Kultura

Andrzej Saramonowicz o „Pokraju”

Wierzę w polskość niemiałkomyślną

Dziś za człowieka kochającego kraj może uchodzić troglodyta w koszulce z napisem „Cały nasz chuligański trud tobie ukochana ojczyzno!”, który o kulturze Polski nie ma zielonego pojęcia. To jak ja mam siedzieć cicho?

Rozmawia: Monika Sobień
Zdjęcia: Dorota Czoch

WeMen: Dlaczego chciałeś napisać książkę polityczną? Nie masz już dość tego szlamu, który wylewa się z każdego medium?

ANDRZEJ SARAMONOWICZ: Ja nie myślę o „Pokraju” jako o książce politycznej. Kiedy pojawił mi się w głowie zalążek pomysłu, wiedziałem tylko, że chcę, by ta powieść była hołdem dla Edmunda Niziurskiego i jego twórczości. Za to, co zrobił dla mnie i mojego pokolenia. Za jego inteligencję i poczucie humoru, które mnie i wielu bliskich mi ludzi ukształtowały, dały nam literacki smak, uformowały myślenie języku i dowcipie. Uświadomiłem sobie, że jest nas, osieroconych po Niziurskim, tak dużo, więc warto napisać dla nas powieść, która będzie nawiązaniem do tamtego stylu, języka, zabawy.

Miałeś już konwencję. A temat szybko wymyśliłeś?

To też ewoluowało. Początkowo chciałem, żeby była to po prostu dobrze napisana zabawna historia. Tym razem nie o inteligentach, ale o parze sympatycznych, choć niezbyt skomplikowanych przyjaciół, takich co to dużo planują, ale realizacja zamierzeń nijak im nie wychodzi. A potem pomyślałem, że oni nie mogą żyć w próżni. I że warto te ich perypetie wpisać w historię kraju, w którym moi bohaterowie, czyli inżynier Rawa i Adaś Rembelski, żyją. I dzięki temu opowiedzieć coś więcej niż tylko komediową historię obyczajową.

Coś, co ciebie osobiście dotyka i boli?

O tym, że od mieszkamy dziś w Polsce, którą rządzący zmienili w karykaturę państwa. W której w ramach oszalałej walki politycznej zostały wykrzywione wszystkie wartości oraz znaczenie ważnych słów. Bo dziś słowa „zdrajca”, „patriota”, „wolność” czy „dobra zmiana” oznaczają coś zupełnie innego, niż ich słownikowe definicje. Dziś oznaczają to samo, co w innych zakłamanych okresach polskich dziejów: za komuny, sanacji czy zaborów – są zaprzeczeniem samych siebie. Dlatego też zmieniłem nazwę kraju. Bo „Pokraj” to świat złożony z wielu Polsk: tej pisowskiej, ale i peerelowskiej i sanacyjnej właśnie, a nawet sarmackiej. Moja książka nie jest zatem kabaretową analizą rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale mierzy się z polskością jako taką. Z karykaturalnym wizerunkiem polskości, który politycy implantowali wielu Polakom, ci zaś uznali go za swój i jedyny. I który próbują narzucić wszystkim innym, nie dając sobie wytłumaczyć, że polskość to coś znacznie więcej niż kilka endeckich haseł, krzyczanych na popierających władzę demonstracjach i miesięcznicach.

W książce jest fragment, gdzie odbywa się demonstracja. Ludzie chcą powiedzieć, że są najlepsi, oni –  Pokrajacy. Ale choć głośno krzyczą, to sami nie wierzą w to, co krzyczą. I dlatego krzyczą jeszcze głośniej. By zagłuszyć własne wątpliwości wobec samych siebie.

I to jest w Polsce jest niesłychanie symptomatyczne. To znany mechanizm: im człowiek ma mniej pewności siebie, tym bardziej jest drażliwy na wszystko, co się o nim mówi i obsesyjnie się rozgląda, czy ktoś go aby nie obraża i wiecznie tropi wyimaginowanych wrogów. Za to człowiek dobrze poukładany ze sobą nie ma z tym problemu. Nie inaczej jest z narodami. Anglicy nie mają problemu z tym, że ktoś żartuje z ich „angielskości”, bo przez stulecia zbudowali potężne imperium i niewiele ich rusza sąd innych o sobie. Oni w siebie wierzą. Wiedzą, że znaczą i już. A co wiemy my? Że choćbyśmy nie wiadomo u jakiego politycznego krawca zamawiali patriotyczne wdzianko, to zawsze będzie widać, że wyłazi spod niego garb auto-niewiary. I tak nas ów garb zawstydza, że nie tylko nienawidzimy tych, co o nim mówią, ale nawet wszystkich innych, co ledwie zerkną w stronę naszych pleców.

Poruszasz poważny temat, a na bohaterów wziąłeś sobie gości jak z komedii slapstickowych.

Humorystyczne ujęcie poważnego tematu to było wyzwanie! Poza tym życie często bywa komedią slapstickową! Chciałem zatem pokazać moich bohaterów, Sebę i Adasia, jako ludzi tak zajętych sobą, że nie zdają sobie sprawy z tego, w jakiej rzeczywistości żyją. Bo widzę, że dziś wielu Polaków funkcjonuje w podobnie mglistej nieświadomości. Atoli pomyślałem, że może, kiedy zobaczą oni jakąś część siebie w Sebastianie i Adasiu, kiedy przyjrzą się sobie z innej perspektywy, może dostrzegą ostrzej swój osobisty kontekst. Już poza literaturą. W ich życiu, po prostu.

A dla kogo jest ta książka?

Dla wszystkich, co lubią się śmiać. I którzy lubią komedie z morałem. Czyli po prostu dla wszystkich Polaków. Uważam – idąc za Gombrowiczem – że „żaden naród nie potrzebuje tak bardzo śmiechu jak my dzisiaj i żaden naród mniej nie rozumie śmiechu i jego roli wyzwalającej”. Dystans do samych siebie i wypuszczenie powietrza z balona narodowego są dziś dla Polaków sprawą podstawową. Jeśli tego się nie nauczymy, zmarniejemy do szczętu w zajadłości, zalani żółcią. „Pokraj” pomaga to wszystko zrobić, więc jest dla każdego, kto ma już dość tej dusznej polsko-polskiego zawiesiny, którą oddychamy.

Nie wiem, czy dla każdego, bo skomplikowałeś sobie sprawę językiem, którego używasz. On z całą pewnością nie jest dla każdego.

Polszczyzna jest jedną z bohaterek mojej nowej książki. Owszem, jest bogata i pewno można było to napisać prościej. Ale ja nie chciałem prościej. Chciałem swoim czytelnikom pokazać, jak bardzo plastyczny jest nasz język, o ile tylko dać mu twórczą szansę. I przed pisaniem obczytałem się w polszczyźnie od czasów sarmackich do dzisiejszych slangów miejskich. I czasami udawało mi się odnajdywać perełki. Na przykład słowo jak miałkomyślność. Czujesz moc? Jeden wyraz, a tak pięknie i precyzyjnie oddaje istotę rzeczy. Aż żal, by takie słowa odchodziły w nicość. Więc wielu z nich postanowiłem dać szansę i przywrócić je minionej polszczyźnie w powieści z XXI wieku.

Nie boisz się, że wystawiasz się tą książką na kolejny strzał ? Wielu publicznym osobom, które na początku ostro krytykowały władzę, stępił się język. A ty dalej na ostro.

Ja nie krytykuję władzy dla krytykowania. Ja krytykuję jej wizję Polski. A dlaczego? Bo to, co robią dziś rządzący politycy uważam za śmiertelne zagrożenie dla Polski i dla polskości.

A co to jest ta polskość?

Dla mnie to przede wszystkim świadomość własnej kultury i codzienne zanurzanie się w niej. Bo polskość i patriotyzm to pojęcia kulturowe, więc tylko przez pryzmat kultury mogą się wyrażać. Polska to nie terytorium, co wiemy aż nazbyt z historii, która rzuca naszym narodem od lewa do prawa, przesuwając granice jak żadnemu narodowi w Europie. Polska to nasz język wyrażany w poezji, literaturze, pieśniach, podaniach. Język przebogaty, powiedziałbym mocarstwowy. Bo język i kultura określają wielkość narodu i człowieka w narodzie. Jeśli ktoś zna ledwie kilkaset słów i więcej mu do życia nie jest potrzebne, to żyje w Polsce skarlałej i choćby nie wiem jak głośno krzyczał o wielkości swojej i swojej ojczyzny, jest karłem on i jego kraj.

Brak szacunku do polskiej kultury nie jest cechą jedynie dzisiejszej władzy.

Niestety. Wagi kultury nie rozumiał żaden polski rząd ani znaczący polityk po 1989 roku. Ale obecnej władzy nie znoszę za drwinę, jaką uczyniła z Polski i z polskości. Za to, że z patriotyzmu uczyniła karykaturę. Że za człowieka kochającego kraj może dziś uchodzić troglodyta w koszulce z napisem „Cały nasz chuligański trud tobie ukochana ojczyzno!”, który o kulturze Polski nie ma zielonego pojęcia. I za to, że strażnikami polskiej historii są ludzie, którzy jej nie znają, a strażnikami języka polskiego ci, którzy posługują się bełkotem. I że cała ta rewolucja pisowska nazywana – kolejna drwina ze słów! – dobrą zmianą, ma u podstaw resentyment antyinteligencki objawiany przez masy. Celem tej niechęci jest potrzeba unieważnienia wiedzy i zastąpienia jej odpornym na jakąkolwiek refleksję zabobonem.

Jakieś przykłady?

Zwróć uwagę, jak znienawidzone jest dziś w Polsce słowo autorytet. Ile wysiłku się wkłada, by zohydzić ludzi wykształconych, nazywając ich wykształciuchami lub elitami. Elity – w liczbie mnogiej – to propagandowa inwektywa. Przeciwstawia się ją słowu elita w liczbie pojedynczej, którego propagandyści tak zwanej „dobrej zmiany” używają niemal wyłącznie w stosunku do ludzi, co zginęli w katastrofie w Smoleńsku. Chodzi wyłącznie o to, by najważniejszego z tej pisowskiej elity „poległych”, czyli Lecha Kaczyńskiego uczynić propagandowo mocarzem ducha i intelektu. A to z kolei jedynie po to, by owa naddana przez medialne łubu-dubu wielkość budowała wielkość jego brata, czyli „prostego posła z Żoliborza”, niemalże go uświęcając i namaszczając na jakiegoś niby-mistycznego pomazańca, dziedzica i spadkobiercę rodzinnego męczeństwa. Jak widzę takie ordynarne manipulacje, to się irytuję.

Nie czujesz się osamotniony w tym buncie?

Są takie chwile, ale wtedy przypominam sobie słowa „Murów” Jacka Kaczmarskiego, że śpiewak zawsze był sam. Bo jak człowiek nie jest oportunistą i pozostaje wiernym swoim poglądom, często bywa sam. Taką się płaci cenę i ja jestem gotów ją płacić, bo nie umiałbym polubić koniunkturalisty w sobie.

A gdzie ty masz kontakt z tym masowym człowiekiem, Polakiem – Pokarajakiem, o którym piszesz? Przecież pracujesz w domowym odosobnieniu, jeździsz samochodem, nie komunikacją miejską. Tam to dopiero można posłuchać, co naprawdę Polacy mają do powiedzenia i czym żyją.

Gdyby wiedza była wyłącznie efektem bezpośredniego doświadczenia każdego człowieka z osobna, ciągle siedzielibyśmy na drzewach. Przez całe życie kształcę swój aparat poznawczy, intelektualny, duchowy, emocjonalny, by móc analizować setki i tysiące informacji, które do mnie trafiają. By je twórczo przetwarzać. Poza tym ja wcale nie żyję w próżni. Codziennie spotykam się z ludźmi albo bezpośrednio, albo poznając ich myśli. Wypowiedziane na dziesiątki sposobów. Także w przestrzeni polskiego internetu. Jeśli więc autor ma aparat krytyczny do analizy wypowiedzi w internecie, naprawdę wiele się może dowiedzieć o dookolnym świecie.

Jeśli czytasz fora, to pewnie sporo się o sobie naczytałeś. Jak reagujesz na ten ściek? Ratujesz się poczuciem humoru?

Jeśli ktoś życzy mi śmierci, albo szczegółowo opisuje, co mi zrobi, kiedy mnie spotka, to poczucie humoru nie zawsze wystarczy. Bo na stu wariatów, którzy są mocni tylko przed klawiaturą, zawsze może się znaleźć jeden psychopata, który rzeczywiście jest w stanie zrobić ci coś złego. Ale nawet nie to mnie najbardziej przeraża. Największą trwogę czuję, gdy widzę, jak wspaniale ma się w Polsce umysłowa zaściankowość. Wspomniana już miałkomyślność. I jak kwitnie fundamentalizm, który daje ludziom szablony zachowań i emocji, zwalniając ich z myślenia. Niepokoi mnie nasza dzisiejsza plemienność typu kibolskiego. Że ci wciskają – w sensie metaforycznym – koszulkę klubu na grzbiet, a za to już musisz być ze swoją sforą we wszystkim. W głupocie i podłości również, bo rozliczany jesteś przecież wyłącznie z tępej lojalności. Więc musisz od tej pory szczekać jak wszystkie psy w sforze, nawet jeśli gdzieś czujesz, że niektóre rzeczy ci nie leżą. I że zamiast budować wielką wspólnotę polskości, której fundamentem jest kultura otwarta, a nie zaściankowa, dzisiejsi polityczni nienawistnicy wyrzucają ze zbioru Polacy potężną część narodu, odbierając jej prawo do bycia członkiem naszego narodu.

Moje ulubione: jesteś Polakiem, prawdziwym Polakiem albo nie-Polakiem.

To jest nikczemność i ci, którzy dziś używają owego mechanizmu wykluczenia, będą się smażyć w piekle polskiej historii obok najgorszych zdrajców. Uważam, że jedyny ratunek dla Polaków jako narodu to postawienie na otwartość. W czasach I Rzeczpospolitej wpuszczało się wiele elementów spoza etnosu polskiego w krąg narodowy: Litwinów, Rusinów, Niemców, Holendrów, Ormian, Tatarów, Żydów. To była mozaika, coraz bardziej się asymilująca i metodycznie spinana tą samą kulturą. Moim zdaniem dziś musimy to powtórzyć. Uczynić Polskę i polskość inkluzywnymi, czyli włączającymi we wspólnotę, a nie wykluczającymi. Sprawić, że polskość będzie na tyle atrakcyjna, by ludzie z innych części świata nie tylko chcieliby mieszkać w kraju nad Wisłą, ale stawać się Polakami. A już z pewnością ich dzieci. By się chcieli dobrowolnie polonizować. Do tego jest tylko jedna droga: silna kultura. Jedynie atrakcyjna polska kultura, twardo osadzona we współczesności – a nie ciągle sięgająca do kuferka z rekwizytami z Polski sarmackiej czy rozbiorowej – może uratować Polaków przez zgubą. Natomiast wszelkie próby otorbiania się, budowania wokół siebie murów, by żaden obcy się nie przedarł, pochwała naszej wsobności, Polaków jako naród zabiją. Z początku będziemy jakimś osobliwym tworem endemicznym, a potem już tylko skamienieliną. Za którą w dodatku świat z pewnością nie zatęskni. Potężniejsze od nas narody odchodziły w nicość.

To co trzeba robić?

Zamiast budować strzelnice w całej Polsce za 2,6 mld złotych – co jest idiotyzmem! – trzeba spowodować, żeby kultura polska – i ta masowa, i wysoka – była atrakcyjna. Najpierw dla Polaków, a potem dla innych. By ludzie, którzy tu jeszcze chcą przyjeżdżać (Ukraińcy, Białorusini, Włosi, Syryjczycy, Wietnamczycy, Hindusi – bez różnicy) chcieli się uczyć języka i zanurzać w naszej kulturze. Żeby nasi bohaterowie literaccy czy filmowi stawali się ich bohaterami. Żeby ci przyjezdni śmiali się z naszych żartów i by chcieli swoje żarty opowiadać po polsku. Żeby polskość – która jest czymś znacznie więcej niż szabelkową martyrologią – rozumieli, by czuli jej niuanse. By ją lubili. Ale najpierw musimy polubić polskość oraz jej kulturę i my.

Lubisz jeszcze teraz tę Polskę? Za cokolwiek.

Ja kocham Polskę.

Ale jaką?

No właśnie, w wyniku podłości wielu demiurgów życia publicznego, z których najbardziej destrukcyjną rolę odgrywa w ostatnim ćwierćwieczu – tak ja to widzę – Jarosław Kaczyński, mamy różne Polski, nastawione do siebie wrogo. I jest już, niestety, tak, że jeden w obronie swojej Polski wychodzi na ulicę i – mówiąc jego językiem – napierdala ciapatych, a drugi – tak jak ja – broni swojej własnej Polski, publikując codziennie od wielu lat wiersze polskich poetów. To jest właśnie moja Polska i mój osobisty patriotyzm. Ta moja wymarzona Polska jest wielowymiarowa i poza czasem, bo w niej nie ma najmniejszego znaczenia, czy obywatel żyje, czy nie. Współobywatelami mojej Ojczyzny są jakże często Polacy już nieżyjący. Ja się z nimi spotykam codziennie i ich dziełach i myślach. I dzięki temu staję się lepszym, mądrzejszym i szlachetniejszym. I bardziej polskim. Czyli chcę powiedzieć, że to kultura jest moją Polską. Nie autostrady, sklepy czy knajpy, tylko kultura. To właśnie dzięki niej, dzięki mojej miłości do języka, nigdy stąd nie wyjechałem, choć zrobiło to wielu ludzi z mojego pokolenia. Ale ja oddycham polskością, nawet jeśli – tak jak dziś – jest w niech mnóstwo ksenofobicznych i pełnych nienawiści zanieczyszczeń.

A czy wyobrażasz sobie mieszkanie poza Polską? Emigrację?

Nie. Choć czasami rozmawiam o tym z moimi dziećmi i przygotowuję je na taką ewentualność, mówiąc że być może – na przykład w sytuacji, gdyby Polska skręciła gwałtownie w stronę faszyzmu, czego, niestety, wykluczyć się już nie da – będą musiały mieszkać za granicą. Na razie jednak tak się nie dzieje, choć pojawiają się elementy, które określiłbym jako faszyzujące. I to w zastraszającej bliskości obecnej władzy.

W „Pokraju” obrywa się też polskiemu Kościołowi Katolickiemu. Co masz mu konkretnie do zarzucenia?

Że ma już niewiele wspólnego z chrześcijaństwem. Że z wiary czyni karykaturę. Że po śmierci Jana Pawła II uczynił z niego jakąś makatkę. Że patrzy spode łba na obecnego papieża i wręcz ociera się o schizmę. Że obca mu jest metafizyka i ograniczył się do rytów i regulaminów. Że duchowni w przeważającej części są fatalnie wykształceni, za to nieprawdopodobnie nadęci. Że są bardziej zeświecczeni niż ich wierni. Że interesuje ich tylko sojusz ołtarza z tronem, czyli wspierają władzę w jej amoralności dla osobistych korzyści. Że tępi tych nielicznych duchownych, którzy na poważnie traktują przesłanie Dobrej Nowiny. I że nie mówi już o Bogu chrześcijan – jakby sam w niego przestał wierzył – ale zajmuje się najbardziej prostacko pojmowaną moralnością, czyli w ujęciu regulaminowym. I to wybiórczo.

Co masz na myśli?

Kościół polski toczy absurdalne walki o aborcję i in vitro, ale już o innym z filarów jego etyki seksualnej, czyli przedmałżeńskiej wstrzemięźliwości, dziś milczy. A dlaczego? Bo gdyby zaczął głośno i masowo potępiać Polaków za to, że sypiają ze sobą bez ślubu kościelnego, toby został powszechnie wyśmiany i odrzucony. Polscy biskupi to wiedzą, a że są sprytni i religijnemu suwerenowi podlizują się tak samo jak pisowscy politycy podlizują się suwerenowi elekcyjnemu, zatem stosują ową moralność wybiórczo, wyszukując sobie ofiary dręczeń (takie jak na przykład pary cierpiące na problem z płodnością) i walą w in vitro z pełną nienawiścią do tych ludzi. Oraz do dzieci in vitro, które już się w Polsce urodziły. Widzę to bardzo wyraźnie od dwudziestu lat. Moim zdaniem współczesny polski Kościół to organizacja pełna zakłamania i hipokryzji.

Wychodzi na to, że nie ma nadziei.

Nie można tak myśleć. Nadzieja umiera ostatnia. Jest dziś w Polsce nielekko, ale wbrew nienawistnej propagandzie, hołdowaniu głupocie, klientelizmowi i zakłamaniu, każdy, kto ma niezłomny charakter, pozostaje wolny. I tego żadna władza zmienić nie może. Nadzieja jest w nas samych. Głęboko wierzę, że im silniej człowiek postawi na wewnętrzny rozwój i nieustanne poszerzanie wiedzy, tym bardziej będzie niezależny od tego, co się dzieje na zewnątrz niego. Bo człowieka, który jest wewnętrznie wolny i mądry, nie można zniewolić nawet wtedy, kiedy się go zamknie w więzieniu. Oczywiście bycie człowiekiem wrażliwym i mądrym nie jest łatwe, bo często wiedza, którą masz, nie pozwala na ułudę, że świat jest prosty, a przez to bezpieczny. Ale dzięki mądrości, której towarzyszy wrażliwość, dostajesz swoją wewnętrzną wolność i godność. Natomiast bardzo łatwo można manipulować kimś, kto nie ma świata wewnętrznego i wiedzy. Kimś, kto poczucie własnego sensu i prestiżu, czerpie wyłącznie z zewnątrz, z oceny innych. Kto sam nie potrafi rozpoznać, więc potrzebuje innego, by mu nadał wartość. Właśnie takich ludzi – niepewnych siebie i głupich – lubi każda władza autorytarna. Bo doskonale wie, że niepewnym siebie i głupim to ona nadaje znaczenie, to ona ich stwarza lub strąca. Więc nie bądźcie głupi, a będziecie wolni.


Andrzej Saramonowicz (ur. 1965) – reżyser, scenarzysta, pisarz. Przez wiele lat był dziennikarzem Gazety Wyborczej. Jego komedie: Lejdis”, Testosteron i Idealny facet dla mojej dziewczyny zebrały w kinach wielomilionową widownię. Autor bestsellerowej powieści Chłopcy. Właśnie wydał swoją nową książkę „Pokraj”.

Spodobał się artykuł? Podziel się z innymi!