Kultura

Andrzej Saramonowicz

Ciągle hulam, gdzie chcę

Przecież to pani się uparła, żeby szybko robić ten wywiad. Uznałem więc, że skoro mam wolne trzy godziny w trakcie strzyżenia psa, to akurat świetna okazja, by pogadać. Nie ma tu nic z ustawiania”.

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Marek Straszewski
Stylizacja: Vistula

WEMEN: Jest Pan narcyzem?
ANDRZEJ SARAMONOWICZ: Bywam.

Trochę?
Trochę więcej niż trochę.

To pomaga?
Nie wiem. Nigdy nie byłem nie-narcyzem, więc nie mam porównania. Ale muszę tu wprowadzić ważną korektę: owszem, dostrzegam w sobie duże pokłady miłości własnej, ale ja – w przeciwieństwie do przeważającej części narcyzów, jakich poznałem – jestem wobec siebie szczerze krytyczny. I się z siebie śmieję, i drwię. Więc może ten mój deklarowany narcyzm jest jedynie częścią pancerza, jaki nakładam, kiedy wyruszam z zamku, by mierzyć się ze światem. Razem z arogancją, nieprzystępnością, wyniosłością. Takie moje pola siłowe, by mnie nikt nie dźgnął śmiertelnie. Bo jak zostaję sam ze sobą, to nigdy nie myślę „Andrzej, jaki jesteś fajny”, tylko widzę same niedoskonałości. I winię się, że jeszcze tyle we mnie do poprawienia.

Ale lubi Pan dominować. Nie znamy się zbyt dobrze, ale szybko wyczułam jak ustawia Pan relacje. Wyznacza kto jest kim w rozmowie.
Niby jak ustawiam?

Najpierw odmówił mi Pan wywiadu. W zamian zaproponował, żebym zrobiła go z Pańskim przyjacielem Grzegorzem Małeckim. Zgodził się Pan dopiero za drugim razem, kiedy okazało się, że tamta rozmowa się udała. A teraz jedziemy do fryzjera z Pańskim psem…
Tak wyszło. (śmiech) Po prostu wcześniej nie miałem czasu. A pani się uparła, że już, że szybko. Poza tym uznałem, że skoro mam wolne trzy godziny w trakcie strzyżenia psa, to akurat świetna okazja, by pogadać. Nie ma tu nic z ustawiania.

Andrzej Saramonowicz, zdj. Marek Straszewski

To może kiedyś będziemy się kumplować?
Nie jestem nadmiernie otwarty. Potrzebuję sporo czasu, by przejść z relacji oficjalnej do zażyłości. Owszem, jeśli ktoś zdobędzie moje zaufanie, jestem bardzo lojalnym przyjacielem. Ale żeby tak „z ulicy”, to nie.

Nie jest Pan towarzyski?
Znam tyle osób i tyle osób zna mnie, iż może powstać złudzenie, że jestem towarzyską osobą w rozumieniu „bywalec”. Ale tak nie jest. Ja nie jestem towarzyski, ja jestem rodzinny. Większość czasu spędzam w domu z bliskimi.

To gdzie to celebryckie życie?
W dupie. Tam, gdzie jego właściwe miejsce. Owszem, mam nieco ekscentryczny zawód (w końcu reżyserów nie jest za dużo), ale to nie powód, by się ekscentrycznie nosić w życiu prywatnym. Żyję zwyczajnie: mam żonę, od 33 lat tę samą, córki, psa. Prowadzę życie jak każdy: śniadanie, dzieci do szkoły, potem praca. Polegająca głównie na pisaniu. A ponieważ i moja żona, Małgorzata Saramonowicz, jest pisarką, więc u nas w domu pisanie też jest częścią najzwyklejszego życia.

I w przerwie obiera Pan ziemniaki?
Same się nie obiorą. I kupuję je też, da pani wiarę? Chodzę do sklepów, tych zwykłych, gdzie wszyscy, ubieram się tam gdzie wszyscy, bywam w zwykłych knajpach. I jestem zadowolony, że najczęściej nikt mnie nie rozpoznaje. Czasem coś tam komuś zaświta, ale nie bardzo wie, do czego moją twarz przyporządkować. Na szczęście nie jestem Tomkiem Karolakiem. Jak się z nim gdzieś jest w miejscu publicznym, to wszyscy się gapią. Dla mnie to koszmar. Nieszczęście, od którego nie można uciec. Dlatego bardzo sobie cenię moją ograniczoną popularność. Przyjemność rozmycia się w anonimowości jest wspaniała.

Andrzej Saramonowicz, zdj. Marek Straszewski

Wróćmy na chwilę do towarzyskości. Osłabła z wiekiem?
Osłabł przymus przebywania z ludźmi. Jako młodziak byłem histerycznie towarzyski. Może zresztą to wynikało ze specyfiki czasów, wszak moja nastoletniość przypadła na okolice stanu wojennego, specjalnie nie było nic do roboty, więc bardzo często spotykaliśmy się z przyjaciółmi. Wtedy jeśli chciało się z kimś zadawać, trzeba było się z nim widzieć, bo wirtualnych komunikatorów nie było. Więc myśmy się wszyscy bez przerwy widzieli. To bardzo sprzyjało nawiązywaniu relacji.

Teraz nie trzeba się widzieć, by być w towarzystwie.
Przyglądam się pokoleniu moich córek i myślę, że oni wszyscy mają wielki problem z przyjaźnią. Wydaje się im, że nawiązują trwałe relacje, ale to ułuda. Bo nie wystarczy napisać do siebie kilku wiadomości na fejsie. Przyjaźń to obowiązek i wysiłek, który polega na tym, że ja ruszam dupę i zmierzam do jakiegoś miejsca i ten drugi też rusza dupę i zmierza do tego samego miejsca. Proszę „miejsce” rozumieć metaforycznie, ale nie cybernetycznie. W internecie się go nie znajdzie.

Ma Pan przyjaciół z okresu młodości?
Mam. Marcin Baczyński to mój najbliższy przyjaciel od pierwszej klasy liceum. Siedzieliśmy przez lata w jednej ławce, a nauczyciele wmawiali nam, że nigdy w życiu niczego nie osiągniemy. On napisał obie części „Listów do M.”, a ja „Testosteron” i „Lejdis”. Być może istotnie się zmarnowaliśmy, ale za to przy wielomilionowej widowni… (śmiech)

Co najgłupszego zrobiliście razem?
Milion idiotycznych rzeczy. Na przykład próbowaliśmy w stanie dalekim od trzeźwości latać na dywanie z szóstego piętra. Na szczęście koleżanki – uczepiwszy się tego dywanu, który już wisiał za oknem – uratowały nam życie. Albo przychodziliśmy do bloku obok szkoły, w którym drzwi do mieszkań otwierały się do wewnątrz i wiązaliśmy je liną. Zostawialiśmy trochę luzu i dzwoniliśmy pod te dwa adresy. I jak jedna osoba otwierała, to drugie drzwi się zamykały. I ci ludzie nie wiedzieli o co chodzi, prowadzili ze sobą dramatyczną konwersację, nie mając świadomości, że ich drzwi są związane. Teraz jak o tym opowiadam, widzę wyraźnie, jakie to żenujące, ale wówczas bawiło nas to wielce. Albo inny numer: Marcin mieszkał w 10-piętrowym bloku i jako jedyny miał mieszkanie z wyjściem do ogródka. A przy drzwiach do klatki schodowej były w tym wieżowcu takie uszka na kłódkę, całkiem nie wiadomo po co. Więc wymyśliłem, że jak zatrzaśniemy na tych drzwiach kłódkę, to wszyscy ludzie wychodzący o świcie do pracy, nie będą mieli jak się wydostać, więc przejdą przez mieszkanie państwa Baczyńskich. Przez ten ich ogródek. Przyszliśmy o 6 rano z innymi kolegami i zamknęliśmy 10-piętrowy wieżowiec na kłódkę, a potem ,w znakomitych humorach czekaliśmy, co się wydarzy, wyobrażając sobie, jak to wszyscy sąsiedzi przechodzą przez pokój, w którym pod kołdrą leżą zakłopotani rodzice Marcina.

Udało się?
Zaskoczenie ludzi, którzy wychodzili do pracy było gigantyczne. Mróz, potworna zima, chyba właśnie stan wojenny. Ludzie śpieszą się, wychodzą do pracy, są czymś znękani i nagle patrzą, a ich dom jest zamknięty na kłódkę. Co pasowało zresztą do tamtych czasów. I to zdumienie mieszkańców nas bardzo bawiło. Niestety, żart się nie do końca udał, bo ktoś zadzwonił po ciecia z piłą, więc mieszkanie Baczyńskich nie zamieniło się w pasaż ewakuacyjny. Boże, to strasznie głupie, co opowiadam…

Już zaraz głupie… (śmiech)
To sporo mówiło o czasach, w jakich dorastałem. Jako nastolatkowie byliśmy rozpięci między chłopięcą niefrasobliwością i prawdziwą grozą. Bo w tym samym mniej więcej czasie i miejscu zabito Grześka Przemyka, który był naszym równolatkiem. Tak, za komuny życie poza szkołą było znacznie smutniejsze niż to w szkole. Dlatego właściwie nie wagarowaliśmy. Bo szkoła to było miejsce codziennych jaj.

Andrzej Saramonowicz, zdj. Marek Straszewski

Domyślam się, że do czasu.
Do momentu, aż postanowiono zrobić z nami porządek. Marcina wyrzucono ze szkoły, ja dostałem nieodpowiedni ze sprawowania, podobnie trzeci z naszej trójki klasowych muszkieterów, Witek Jacórzyński. Dziś jest profesorem filozofii i etnologii w Meksyku, wybitnym specjalistą od kultury Indian. Też mu mówiono, że się zmarnuje.

Odczuwa Pan dużo stresu w życiu codziennym?
Jak każdy.

Jak sobie Pan z tym radzi?
Sram na to.

To jeden z tych sposobów, z których ludzie zbyt rzadko korzystają.
Próbuję łapać dystans i coraz mniej przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu. Z wiekiem udaje mi się to coraz lepiej. Z natury jestem człowiekiem pobudliwym, cholernym wręcz cholerykiem. We wszystko się angażuję i wszystko próbuję jak najszybciej rozstrzygnąć. Jeśli mi na czymś zależy, walczę do upadłego. A teraz powtarzam sobie: „czy warto się aż tak zabijać? Czy naprawdę potrzebujesz tego, czego w tym momencie tak bardzo chcesz?” I często okazuje się, że nie. Dziś staram się właściwie zarządzać swoją energią. Nie bywać bezproduktywnie nadaktywny.

Szczęśliwy człowiek, który odnalazł spokój bez pomocy terapeuty…

Nigdy nie chodziłem na terapie, ale czytałem o nich wiele i doszedłem do wniosku, że większość z nich jest o dupę potłuc. Ale jeśli komuś to pomaga, to bardzo proszę. To jak z placebo – nie przeszkadza. Nie chcę być zresztą niesprawiedliwy, z pewnością są wspaniali terapeuci, ale ich nie spotkałem. Spotykam za to wiele osób, które na terapię chodzą i gówno im to pomaga.

A co z hejtem? Przeżywa go Pan?
Okoliczności życiowe jakie mnie kiedyś spotkały, w pewien sposób uodporniły mnie na hejt.

Andrzej Saramonowicz, zdj. Marek Straszewski

Pogadajmy chwilę o tych okolicznościach.
Kilkanaście lat temu próbowano mnie wmanewrować w plagiat. Było nieprzyjemnie, na szczęście oskarżyciele dość szybko się skompromitowali. Ale nie było to miłe, bo niewiele brakowało, by ktoś – dla niskiej chęci nieuczciwego zysku – nie zniszczył mi życia.

I naprawdę dziś jest już Pan odporny na hejt?
Nie jest miło czytać o sobie nikczemne rzeczy i takie rzeczy bardzo się przeżywa, ale one uczą pewnej obojętności i gruboskórności, więc już się tym tak bardzo nie przejmuję, jak kiedyś. Zatem jeśli ktoś pisze, że jestem niezdolny czy głupi, no to, na Boga!, swoje o sobie wiem. Dość dobrze zdaję sobie sprawę z tego, co potrafię, a czego nie. I nienawiść – choć ciągle nieprzyjemna – nie boli mnie tak silnie, jak dawniej.

Ale jest przyjemnie, jak pod każdym pana postem na Facebooku w kilka chwil robi się kilka tysięcy lajków i setki komentarzy.
Cokolwiek odpowiem, będzie źle. Jeśli powiem, że zupełnie się tym nie podniecam i co więcej, że jestem zaskoczony popularnością mojej fejsbukowej aktywności, zakrzykną, że jestem kabotynem, co udaje skromnego. A jeśli powiem: tak, byłem pewien, że tak się stanie, usłyszę: „co za zarozumiały dupek!”. Więc może powiem jedynie, że nie martwi mnie to, że bywam zauważany za przyczyną tego, co piszę, a nie tego, jaką mam furę czy ciuszek.

Tłumy do pana lgną? Ma pan naturę lidera?
Wiele lat temu, kiedy kończyłem reżyserię w Szkole Wajdy, uczący tam mój wielki mistrz Wojciech Marczewski powiedział mi – w związku z wspomnianymi już oskarżeniami o plagiat – że wielu silniejszych ode mnie będzie mnie próbowało zniszczyć, bo ja ogniskuję wokół siebie ludzi. I żebym był na to przygotowany, bo liderzy bywają zaborczy i nie znoszą konkurencji. Bardzo mnie to zdziwiło, wydawało mi się to wówczas kompletnie niedorzeczne, bo rozglądałem się i nie widziałem, by ktokolwiek się wokół mnie zbierał. Ale Marczewski wiedział o mnie chyba więcej niż ja sam. Istotnie, wokół niektórych ludzi naturalnie zbierają się inni i we mnie jest ten rodzaj przyciągania, choć robię wiele, by tak się nie działo. To chyba instynkt samoobronny: mam tak wiele tyrana w sobie, że muszę zasypywać przed sobą te ścieżki, które mogą mnie doprowadzić do miejsc, z których da się kierować i manipulować ludźmi. Więc bardzo konsekwentnie wybieram pozycję outsidera. Samotnego wilka, co chodzi gdzieś po połoninie i poluje bez kompanów, I który wyzbył się ambicji, by przewodzić większym czy mniejszym watahom. Kończąc temat – nawet jeśli mam dar przyciągania, nic z nim nie robię i nie zrobię. Nie stworzę obywatelskiego ruchu protestu ani nie zorganizuję partii.

Ten Facebook to teraz trochę taka Pana partia.
Bez przesady. Ja się tam zajmuję wyłącznie dystrybucją myśli. I lubię interakcję między mną, a tymi, co mnie czytają. Nawet polemicznie. A może przede wszystkim, kiedy jest polemicznie. To uczciwa gra. Ludzie reagują na moją publicystykę, czasem ostro, ale też wiem, że cenią, że to robię. Bo czują, że robię to dla nich, i że jest to bezinteresowne. Takie współistnienie: ja jestem dla nich, oni dla mnie.

Andrzej Saramonowicz, zdj. Marek Straszewski

Facebook stał się Pana prywatną gazetą?
Coś w tym jest. Po to te kilkadziesiąt tysięcy ludzi obserwuje codziennie mój profil, bym dla nich pisał. Więc piszę i nie znikam na kilka dni, nawet kiedy mi się odechciewa. Bo jak już otworzyłem ten teatr, to teraz mam w nim grać 30 dni w miesiącu. Łaski nie robię.

Po byciu dziennikarzem, filmowcem i pisarzem, w pewnym sensie zatoczył Pan koło.
Zawodowo mam kilka żyć. Najpierw byłem dziennikarzem, później robiłem filmy, które stały się bardzo głośne, potem napisałem pierwszą powieść, wkrótce wydaję kolejną. A dzięki Facebookowi powróciłem do publicystyki. I to na tyle skutecznie, że czasami ktoś mnie na ulicy zaczepia, by powiedzieć, że mnie czyta. Czasami nawet wydaje mi się, że ta moja codzienna gazeta internetowa jest silniej komentowana niż film. Ale może to dlatego, że od kilku lat nie nakręciłem nic nowego.

Bardziej prestiżowy jest zawód dziennikarza czy filmowca?
Myślę, że gdybyśmy zapytali internautów, to odpowiedzieliby z właściwą sobie bezpośredniością: „jeden ch…j”. I dodaliby, że jednych i drugich należy wrzucić do wora i zakopać, bo „kradną nasze pieniądze”. A tak poważnie: mnie od zawsze świat fikcji i kreacji pociągał znacznie bardziej niż zapis dziennikarski. Do dziennikarstwa trafiłem zresztą trochę przez przypadek: poszedłem do Gazety Wyborczej w 1990 roku, by opisywać mecze na mistrzostwach świata w piłce nożnej. To miało trwać miesiąc, ale opisywałem je na tyle udatnie, że zaproponowano mi, bym został. A po kilku miesiącach w dziale sportu trafiłem do sekretariatu redakcji i zacząłem wydawać całą gazetę. Miałem 26 lat, więc cóż się dziwić, że wciągnęło mnie to z butami. Minęło pięć lat, zanim dotarło do mnie, że ja nie chcę być całe życie redaktorem. Ani w Gazecie Wyborczej, ani nigdzie! Że chcę pisać! I że to mają być scenariusze filmowe. A potem zamarzyłem, że będę te filmy reżyserował. Przez kilka lat środowisko reżyserów patrzyło na mnie z ukosa, bo nie skończyłem szkoły filmowej w Łodzi. A dziś jestem w zarządzie Gildii Reżyserów Polskich. A jednocześnie coraz częściej wracam do publicystyki, także politycznej. Ale uprawiam ją wyłącznie na własny rachunek. Za żadne skarby nie chciałbym być dziś dziennikarzem politycznym. Dziś – gdybym znowu zaczynał – kurczowo trzymałbym się sportu. Bo, tak sądzę, z wszystkich kierunków dziennikarskich, to żurnalistyka sportowa jest w Polsce na najwyższym poziomie. Żaden dziennikarz polityczny nawet nie zbliża się fachowością do tego, co wiedzą i jak potrafią opowiadać o piłce nożnej panowie z redakcji sportowej Canal+. Budzą mój największy szacunek.

Nie ogląda Pan już politycznej publicystyki?
Czasem tak, ale szczerze mówiąc, kiedy przełączam na programy polityczne, to widzę tak zwaną bryndzę. A w sporcie wszystko jest czyste, nawet faule. I ciągle mam wielką frajdę, czytając o sporcie. A o polityce nie. Kiedyś tak nie było. Jeszcze na początku lat 90. wierzyliśmy, że da się czysto i opisywać politykę. Dziś media się podzieliły jak politycy na „my” i „oni”. Zanikł jakikolwiek opis obiektywny. Co gorsze, większość mediów czeladnikuje przy formacjach politycznych i nawet nie skrywa swoich sympatii. Zamiast opisywać świat, próbują go lepić. Niestety, najczęściej z gówna.

Kto zawinił?
Myślę, że za to nieprawdopodobne skrzywienie i zbydlęcenie przekazu dziennikarskiego mimo wszystko odpowiadają prawicowe pisma. Te, co powstały kilka lat temu w upokorzeniu trwania poza „żłobem mainstreamu”, i które uznały, że swoim politycznym idolom trzeba pomóc dojść do władzy, chociażby po trupach. Także po to, by potem podzielić się „łupami”. To nie znaczy, że uważam, że Gazeta Wyborcza czy Newsweek są tu bez winy. Wiele fałszu i jadu wylało się także z ich stron przez ostatnie lata, niestety. Ale brutalność narracji to „zasługa” Gazety Polskiej, Do Rzeczy, W Sieci, Gazety Warszawskiej. To przerażająca zmiana, która zmienia dziennikarstwo w dziurę kloaczną. Przyjdzie nam za to zapłacić cenę ogromną.

ms_A Saramonowicz_WeMen ret _27.07.2016352563

Skoro już tak blisko nam do rozmowy o władzy, to czy Pana posiadanie władzy demoralizuje?
To się zmienia w zależności od wieku. Gdy miałem 27-28 lat, zarządzałem już dużymi zespołami w redakcji. Wydawało mi się, że jestem szefem-kolegą. Ale część ludzi narzekała, bo jednak moja apodyktyczność dawała im się we znaki. Na planie filmowym też podobno ludzie się mnie boją, ale dziś staram się swojej władzy nie nadużywać. Człowiek rozumny z wiekiem robi się bardziej świadomy własnej siły, więc przestaje z nią szarżować. Duży pies mniej szczeka niż mały. Po prostu jest, i to wystarczy, by budził respekt. Poza tym od pewnego czasu, jak już wspomniałem, unikam sytuacji, w których mam władzę nad ludźmi. Jako pisarz siedzę przecież głównie sam. Oczywiście próbuję czasem roztoczyć jakąś demiurgiczną mgiełkę na Facebooku… (śmiech) Ale zawsze można mnie wyłączyć.

Powiedział Panu ktoś kiedyś: “Saramonowicz, nie da się z tobą pracować. Strasznie się rządzisz”?
Tak, chyba tak, ale częściej ja komuś mówiłem, że się nie da z nim pracować. (śmiech) Dziś, jeśli robię film, gdzie jestem i scenarzystą, i reżyserem, i producentem, to liczę na to, że ludzie zrozumieją, że to ja mam ostatnie zdanie. Ale przecież kiedy pisałem scenariusz dla Andrzeja Wajdy, też doskonale znałem swoje miejsce w szeregu. Poza tym dla mnie władza wiąże się z odpowiedzialnością. Ja od wielu lat czuję się człowiekiem bardzo odpowiedzialnym i to mnie mocno dyscyplinuje.

Jeśli nie władza, to co Pana demoralizuje?
Brak sukcesu. Pamiętam to uczucie, kiedy byłem młodym dziennikarzem i musiałem robić wywiady, tak jak teraz pani. Jeździłem na festiwale do Gdyni, patrzyłem na te dziwne, często okropne filmy, widziałem zachwyconych sobą reżyserów i myślałem sobie: „czy ty, Andrzeju, naprawdę musisz się nimi zajmować? Zajmij się sobą! Potrafisz lepiej!”. I gdzieś wewnętrznie taka nieprzyjemna żółć mnie zalewała. Starałem się nie dawać temu wyrazu, ale czułem to. Z drugiej strony od dość dawna miałem przeczucie swojej wewnętrznej siły i tego, że cele, które sobie postawiłem, są w moim zasięgu. A odkąd zacząłem osiągać sukcesy, bardzo się wyciszyłem i uspokoiłem. Jakby wszystko wróciło na właściwe miejsce.

Sukces Pana napędza?
Nie w tym sensie, że pompuję się tym, co zrobiłem. Bo ja cierpię na nieustanne nienasycenie. Dla mnie zawsze sensem było zdobywanie, a nie posiadanie. Jak już coś osiągnę, nie przeglądam się w tym. Nie mówię sobie: „o kurwa, ale żeś zrobił film!” i przez dziesięć lat go codziennie oglądam. Odhaczam to zadanie jako zamknięte i szykuję się na nowe.

Czuje się Pan w tym wszystkim wolny?
Wolność ma wiele form. I często jedną z głównych jej przeciwniczek wcale nie jest zewnętrzna okoliczność (nie mogę, bo nie mogę), ale wewnętrzne poczucie odpowiedzialności za coś, czego się człowiek podjął i powinien w tym wytrwać (nie mogę, bo nie chcę). Mam wiele ograniczeń, wynikających z odpowiedzialności za podjęte zobowiązania życiowe, ale czy to czyni mnie niewolnym? Jeśli nawet, to ledwie w niewielkiej części mnie. Szczęśliwie część większa nieustanie hula jak i gdzie sobie zamarzy.


Andrzej Saramonowicz (ur. 1965) – jeden z najpopularniejszych polskich reżyserów, scenarzystów i pisarzy. Przez wiele lat był dziennikarzem “Gazety Wyborczej”. Jego komedie: “Lejdis”, “Testosteron” i “Idealny facet dla mojej dziewczyny” zebrały w kinach wielomilionową widownię. Autor bestsellerowej powieści “Chłopcy”. Właśnie kończy pisać nową książkę. W przyszłym roku zamierza nakręcić kolejny film. Jest aktywnym komentatorem życia na Facebooku. Jego profil obserwuje prawie 40 tysięcy osób.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!