. To były twarze łagodne, jakże inne od tych zacietrzewionych twarz widzianych na miesięcznicach smoleńskich czy marszach narodowców. To byli fajni, normalni ludzie, którzy martwili się o swój kraj. Nie było agresji, za to dużo poczucia humoru. Myślę, że w ogóle ironia, humor, naśmiewanie się to jest najsilniejsza broń opozycji.

Polityka dziś podważa przyjaźnie, weryfikuje wieloletnie znajomości, ludzie się kłócą o poglądy, wyrzucają się ze znajomych na Facebooku z powodu sympatii politycznych. Pana też zaskoczyły wybory znajomych?
Tak i nie mogę tego zrozumieć. Mamy z żoną to samo towarzystwo od lat, wydawałoby się, że dobrze znamy tych ludzi, że przecież są inteligentni. A teraz się okazuje, że niektórzy z nich popierają partię, która działa niedemokratycznie. Sam nie wiem, może rzeczywiście w niektórych ludziach jest jakaś ukryta ekstremalna prawicowość, może lubią te uproszczenia, twardą rękę, tylko wcześniej się z tym nie ujawniali. I to rzeczywiście bardzo psuje towarzyskie relacje. Powinniśmy rozmawiać, ale oni nie są już skorzy do dyskusji z nami.

W tym roku wydał pan książkę, niezwykły album „1989. Rok nadziei”. Nie czekał pan na okrągłą rocznicę?
Uważam, że warto przypomnieć Polakom jak ważny był ten rok, ile on dał Polsce, co się tak naprawdę wtedy wydarzyło. Patrząc na to, co tu i teraz dzieje się z naszym społeczeństwem, uznałem, że nie ma na co czekać.

Patrząc na zdjęcia z tamtych lat wydaje się, że niemal wszędzie był ciekawy obiekt do utrwalenia. Dziś rzeczywistość wydaje się spłaszczona.
Mam z tym problem. W latach 80. wszystko było ciekawe. Abstrakcja i surrealizm tamtych czasów był błogosławieństwem dla fotoreportera. Dziś już tak nie jest. Chciałbym zrobić album o nowej Polsce, ale nie bardzo wiem gdzie tu zacząć. Rzadko można złapać wyjątkowe wydarzenie, kogoś bardzo charakterystycznego, sytuację, która nie jest nudna. Oczywiście czasem coś się trafi, ale ludzie są dziś bardzo do siebie podobni.

A co pana w nich interesuje?
Oczywiście emocje. Te, które można uchwycić w oczach. To jest warte fotografowania. Nie powiem, że zawsze to łapię, ale staram się. To, że jesteśmy w stanie uchwycić na zawsze jakiś ważny moment w tym, co człowiek przeżywa, pociąga wszystkich fotografów.

Z tymi emocjami na zdjęciach fotoreporterskich bywa różnie. Granica między zdjęciem etycznym, a takim, który żeruje na nieszczęściu jest cienka.
Powołam się na przykład, który przy tym temacie często przychodzi mi do głowy. Gdy umarł Andriej Sacharow, radziecki fizyk, noblista, dysydent, wszyscy fotoreporterzy, którzy byli wtedy w Moskwie natychmiast pojechali do niego do domu. I niektórzy, głównie Francuzi, bo to oni chyba najbardziej ze wszystkich znanych mi zachowują się jak przysłowiowe „hieny dziennikarskie”, wtargnęli do jego mieszkania. Być może martwy Sacharow leżał wtedy jeszcze na podłodze. I ci fotoreporterzy później chwalili się, że zrobili mu zdjęcia.

Pan nie chciał?
Powiedziałem od razu, że tam nie wejdę. Pracowałem dla poważnego czasopisma i uznałem, że nie będę robił takich zdjęć. Pomijając już kwestie etyczne, związane z narażaniem rodziny zmarłego na dodatkowy stres i niekomfortową sytuację. Ale byłem wyjątkiem.

A było odwrotnie? Że pan chciał, ale panu nie pozwolono. Pomijam fotografowanie w czasie stanu wojennego.
Pamiętam taką sytuację w Azerbejdżanie, w Baku. Niemal na moich oczach samochód z dwoma pasażerami uderzył (chyba specjalnie) w radziecki transporter wojskowy. Usłyszałem huk, podbiegłem, zobaczyłem co się dzieje. Pojawili się gapie, ale też żołnierze radzieccy. I jeden z nich podszedł do mnie i powiedział po angielsku, że jeśli dalej będę robił zdjęcia, to mnie zastrzeli. Więc to było dość oczywiste, że przestanę fotografować.

Nie chciał pan robić relacji z konfliktów zbrojnych?
Nie jeździłem jako korespondent na wojny. Byłem raz, na końcówce wojny na między Serbią a Słowenią. Ostatniego dnia pojawiłem się na granicy austriacko-słoweńskiej, gdzie skosztowałem wojennej rzeczywistości. I wtedy już wiedziałem, że to nie dla mnie. Do takiej pracy trzeba mieć odpowiednią psychikę. Chociaż i wtedy to się często źle kończy. Mając żonę i dziecko wiedziałem na sto procent, że nie chcę wyjeżdżać w takie miejsca, że nie będę w takiej pracy dobry. „Time” zresztą szybko wyczuł mnie i moi szefowie wiedzieli, że w tej materii pożytku ze mnie nie będzie.

Ale w Polsce w czasie stanu wojennego też pan ryzykował.
Tak, ale po pierwsze na początku nie wiedziałem do końca jak to będzie, do czego może posunąć się władza. Po drugie jako korespondent zagraniczny miałem jednak pewną ochronę. Więc raczej ryzykowałem byciem aresztowanym, albo utratą swoich zdjęć, a to coś zupełnie innego niż realne zagrożenie życia na wojnie.

Ówczesna władza próbowała pana zagarnąć na swoją stronę?
Chcieli, żebym robił dla nich zdjęcia. Chwalili mnie, że robię je świetnie, lepiej niż oni, więc byłoby wspaniale, gdybym dawał im jakieś odbitki z manifestacji. Wybroniłem się mówiąc, że ja nie wywołuję tych zdjęć, dokładnie nie wiem co na nich jest, bo od razu wysyłam filmy do USA, bez uprzedniego oglądania. Próbowali kilkakrotnie, ale w końcu dali mi spokój. Kiedyś też przechwycili mój aparat, wezwali mnie i powiedzieli: „Wie pan, mamy pański sprzęt fotograficzny, więc może jednak zdecyduje się pan na współpracę z nami?”. Ja im wtedy powiedziałem, że dla mnie taki aparat ma wartość jednego dnia pracy, więc jak bardzo chcą, to mogą go sobie wziąć. Oczywiście łatwiej było zgrywać bohatera jak się miało brytyjski paszport i akredytację korespondenta zagranicznego. Polscy fotoreporterzy byli w znacznie gorszej sytuacji.

Czy jest pan sentymentalny?
Chyba tak. W kinie płaczę. (śmiech) Wszystkie ckliwe końcówki filmów na mnie działają. Dobrze, że w kinie jest ciemno.

Ma pan przyjaciół z młodości, z lat spędzonych w Anglii?
Jestem w kontakcie z dwoma kolegami, z którymi w młodości graliśmy w kapeli rockowej. Ja byłem perkusistą. Właśnie robimy come back. (śmiech) Spotykamy się pod Poznaniem, gdzie teraz mieszka jeden z nich. Co kilka miesięcy jeżdżę na próby. Mamy nadzieję, że damy znów jakiś publiczny koncert.

Gdzie trenujecie?
Wcześniej w salonie, co było uciążliwe dla rodziny tego kolegi. Ale teraz przenieśliśmy się do basenu. (śmiech) Tak, w tym domu jest kryty basen, z którego nikt nie korzysta, nie ma w nim wody, więc wpakowaliśmy do jego wnętrza instrumenty i tam mamy próby. To jest całkowity surrealizm. Suchy basen, niebieskie kafelki i my.

Ci koledzy od kapeli to też, tak jak pan, Polacy urodzeni w Londynie. A czy przyjaźnił się pan jako dziecko z Anglikami?
Muszę przyznać, że zawsze był to dla mnie jakiś problem. Jako Polak urodzony w Anglii i to jeszcze tuż po wojnie, byłem wychowywany w duchu przedwojennym, jak to się ładnie mówi: Bóg, honor i ojczyzna. Więc i ja, i moi polscy koledzy podkreślaliśmy, że jesteśmy Polakami. Odstawaliśmy trochę od tych angielskich dzieciaków. Trzymaliśmy się razem. Niektórzy się co prawda wyłamywali, zapominali o polskich korzeniach i się anglicyzowali, ale ja zawsze miałem z tym problem. Jakoś nie czułem się idealnie wśród Anglików, choć nic złego nie mogę o nich powiedzieć. Wolałem przyjaźnić się z polskimi chłopakami. Później jako nastolatek coraz częściej przyjeżdżałem do Polski na wakacje i czułem, że coraz bardziej ciągnie mnie do tych stron.

Tu było biednie, a tam bogato. I zupełnie inne perspektywy na przyszłość.
Tak, ale jak się ma naście lat, to nie jest to najważniejsze. A na pewno nie było w tamtych czasach. Mnie ciągnęła do Polski serdeczność, gościnność i przyjacielskość polskiej młodzieży.

W swojej książce napisał pan, że mógłby policzyć na palcach obu rąk ile razy był u kogoś w angielskim domu.
To prawda. Oni rzadko zapraszali. Mieszkałem tam przez ponad 20 lat, urodziłem się w Londynie, mówiłem jak Anglik, ale jednak nie poznałem tej gościnności. Co innego w Polsce.

Od progu herbatka…
Ja w ogóle jestem fanem herbaty. Nie tylko samego napoju, ale rytuału. Na każdą rozmowę z kimś, każde pocieszenie, omówienie czegoś, od razu stawiam herbatę. Mam taki odruch, że jak tylko wchodzę do domu, od razu włączam czajnik. To jest jednak bardzo brytyjski rytuał i to właśnie w Anglii tego się nauczyłem. Choć oczywiście w Polsce herbata też jest bardzo popularna.

Pije pan angielską czy parzoną po polsku?
Najpierw piłem angielską na angielski sposób. Czyli mocną i z mlekiem. Ale kiedy przyjechałem do Polski, odzwyczaiłem się, bo wtedy dostępne mleko było po prostu niesmaczne. Więc od dawna piję już na sposób polski.

Ale imię nadal angielskie. Po tylu latach w Polsce nie chciał pan zostać Krzysztofem?
Miałem szansę zostać Krzysztofem, gdy przyjmowałem polskie obywatelstwo. Urzędniczka zapytała czy chcę spolszczyć imię. Ale pomyślałem, że nie, nie będę tego zmieniał, byłem już przez tyle lat przyzwyczajony do Chrisa. Tym bardziej, że w Polsce zabrano mi moje trzecie imię. Tu można mieć tylko dwa. I moje najbardziej polskie, czyli Władysław skasowali. W Anglii jestem Christopher Jan Władysław. Dwa ostatnie imiona mam po ojcu i dziadku, taka była tradycja w naszej rodzinie. Ale w Polsce został mi tylko Christopher Jan. I kiedy urodził się mój syn Filip, też bardzo chciałem nadać mu dwa dodatkowe imiona, po mnie i moim ojcu. Ale i w tym przypadku urzędnicze procedury pozostały nieugięte wobec naszej rodzinnej tradycji.


Chris Niedenthal (ur. 1950) – fotograf, fotoreporter uznawany za autora najsłynniejszych w historii zdjęć z bloku wschodniego. Urodził się w Wielkiej Brytanii w rodzinie polskich emigrantów. Jego zdjęcia publikowały największe na świecie magazyny, m.in. „Newsweek”, Time”, Forbes” i „Der Spiegel”. Jako pierwszy zagraniczny reporter fotografował strajk stoczni w Gdańsku. Zdobywca World Press Photo za portret przywódcy węgierskich komunistów Jánosa Kádára. Mieszka w Warszawie.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!